Islandia w kłopotach

chat-dymki
0

Jeszcze dwa lata temu Islandia uważana była za raj na Ziemi. Wszystkie statystyki wskazywały, że ta odległa wyspa jest najbardziej dostatnim państwem na świecie. Dziś ten cud eurosocjalizmu znalazł się na gospodarczym dnie.

Co doprowadziło do podkopania tak silnej pozycji kraju w rankingach? Nie było to na pewno globalne ocieplenie, które powoli topiłoby lodowy pałac dostatku. Odpowiedź jest dziś stosunkowo łatwo uzyskać. Otwórzmy pierwsze z brzegu doniesienie prasowe i zaraz dowiemy się, że to bankierzy nieodpowiedzialnie prowadzący swoje instytucje, doprowadzili je do upadku. Za nimi z hukiem poleciała cała gospodarka 300-tysięcznego państewka, której rozwój był w ostatnich latach oparty właśnie o instytucje finansowe i ich długi. Winą zatem obarczony zostaje system kapitalistyczny, który zezwolił na przepoczwarzenie instytucji zaufania publicznego (za takie ma się przecież banki) w agresywne fundusze hedgingowe z aktywami przekraczającymi 10-krotność PKB Islandii.

Jednak jakość kapitalizmu islandzkiego zależy przede wszystkim od jakości tamtejszych kapitalistów. Skąd wzięli się ci ludzie? Czy gospodarka wolnorynkowa może w toku swoich procesów wynieść na szczyty osoby nieodpowiedzialne, nieumiejętnie zarządzające majątkiem i nie znające się na swojej robocie? Oczywiście, że może. W tym jednak przypadku główną rolę odegrało państwo islandzkie.

Od początku lat 90. Islandia przechodziła silne przemiany w strukturze własności środków produkcji w celu polepszenia efektywności działania wielu branż. Pierwszą gałęzią oddaną pod zarząd prywatnego kapitału było rybołówstwo. Pierwotne plany przekazania go w ręce rozdrobnionego, niezależnego akcjonariatu bądź inwestora strategicznego nie zostały zrealizowane. W związku z tym, sektor szybko podzielony został z politycznego nadania pomiędzy kilku oligarchów islandzkich, którzy zdążyli zgromadzić odpowiednią ilość kapitału (z eksportu aluminium na przykład). Jak nie trudno się domyśleć, szybko doprowadziło to do zawłaszczenia surowców i monopolizacji/kartelizacji rynku. Postępu nie osiągnięto.

Identycznie prywatyzacja przebiegła w sektorze finansowym. Trzy największe banki – Glitnir, Kaupthing oraz Landsbanki – wykupione zostały przez islandzkich bogaczy, którzy mimo że bankierami nie byli, to mieli wielkie ambicje stworzenia z Islandii drugiej Szwajcarii. Było to na początku XXI wieku. Z przejęciem banków sprzężono silną deregulację branży (w odpowiedzi na lobbystyczne naciski), mogącej dzięki temu działać silniej na rynkach międzynarodowych. W ciągu zaledwie kilku lat zadłużenie zagraniczne kraju w stosunku do PKB wzrosło 2,5-krotnie, osiągając poziom 246% w roku 2007. Dla porównania, Polska ma dziś ten wskaźnik na poziomie około 34%, a USA – 100%. Łączny dług zagraniczny zaczął zbliżać się do 50 mld dolarów, a 80% tej wartości to właśnie aktywa sektora bankowego. Równolegle zadłużało się społeczeństwo islandzkie. Skądś przecież trzeba było wziąć pieniądze na osiągnięcie pierwszego miejsca pod względem HDI w roku 2007. Zobowiązania przeciętnej rodziny islandzkiej wynosiły wtedy około 227% jej rocznego dochodu.

Dobrobyt napędzany pożyczkami, czy imponujący wzrost PKB oparty o rozwój finansjery na dopingu miał jednak swoje słabe strony. Banki, jak i cała Islandia były niewolnikami krótkoterminowego zadłużenia, które wymagało częstego rolowania i wysokich ratingów agencji finansowych. Kiedy ze spłatą zadłużenia było w Islandii nietęgo, instytucje audytorskie obniżyły oceny płynności finansowej, co doprowadziło do nagłego wzrostu wysokości należnych do pokrycia rat pożyczek. Napędziło to spiralę zadłużenia i w kilkumiesięcznym okresie doprowadziło do upadku zarówno sektora finansowego, jak i całego kraju.

Innym czynnikiem sprzyjającym tak spektakularnemu końcowi majętnej Islandii była jej waluta – korona. Jest to najmniejsza waluta w obiegu światowym, przez co charakteryzowała się podatnością na spekulację i silnymi wahaniami. W związku z potrzebą finansowania ogromnego zadłużenia społeczeństwa (dwukrotnie większego niż w USA) oraz akcją kredytową banku centralnego skierowaną do największych banków w Islandii, wystąpiła kilkunastoprocentowa inflacja. Do walki z nią została uruchomiona stopa procentowa, której wartość w około rok przed kryzysem wyniosła 15,5% (!). Zachęciło to zagraniczne instytucje finansowe do kupowania korony i zarabiania na różnicach w oprocentowaniu (w Anglii w tamtym czasie stopy nie przekraczały 5%; w Holandii – 4%). Na początku 2007 roku The Economist określił koronę mianem najbardziej przewartościowanej waluty świata. Nie jest chyba dla nikogo tajemnicą, że w przypadku hipotetycznych problemów gospodarczych waluta islandzka uległaby nagłemu spadkowi swojej wartości. Tak też się stało. Od początku kryzysu straciła do koszyka głównych walut ponad 70%. Silna jednostka płatnicza stała się z dnia na dzień niewiele wartym, nieprzewidywalnym papierkiem. Toteż można mieć duże wątpliwości co do sensowności utrzymywania płynnego kursu walutowego przy takim przeroście sektora finansowego nad bankiem centralnym, czy przy niesolidnym prowadzeniu polityki pieniężnej.

Jak więc wypadła Islandia w walce z rzeczywistością o bogactwo bez pracy? Tak, jak każdy inny kraj, który próbował tego dokonać dotychczas i każdy inny, który będzie to robił w przyszłości. Upadek mirażu nie był niczym więcej niż prawidłowością ekonomiczną. Połączenie zaborczej polityki z naiwną ekonomiczną ufnością w błogosławieństwo pożyczek jest w stanie powalić każde państwo. Islandia jest tylko jaskółką, z której powinniśmy wyciągnąć właściwe wnioski.
Szymon Nowaczyk

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *