American Dream contra Welfare State

chat-dymki
7

Jedynym widocznym symptomem wychodzenia gospodarki amerykańskiej z obecnego załamania jest dramatyczna deprecjacja dolara i perspektywa hiperinflacji. Mimo trudnej sytuacji i fatalnych nastrojów, Amerykanie nie dają za wygraną. Walczą o lepsze jutro…z rządem.

Jest dobrze…

Notebook toshiby, który jeszcze trzy miesiące temu kosztował 600 dolarów, kosztuje w Best Buy czy w Walmart o jedną trzecią więcej, podobnie jak inne dobra importowane; francuskie perfumy w boutique’ach Manhattanu, włoskie buty czy „desajnerskie” ciuchy w sklepach sieci Saks Fifth Saks Avenue czy Macy’s. W związku ze wzrostem opodatkowania podrożały licencje zawodowe, akcyza, pozwolenia budowlane oraz opłaty parkingowe. Jednakże ceny podstawowych produktów i usług od dłuższego czasu nie tylko nie rosną, lecz minimalnie spadają. Potwierdzają to dane z Departamentu Pracy, wedle których takiej „deflacji” (0,7 procenta w ciągu ostatnich 12 miesięcy) nie było w Stanach Zjednoczonych od 55 lat. Tak dzieje się z żywnością (tańszą od polskiej), benzyną (ok. 2,20 zł za litr), samochodami (w cenie o połowę niższej od naszych), telewizorami LCD i plazmą (tańszymi od europejskich o ok. 40 procent), no i nieruchomościami, które spadły do poziomu sprzed 8-10 lat. Kongresmen Joel Boniek z Montany żartował niedawno na antenie Fox News, że „mimo ogólnego pesymizmu, American Dream (amerykański sen) leży wciąż w zasięgu statystycznego obywatela Ameryki”, który tanim samochodem dojedzie do pracy, gdzie zarobi na tanią kolację, po której – w tanim telewizorze – obejrzy darmo mecz bejsbolowy swej ulubionej drużyny, a w przerwie między poszczególnymi inningami (zagraniami) wysłucha skróconego programu informacyjnego, z którego dowie się, że co prawda rosną podatki, bezrobocie i brak jest perspektyw, ale jest to cena życia w najwspanialszym, najbardziej wolnym i najtańszym kraju świata, w którym mogłoby być lepiej, gdyby nie terroryści i kryzys, który – zdaniem prezydenta Barracka Obamy – „równie nagle się pojawił, co nagle zniknie”. Mimo optymistycznych oświadczeń – czy to z ust prezesa Rezerwy Federalnej, czy szefa Departamentu Skarbu – pojawiających się w mediach co parę tygodni, zaufanie Amerykanów do kondycji moralnej i intelektualnej polityków i rządu jest coraz słabsze.

I niedobrze

Bowiem rzeczywistość nie jest optymistyczna. Mimo niskich cen, wielkie amerykańskie centra handlowe przypominają wymarłe miasta. W oknach wystawowych więcej ogłoszeń „lokal do wynajęcia” niż reklam. Bankrutuje Kalifornia, największy, najbogatszy stan Unii, na krawędzi upadłości znajduje się Nowy Jork. Nie pomogła miliardowa pomoc publiczna i pakiety stymulacyjne, tylko w tym roku zbankrutowało już 36 banków, kilka dużych firm ubezpieczeniowych, finansowych, upadają giganty przemysłowe. W fazie bankructwa jest General Motors i Chrysler, a to pociągnie za sobą upadek tysięcy podwykonawców i ponad 3500 firm dealerskich. Doniesienia z rynku pracy są równie ponure. W rejonie Wielkich Jezior (Środkowy Zachód: Michigan, Illinois, Ohio, Indiana, Wisconsin), które jeszcze 30 lat temu były zagłębiem przemysłowym Stanów Zjednoczonych bezrobocie jest wyższe niż w Polsce i sięga aż 12,9 procent. Ostatni raz tak podły wynik notowano w czasie głębokiej recesji z pierwszej kadencji prezydentury Ronalda Reaga, na początku lat 1980. Wprawdzie Michigan i Ohio to centrum amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego, przeżywającego głęboką zapaść, problem w tym, że w rejonie tym od lat nie powstały żadne inne, znaczące miejsca pracy w przemyśle. Krajowa średnia bezrobocia jest wciąż jednocyfrowa, ale przekroczenie pułapu 10 procent w skali kraju jest kwestią tygodni. Ekonomiści z Departamentu Skarbu i Komisji Fiskalnej Kongresu są zdania, że w rejonie Środkowego Zachodu (szczególnie w Michigan i Ohio) bezrobocie sięgnie 14 procent jeszcze w tym roku, by podnieść się do 16 procent w połowie roku 2010. Są to szacunki optymistyczne, zwłaszcza że recesja jaką Reagan odziedziczył po Jimmy Carterze jest niczym w porównaniu z tym, co George W. Bush przekazał w styczniu 2009 obecnemu włodarzowi Białego Domu. Pracę tracą wszyscy, przeważnie jednak robotnicy i przedstawiciele klasy średniej, która była dotąd fundamentem siły gospodarczej USA. Co gorsza, nowy prezydent marzy o tym, by zostać drugim FDR (Franklin Delano Roosevelt) i chyba dlatego tak chętnie posługuje się skompromitowaną receptą lorda Keynesa. Słuchając wypowiedzi Obamy można odnieść wrażenie, że nie tylko nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, ale wręcz perspektywa Depresji go cieszy. Liczy na wejście do historii? Jeśli już, to co najwyżej, jako prezydent, który zniszczył dolara; od połowy maja parytet waluty amerykańskiej w stosunku do większości głównych walut świata, a wraz z nim wartość amerykańskich obligacji skarbowych spadają w tempie 3-4 procent tygodniowo! 22 maja b.r. Standard and Poor ostrzegł Biały Dom i sekretarza skarbu, Timothy Geithnera, że w obliczu rosnącej inflacji i braku postępów w „stymulowaniu” obniży rating dołujących obligacji skarbowych USA poniżej dotychczasowego AAA. Nawet orędownik interwencjonizmu, noblista, Paul Krugman przyznał na łamach New York Times, że dzieje się coś naprawdę wyjątkowego.

W Europie jeszcze gorzej

Jednym z powodów swoistej beztroski prezydenta Obamy jest świadomość, że w Europie jest jednak gorzej. W połowie maja humor poprawiły mu doniesienia z Berlina i Brukseli mówiące o tym, że spadek PKB w strefie euro, a szczególnie w Niemczech przekroczy w tym roku 5 procent. Jest to więcej niż wynoszą pesymistyczne szacunki strat gospodarki amerykańskiej, przewidywane na poziomie ok. 3,5 procent PKB.
Prezydent Obama jest także przekonany o tym, że wystarczy wpompować w gospodarkę odpowiednią ilość miliardów, by tryby zaskoczyły i kolos ruszył. Nie zastanawia go nawet fakt, że stymulowanie nie działa – ani w USA, ani w Europie, ani – i to już od 20 lat – w Japonii. Co prawda, od pewnego czasu zdaje sobie sprawę z tego, że dalsze drukowanie banknotów może tylko sytuację pogorszyć, co zresztą już się dzieje (inflacja), ale od czego jest podatek. Nawet zwolennicy Obamy przyznają gorzko, że głoszony w czasie kampanii wyborczej program zmian (change) sprowadzi się do likwidacji obozu koncentracyjnego w Guantanamo i wzrostu wydatków budżetowych finansowanych z podatków. Budżet Barracka Obamy na rok fiskalny 2009/2010 (3,4 biliona dolarów) jest o 13 proc. wyższy od rekordowo) rozrzutnego (3 tryliony) budżetu Busha na rok 2008/2009. Trudno żeby było inaczej, skoro przyjmuje się strategię interwencji politycznej, osłabiając wolny rynek i odbierając inicjatywę przedsiębiorców. Nie zrażony biedniejącym portfelem amerykańskich rodzin, a także fiaskiem polityki interwencjonizmu prezydent zarządził właśnie, że amerykańskie samochody mają być bardziej oszczędne, co przeciętnego posiadacza samochodu kosztować będzie dodatkowo 1300 dolarów. Nie tylko zapomniał o obietnicy wycofania wojsk z Iraku, ale zwrócił się do Kongresu o dodatkowe 150 miliardów dolarów na wydatki wojenne, nie licząc kilku miliardów na wzmocnienie ministerstwa bezpieczeństwa publicznego (Homeland Security). I dostał je! Jednakże szczytem rozrzutności jest plan upaństwowienia służby zdrowia, który kosztować będzie podatnika – pacjenta ponad 1,8 biliona dolarów rocznie. Wprawdzie 23 maja b.r. prezydent oświadczył Amerykanom, że rząd jest bez pieniędzy, ale to tylko preludium do drastycznej podwyżki podatków. Tak, czy owak zapowiada się bezprecedensowe wzmocnienie rządu federalnego i ograniczenie swobody działania biznesu. Rush Limbaugh, król amerykańskiego talk-radio mówi wprost o faszyzacji Stanów Zjednoczonych. I trudno się dziwić. Główne gałęzie przemysłu, banki, prywatne spółki finansowe znajdują się pod skrzydłami Białego Domu. Każdy, kto choć trochę zna historię międzywojennych Włoch i Niemiec, wie czym to grozi. Tym bardziej, że polityka „opiekuńczości” zaczyna być kwestionowana nawet przez przywódców Europy Zachodniej.

Ameryka się broni

Istnieje jednak zasadnicza różnica między sytuacją w Ameryce i w Europie.
O ile Europejczycy wychodząc na ulicę i domagając się od swych przywódców pracy i płacy bronią zdobyczy państwa opiekuńczego, o tyle Amerykanie w swoim dążeniu do reform sięgają do korzeni. W przeciwieństwie do protestujących z Paryża, Mediolanu czy Warszawy zdają sobie sprawę z tego, że państwo da im co najwyżej tyle, ile zabierze. Co to znaczy dobra konstytucja! Dla przypomnienia, amerykańska konstytucja – w odróżnieniu od francuskiej, niemieckiej czy polskiej – nie określa praw i obowiązków obywateli, lecz rządu federalnego. Nie trudno zrozumieć, dlaczego przemodelowanie państwa rozpoczęto w Stanach Zjednoczonych od II Poprawki do konstytucji USA, a więcej tej, która mówi o prawie do noszenia broni i tworzenia oddziałów oporu wobec rządu nadużywającego władzy oraz X Poprawki, czyli tej, która zapewnia suwerenność stanom i chroni je przed lewiatanem rządu centralnego. W Montanie, na przykład, wbrew ustawodawstwu federalnemu uchwalono Firearms Freedom Act, ustawę zezwalającą na noszenie broni wyprodukowanej w stanie Montana. Podobne ustawodawstwo powstaje w Teksasie i Ohio. Gubernatorzy kilku stanów, w tym Luizjany, Południowej Karoliny i Teksasu zakwestionowali program stymulowania gospodarki przez Waszyngton, odmawiając (części lub całości) rządowych pieniędzy. Działania te traktowane są jak dziwactwo i obserwowane przez agentów z Homeland Security, jednakże coraz częściej zaczyna się mówić publicznie o zbiorowych aktach obywatelskiego nieposłuszeństwa. To skuteczna metoda walki z opresyjnym rządem – przypomina Mark Sanford, gubernator Południowej Karoliny – od niej przecież rozpoczęła się nasza walka o aspiracje wolnościowe z Brytyjczykami.
Protestujący po drugiej stronie Atlantyku biorą sprawy w swoje ręce. Amerykanie nie chcą od rządu niczego, prócz zagwarantowanej w konstytucji swobody działania, wolności gospodarowania i prawa do osiągania szczęścia w sposób odpowiadający obywatelom, a nie politykom. Po raz pierwszy od Wojny Domowej mówi się o suwerenności stanów, a niekiedy nawet o ich secesji, równocześnie dyskutuje się sposoby powrotu do standardu złota, a nawet odejścia od koncepcji banku centralnego. Ruch obywatelski nie posiada jeszcze swych instytucji politycznych, ale jest to kwestia miesięcy, i właśnie w tym należy upatrywać szansy na szybkie i trwałe wyjście z zapaści gospodarczej. Coraz więcej obywateli Stanów Zjednoczonych rozumie, że budowa American Dream na fundamentach welfare state, jak pokazuje obecny kryzys, jest li tylko czystą iluzją.

Jan M. Fijor
„Bank” 2009-05-31

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Darek pisze:

    Mam pytanie czy rozważa Pan wydanie np książki Ekonomia wolnego rynku w wydaniu kolekcjonerskim – zszywana i twarda okładka ? Powiem szczerze, iż wolałbym dopłacic kilka zł więceji, ażeby otrzymać książki w twardej okładce i np zszywane czy to jest mozliwe ?

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Rozwazam, pod warunkiem, ze wydanie miekkie zostanie wyprzedane w 50 proc. To jeszcze nie nastapilo. Nadal rynek woli Keynesa i Samuelsona, niz Rothbarda. W kazdym razie biore panska uwage bardzo powaznie. Uklony JM Fijor

  3. Andy pisze:

    Super strona.

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Dziekuje! pozdr JM Fijor

  5. Qsy pisze:

    Pozdr.

  6. mokka pisze:

    Ameryko wroc do boga !!! Taki wielki napis widzialem w Michigan.Byl namalowany biala farba na scianie wielkiej stodoly i swietnie widoczny z autostrady .
    Znam ten kraj spedzilem tam 18 lat.Sledzilem na Fox news caly wieczor wyborczy !!!W Polsce jestem od 4 lat.Pozdrawiam .

  7. Janek z Chicago pisze:

    „Protestujący po drugiej stronie Atlantyku biorą sprawy w swoje ręce. Amerykanie nie chcą od rządu niczego, prócz zagwarantowanej w konstytucji swobody działania, wolności gospodarowania i prawa do osiągania szczęścia”

    I Tu masz pelna racje.
    Ameryka zawsze sie obroni to tylko kwestia czasu.

    Wrocilem z Polski, to dopiero zabawa co wyprawia Unia .
    Rolnik np. ma przynany limit na produkcje mleka ,bazujacy na jego produkcji z 2005 roku.Jak produkuje wiecej to kary srogie.
    ale jak to POlak zawsze cos wymysli.Polski rolnik z tych nadwyzek robi swoje sery,maslo itp.Tylko jak jemu pomoc zeby mogl z nadwyzek robic to legalnie.
    Oczywscie limity mleka sa bardzo korzystne dla Niemiec,Holandi itd, bo oni w 2005 roku mieli calkiem znosna produkcje mleka.

    Jezdzac po Polsce , to szkoda jednak ze pomysl z Polska jako krajem na zasadach”
    „PORTORIKO” a nie UNII upadl
    pozdrawiam Janek K

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *