Do góry nogami (V)

chat-dymki
9

Nie mam zamiaru nikogo przekonywać do tego, że nieustanne zmiany daty, czy – częściej – stref czasowych bardzo mnie tutaj męczą, bo tak nie jest. W rejonie Południowego Pacyfiku – już sama ta nazwa wywołuje dreszcze podniecenia, zachęcając do błogiego, słodkiego lenistwa – czas odgrywa stosunkowo małą rolę, a bywają dni, w czasie których trudno nawet zauważyć różnicę między dniem i nocą.

Nie dlatego, że nocy od dnia nie sposób odróżnić, ale dlatego, że mało kogo to tutaj obchodzi. Czasem jednak – dzwoniąc w ważnej sprawie do rodziny, czekając na jakieś wydarzenie czy pakując walizki przed kolejnego rejsem – dobrze jest wiedzieć, która godzina, a także jaka data jest akurat w Polsce, Kenii czy w Stanach Zjednoczonych. Stąd uświadamiamy sobie, że np. w Kalifornii – skąd mamy oglądać transmisję z rozdania Oskarów – jest właśnie godzina 9 rano 22 lutego, w Polsce 18.00 też 22 lutego, a u nas w Port Villa na archipelagu Vanuato 3 nad ranem, tyle że dzień później, czyli 23 lutego. Nie mówiąc o tym, że od świata dzieli nas jeszcze 20 tysięcy kilometrów i stulecie rozwoju cywilizacyjnego. O ile oczywiście nie popełniłem jakiegoś błędu w obliczeniach.

Trudno to racjonalnie wytłumaczyć, ale mimo braku jakichkolwiek wyraźnych objawów czy to fizycznych czy fizjologicznych, włócząc się po Avenida de Julio w Buenos Aires, bulwarem McQuaire w Sydney, Queen Street w Auckland czy po molo Portu Denerau na Fiji człowiek czuje się jakby był na końcu świata. Świadomość życia na krańcu świata towarzyszyła całe życie memu przyjacielowi, Lutkowi Sadowskiemu, który od roku 1949 aż do dnia śmierci, mniej więcej rok temu, mieszkał pod Krzyżem Południa – najpierw w Brazylii, potem w Argentynie. Dopiero w czasie odwiedzin Polski – mówił –„przestaję chodzić do góry nogami”.

Punktem odniesienia dla świata jest jednak Północ. Tam człowiek czuje się bardziej odpowiedzialnie i poważniej. Potwierdzają to Chilijczycy, Australijczycy i misjonarze z Namibii. Na półkuli południowej dzieje się z nami coś dziwnego. Nie ma to nic wspólnego ani z zaburzeniami grawitacji, z odmiennym klimatem, bo tutaj jest jednak dużo cieplej, położeniem kuli ziemskiej względem słońca, czy nawet ze strefą czasową. To jest jakaś różnica kulturowa, wiążąca się z innym rozumieniem świata i innym sposobem pojmowania życia. Luz, spokój, lekka niechęć do większego wysiłku i mniejsza niż na północy inicjatywa i kreatywność. Swoją opinię opieram raczej na intuicji niż na jakichś systematycznych badaniach naukowych, ale nie popełnię większego błędu jeśli napiszę, że gros postępu naukowego, gospodarczego i cywilizacyjnego wzięło jednak swoje początki na półkuli północnej. Co prawda na półkuli południowej też znajdują się rozwinięte państwa jak Australia, Nowa Zelandia, Argentyna, RPA i Brazylia, ale nawet tam – skarżą się przedsiębiorcy z USA czy Niemiec – stosunek do życia jest mniej odpowiedzialny, a nawet lekceważący. Nie mówiąc o takich luzackich krajach, jak: Paragwaj, Boliwia, Brunei, Mauritius, Ekwador, a zwłaszcza rejon południowego Pacyfiku, czyli Polinezji, skąd piszę te słowa, gdzie życie i praca to raczej zabawa i czasu się tam nie oszczędza.

Kwintesencją luzu jest rejon południowego Pacyfiku, a w nim, archipelag, czy jak kto woli Republika Fiji – najbardziej rozwinięty kraj Polinezji. Przy czym zaznaczam, że słowo rozwinięty ma tutaj wyłącznie znaczenie porównawcze. Na terytorium wielkości małego polskiego województwa zamieszkuje nieco ponad 900 tysięcy ludzi, zajmujących się uprawą trzciny cukrowej, a od 30 lat także turystyką, która stanowi główne źródło dochodów dewizowych kraju. Odkryty przez Jamesa Cooka w 1774 roku stał się mało ważnym terytorium należącym do Korony Brytyjskiej służącym głównie jako źródło drewna sandałowego i innych surowców do wyrobu żaglowców oraz produkcji cukru. Liczne epidemie ospy, a także wojny między kolonizatorami walczącymi o wpływy na Fiji trzebiły bezlitośnie miejscową ludność doprowadzając ją kilkakrotnie na krawędź eksterminacji. Dobór naturalny zrobił jednak swoje. Dziś Fiji zamieszkują ludzie – tak mężczyźni, jak i kobiety – o posturze rugbistów czy wręcz gladiatorów, co jest kolejnym dowodem potwierdzającym słuszność darwinowskiej teorii doboru naturalnego.

Współczesne dzieje Fiji datują się od 10 października roku 1970, gdy po 96 latach dominacji brytyjskiej kraj ten – jakby to powiedział prof. Henryk Jabłoński, ostatni przewodniczący Rady Państwa PRL, „wyzwolił się spod jarzma kolonialnego” stając niepodległym, a niekiedy nawet demokratycznym państwem, Republiką Wysp Fiji, znaną raczej jako: Fiji. Żywą historią Fiji jest Semi, ogrodnik w kurorcie Denarau Sofitel, w którym na Fiji zamieszkujemy. Semi, dwumetrowy olbrzym o gołębim sercu i uśmiechu dziecka urodził się w 1970 roku w rodzinie pracowników brytyjskiej plantacji trzciny cukrowej, która po odzyskaniu niepodległości – gdy cały fijiański przemysł cukrowniczy został znacjonalizowany – otrzymała od nowych władz kawałek ziemi, na którym dzisiaj stoi skromny domek Semiego. Ma trzy córki, którymi zajmuje się żona Semiego, Laui. Pracuje tylko on. W kurorcie zatrudniony jest od 19 lat i jest z tego bardzo dumny, bo o pracę na Fiji nie jest łatwo. Zarabia niewiele, bo 4,07 dolara fijiańskiego na godzinę a mimo to wiążę koniec z końcem, chyba że nadejdzie kataklizm, jak styczniowa powódź, która zdewastowała poletko Semiego, pozbawiając rodzinę batatów, manioku i innych produktów rolnych, które są rezerwą żywnościową większości biednych, „ale jednak szczęśliwych” (to słowa Semiego) mieszkańców Fiji.
Semi, jak większość szanujących się mieszkańców Nandi jest metodystą. Każdego miesiąca niesie do swego kościoła kosz owoców i jarzyn przeznaczonych dla tych, dla których los nie jest równie łaskawy co dla niego. Od czasu powodzi nie przyniósł jednak nic. Gdyby oddał choć cząstkę tego, co zdołał z potopu uratować, nie starczyłoby na ubrania dla dziewczynek i podręczniki szkolne. Marzeniem Semiego jest dzieci wykształcić, żeby nie męczyły się tak, jak on. Najstarsza ma 12 lat i już za rok pójdzie do zawodówki uczyć się na recepcjonistkę do hotelu. Turystyka to na Fiji był pewny interes. Co roku rajską wyspę odwiedza do pół miliona ludzi. Co prawda trwający od pół roku kryzys przerzedził nieco ruch turystyczny, tym bardziej, że od grudnia 2006 rządzi wyspami dyktatura wojskowa, która nie ma najlepszej opinii, osłabił ruch turystyczny, doprowadzając do skrócenia czasu pracy Semiego z 48 do 40 godzin tygodniowo, ale ten ostatni liczy jednak na to, że świat zrozumie, że bez Fiji żyć nie może i spragnieni słońca, morza i złocistych plaż bogaci ludzie nadal będą tłumnie odwiedzać luksusowe kurorty, wylegując się na złocistych, skąpanych przyjeżdżać równikowym słońcu plażach. Semi prosi, bym zaapelował do czytelników tego blogu, aby przyjeżdżali na Fiji, co niniejszym czynię. Semi nie spotkał jeszcze w życiu żadnego Polaka, z telewizji jednak wie, że naród nasz wydał na świat Wałęsę i za to jest mu wdzięczny.

Koniec świata czyli każdy widzi, że to Fiji
Jan M. Fijor
„” 2009-02-24

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Maciej Ordon pisze:

    Fiji Time!

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Już w Vanuatu! pozdr jm fijor

  3. Bartek Bilski pisze:

    Witam,
    Jesli znajdzie Pan 2 minutki na odpisanie na e-maila to bede wdzieczny 😉

    pozdrawiam,

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Poczta mi nie działa od ponad tygodnia. Pozdrawiam i przepraszam za milczenie. JM Fijor

  5. Bartek Bilski pisze:

    Ok, nie ma problemu 🙂

    Pozdrawiam,
    Bartek Bilski

  6. Maciej Ordon pisze:

    Wiec czekam na reportaz z Vanuatu, szczegolnie, ze tam nie bylem. Twoje reportaze z tej podrozy sa, podobnie jak inne Twoje teksty, bardzo ciekawe i napisane z wlasciwa Ci swada.

  7. Jacek Spendel pisze:

    Eh, zazdroszczę tych podróży! U nas ciapa, a na Fiji słoneczko i cudowne
    widodki…żyć, nie umierać! Jak tylko będę miał możliwości, to tam
    podskoczę 😉 Janku, do zobaczenia 12 marca w Katowicach! (szczegóły
    w mailu)

  8. Stanisław pisze:

    Jasiu wróciłeś z wojaży ?
    Napisz gdzie można wyjechać , kupić pasadę , nic nie robić i zamienić dzień powszedni na dzień wakacyjny ?
    Pozdrawiam

  9. JM Fijor pisze:

    STANISLAWOWIi innym obibokom polecam Republikę Vanuato. Nie ma tam podartków, nieruchomości są tanie, klimat gorący, ludzie mili i bezrobotni a turystyka zaczyna się gwałtownie rozwijać. Więcej wkrótce.
    Pozdrawiam
    Jan M Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *