Tydzień w Druskiennika cz. 2

chat-dymki
2

15 sierpnia 2009

Przy sąsiednim stoliku po lewej, siedzą dwie starsze panie. Miłe, uśmiechnięte, bezpośrednie, inteligentne i otwarte na świat, jak wszyscy ludzie, którzy ten świat znają. Od pierwszego posiłku nawiązaliśmy rozmowę. Tym bardziej, że posługują się wszystkimi językami świata; z kelnerkami rozmawiają po litewsku lub po rosyjsku, z nami po polsku, z panią Doktor po angielsku, a między sobą w jidysz. Przyjechały z Izraela pożegnać się ze swoją młodością. Z Sowietów wyjechały w 1970 roku. Jedna z Rygi, druga z Kowna. Na tamtejszych cmentarzach mają swoich najbliższych – matki, braci, jedna nawet syna. Przez tydzień miały regenerować siły, potem pojechać w objazd rodzinnych grobów – do Kowna mają 200 km, do Rygi niewiele ponad 400. Pech chciał, jedna z nich rozchorowała się, znalazła się w szpitalu. Litewska służba zdrowia nie uznała ich izraelskiego ubezpieczenia i zażądała opłaty w gotówce. Za dwa dni pobytu zapłaciły ponad 1000 euro. Czekają na przekaz od dzieci z Tel Awiw, a ten już trzeci dzień nie nadchodzi. Nie tylko polska służba zdrowia ma problemy z wiarygodnością.

Jeszcze do niedawna odwiedzały Druskienniki tysiące „sowieckich” Żydów. Dzisiaj w naszym Draugyste odpoczywają tylko te dwie nostalgiczne damy, wyczekujące na przekaz od rodziny. Skąd ten zanik zainteresowania? Część nostalgicznych tułaczy odeszła na łono Abrahama,  inni być może rozczarowali się. Zrozumieli, że nostalgia jest iluzją. Zresztą, za czym mają tu tęsknić?

Obok naszego stolika, z drugiej jego strony siedzą dwie inne panie. Polki. Nie dość, że Polki, to na dodatek adwokatki. Na każdy posiłek przychodzą w innej kreacji. Zamknięte, wyniosłe posyłają swój dumny uśmiech po sali, informując zgromadzony o wyższości swej adwokackiej profesji. Tylko do mnie się nie uśmiechają. Przestały po tym jak wygłosiłem pogląd, że licencja prawnicza (adwokacka) jest zbędna a obrońcą może być każdy, kto czuje się na siłach i został wybrany przez pozwanego. Stoją na stanowisku, że nikt tak nie chroni sprawiedliwości, jak urzędnik, który drugiemu urzędnikowi udzieli monopolu na mądrość, zezwalając tym samym na udział w misterium zwanym sądem.

Sobotni bazar, za supermarketem Minimax bardziej przypomina nowotarskie ciuchy niż Stadion Dziesięciolecia. Tym, co go różni od tego ostatniego są gabaryty, ale przede wszystkim kompletny brak cudzoziemców. Litwini lękają się cudzoziemców. Tymczasem bez handlujących Rosjan, Czeczeńców, Turków, Nigeryjczyków, Wietnamczyków czy Hindusów bazaru nie ma. Dlatego u nich kryzys szczytuje, a u nas względna prosperita i otwarcie przyciągają ludzi z całego świata. Ta nasza niezwykła otwartość to fundament przyszłego dobrobytu. Żeby jednak jakiemuś homofonowi nie przyszło na myśl to zmieniać. Bierzemy przykład z Anglii, Australii i Stanów Zjednoczonych. Wyniosłych Anglosasów też drażnią kolorowi, burki, turbany i sari, a nawet mafia, ale nie dają po sobie poznać, bo wiedzą, że taki tygiel per saldo opłaca się każdemu. Kraje niegościnne obumierają. Najpierw Szwedzi, potem szejkowie arabscy, ostatnio nawet Japończycy – z bólem, ale jednak – otworzyli się na imigrantów.

16 sierpnia

Wycieczka do Wilna, Troków i Merecza. W Wilnie byłem sześć lat temu. Trwały jeszcze prace konserwatorskie nad rekonstrukcją starego miasta, perły wschodniego renesansu. Teraz mogłem podziwiać w całej krasie to jedno z najpiękniejszych miast wschodniej Europy.

Daleki jestem od nacjonalizmów, dumy narodowej czy innych uczuć, jakie powinny przepełniać Polaka odwiedzającego Litwę. Wiem, że kiedyś naród litewski żył w Unii z Polakami, znudziło mu się to i teraz chce być samodzielny. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego zignorował te kilkaset lat wspólnego dziedzictwa. Przecież gdyby nie Polacy, Litwini po latach okupacji sowieckiej nie mieliby do czego wracać. Straciliby tożsamość narodową. Na każdy kroku to widać i śmiać mi się chce, kiedy słyszę, że Mickiewicz, to Mickievicius, a Kościuszko, to Kosciuskos, gdy na polskich kościołach Wilna nie ma śladu informacji o tym, że pobudowane zostały przez poddanych tego samego króla polskiego, któremu oddawali hołd Litwini. To komuniści litewscy, poszukując swej nowej tożsamości po wyzwoleniu spod okupacji sowieckiej, na chłopca do bicia wybrali Polaków. Później antypolskość przejęła opozycja. Taki pan Landsbergis, który po polsku mówi lepiej niż wielu naszych poetów, jest zagorzałym anty-Polakiem. Mówi o tym z niesmakiem i zdziwieniem litewska masażystka, salowa, urzędniczka na poczcie. To politycy robią im wodę z mózgu.

Wilno było miastem polsko-litewskim, a nie litewskim czy polskim. Zignorowanie przeszłości jest nie tylko dowodem arogancji, ale przede wszystkim żałosnej głupoty i, co tu ukrywać, kompleksu niższości. To zbędny nacjonalizm, na którym najwięcej tracą sami Litwini; młodzież przestała mówić po rosyjsku, nie zaczęła mówić po angielsku. Porozumienie się z kimś w obcym języku zaczyna być problemem, a przecież nie można wymagać od turysty z Bilbao czy turystki z Wenecji, żeby uczyli się litewskiego. Polacy mają ten atut, że na Litwie prawie 20 procent ludności ma korzenie polskie, drugie tyle rozumie język Mickieviciusa czy Milosza, poetów litewskich, którzy dziwnym trafem pisali po polsku.

W  Trokach prawie pół godziny szukaliśmy dojścia do jeziora, nad którym stoi zamek krzyżacki. Drogowskazy prowadzące do tej jednej z największych atrakcji turystycznych Litwy napisane są po litewsku. Turystów zagranicznych też trafia szlag, że nigdzie, nawet w hotelach najwyższej klasy brakuje napisów w językach europejskich, albo choćby do nich zbliżonych. Żądza odmienności narodowej doprowadziła język litewski do takiej „oryginalności”, że wyzbyto się z niego nawet popularnych w najpotężniejszych językach świata – angielskim czy hiszpańskim – rdzeni łacińskich. Hotel, który nawet w języku arabskim jest hotelem, na Litwie to jakieś vieśbutis, zaś gaz, to dujos. Podobnie jest z tak uniwersalnymi pojęciami, jak szpital, edukacja, kultura etc. Ten pęd do oryginalności za wszelką cenę widać nawet w gospodarce, gdzie eliminuje się konkurencyjne towary polskie czy niemieckie na rzecz drogich i nie najlepszych litewskich. Nacjonalizm nigdy nie był mądrym doradcą. I choć najwięcej strat ponieśli nacjonaliści z własnych rąk, do dziś nie mogą zrozumieć, że swoboda i tolerancja buduje a zacietrzewienie i izolacja rujnuje. Bojkot i dyskryminacja najwięcej strat przynoszą bojkotującym i dyskryminującym.

Takie to refleksje towarzyszyły mi podczas zwiedzania jednego z najbardziej polskich miast Europy, Wilna i byłem dumny, że my nie wstydzimy się przeszłości, w której byli obecni Żydzi, Niemcy, Ormianie, Rosjanie i Litwini też. Gwaru, różnorodności i energii bijących na polskich ulicach, polach w fabrykach mogą nam tylko Litwini pozazdrościć. Mimo iż od czasu do czasu odzywa się jakiś cham czy ignorant nawołujący do polonizacji banków czy oddania handlu w ręce czystych Polaków, większość narodu nad Wisłą uważa, że kolor skóry czy kształt nosa człowieka nie mają znaczenia tak długo, jak długo jest się człowiekiem rzetelnym, uczciwym i pracowitym.

Mimo to mówię Litwinom „aciu”, czyli dziękuję za to, że dbają dziś o to piękne miasto, którego korzenie stanowią  maleńki powód także i mojej dumy.

17 sierpnia

W sąsiednim pensjonacie zatrzymał się, zgadnijcie kto? Sam pan Landsbergis, były marszałek litewskiego Sejmu. Ma 77  lat, lecz na swoje lata nie wygląda. Trzyma się wspaniale. Przypominam mu konferencję z 2003 roku, w czasie której robiłem z nim wywiad. O, dziwo pamięta. Korci mnie zapytać o powody antypolskości, albo przynajmniej, dlaczego ma opinię anty-Polaka, ale rezygnuję. Potwierdził, że Litwa wchodzi do strefy euro, lecz z powodu kryzysu wprowadzenie waluty europejskiej może się opóźnić. Jest europosłem, jest mu dobrze, czyli ma to, czego chciał. Skąd my to znamy? Dzięki ludziom takim jak Landsbergis, Druskienniki wracają do świetności jaką cieszyły się przed II wojną światową. Nikt nie ukrywa, że tutejsza baza sanatoryjna rozwinęła się dzięki funduszom unijnym zdobytym przez litewskich polityków dla oligarchów. Można mieć, co prawda, wątpliwości moralne czy nawet ekonomiczne co do sposobu wykorzystania pieniędzy unijnych podatników, ale jedno muszę im oddać; żaden lit czy euro nie zostało zmarnowane. Spa w Druskiennikach to najwyższy poziom światowy. To prawdziwa perła.

18 sierpnia

Rano gimnastyka. Masaż suchy, portem wodny. Rozstanie z paniami fizykoterapeutami. Jeszcze tylko elektrowstrząsy i relaksacja przy muzyce. I ziółka numer 3. Minął krótki, wzruszający i poruszający tydzień. A potem tylko buzi. Buzi. Ściskamy się. Żegnamy. W oku kręci się łezka. I jedziemy do domu, gdzie gwar, życie na gorąco, a stres goni stres….

Jan M fijor

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. ZQW pisze:

    Parę lat temu byłem na Litwie i z granicy polskiej jechałem do Wilna właśnie przez Druskienniki. Wrażenie ten kurort zrobił takie sobie , w moim odczuciu był pozbawiony życia – dokładnie jak Pan pisze. Mimo , że miałem mapę miałem problemy ze znalezieniem drogi , bo drogowskazy kierowały ciągle na jakąś dużą miejscowość o nazwie „Gardena” , a nijak takowej na mapie nie było.
    Nigdzie nie pisało , że jest to Grodno na Białorusi , choć jest to ogólnie przyjęte na całym świecie , by nazwę miejscowości za granicą podawać w języku danego kraju w nawiasie na drogowskazach. O ile na południu Litwy można się dogadać po polsku czy rosyjsku , to w Kownie w ogóle nie chciano nas obsługiwać , gdy prosiliśmy w knajpie po rosyjsku. Tak za bardzo to nie ma po co na Litwę jeździć , chyba żeby zwiedzić Wilno i ewentualnie Troki . Ja już zobaczyłem i w najbliższych latach na Litwę się nie wybieram.

  2. św_irek pisze:

    Żal mi krów litewskich co to mają przerąbane po Pańskich enuncjacjach o wyższości wędlin nad nabiałem.
    A poważnie: większość obserwacji potwierdzam, żadnym nie zaprzeczam, może poza cenami paliwa – nie jest aż tyle drożej. Sielskość i (sąsiedzie, bez urazy) zaściankowość bywa jednak dla mnie magnesem i w przeciwieństwie do ZQW na pewno na Litwę wrócę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *