Środek Afryki środkowej (II)

chat-dymki
2

Strach przed czarnymi

Dzisiaj jest 29 stopni w cieniu i wszyscy nasi rwandyjscy przyjaciele narzekają, że jest gorąco. Wbrew oczekiwaniom, w tym sercu czarnego lądu, leżącym niemal na samym równiku, rzadko kiedy jest tak gorąco. Dzisiejszy upał, nawet na warunki polskie nic specjalnego, to w Kigali wyjątek. Starszy Rwandyjczycy uważają że jest to oznaka nadejścia pory deszczowej. Dopóki nie nadejdzie, jest sucho, gorąco i nie ma komarów. Wprawdzie doświadczyłem już pierwszych ukłuć tych okrutnych stworzeń, fascynujący temat komarów pozostawię do nadejścia pory deszczowej.

Rzadko kiedy zgadzam się z tym co pastor Jesse Jackson, tzw. obrońca praw ludności kolorowej, a ściślej, czarnoskórych mieszkańców Stanów Zjednoczonych robi, a jeszcze rzadziej, co mówi. Z jednym jednak zgodziłem się bez cienia wątpliwości. Było to wtedy, gdy w którymś z programów radiowych amerykańskiej sieci ABC powiedział, że kiedy zdarzy mu się iść nocą po waszyngtońskiej ulicy i słyszeć za sobą kroki modli się żarliwie, żeby to były kroki białego. Nawet Jesse Jackson boi się czarnych. Dlaczego? Trudno powiedzieć, ale pewnie ma do tego jakieś powody. Ja takich powodów nie mam, a mimo wszystko w Kigali, gdzie miejscowi czarni są przyjaźni, a niekiedy nawet uśmiechają się do białych, czuję się nieswojo. Strach pomyśleć, co będzie w Demokratycznej Republice Kongo, dokąd udaję się za kilka dni, gdzie ludzie są podejrzliwi i nieufni wobec białych.

Można tę nieufność zrozumieć w Afryce czy w Ameryce Środkowej, ale w Stanach  Zjednoczonych jest podobnie. Pracowałem z czarnoskórymi Amerykanami w murzyńskiej tawernie i klubie bluesowym, miałem czarnych klientów, którzy mnie zapraszali na msze do swych gospelowych murzyńskich świątyń, z niektórymi z nich piłem wódkę i byłem zaprzyjaźniony, a mimo to przez sekundę nie czułem się przy nich rozluźniony. Chyba, że siedzieliśmy akurat w jakiejś „białej” knajpce albo w pobliżu przechadzało się kilku policjantów. Czy to kwestia czarnego koloru, który tradycyjnie kojarzy nam się z piekłem, z nocą, z czymś ponurym i niebezpiecznym? Czy może poczucie winy wywołane świadomością krzywd, jakie biała rasa wyrządziła rasie czarnej? W każdym razie wolę białych, nawet jeśli są tak ciemni, jak Hindusi z Madrasu czy Indianie z Cochabamba w Boliwii. Nie jestem w tym wyjątkiem. Ze strachu przed Murzynami nawet zawodowi globtroterzy omijają Afrykę szerokim łukiem.

Dla brata Józefa, który jest misjonarzem w Afryce od 35 lat i traktuje swych podopiecznych, lepiej niż własną rodzinę, której nie odwiedził od 12 lat, największym marzeniem jest dowiedzieć się, co oni na jego temat myślą. Wydawałoby się, że ich zna. Z niektórymi przeżył pół życia, utrzymuje ich, uczy, pomaga, a mimo to są mu obcy. Skąd taka przepaść?

Jean, emerytowana nauczycielka ze stanu Waszyngton mieszka w Rwandzie od pięciu lat. Pracuje w jednej z licznych tu amerykańskich organizacji charytatywnych zajmując się „opieką nad rwandyjskimi dziećmi ulicy” tłumaczy tę nieufność doświadczeniami ludobójstwa, ale jej wnioski nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. Kilka miesięcy temu została pobita i okradziona przez jednego ze swych podopiecznych, którego utrzymuje od dwóch lat. To zresztą nie jedyny napad, jakiego była ofiarą. Sprawa jest o tyle zagadkowa, że od zakończenia afrykańskiego holokaustu w połowie lat 1990., napady zdarzają się w Rwandzie sporadycznie. Taki ma być rewanż za dobroć i poświęcenie?

Postanowiłem mimo wszystko ruszyć na miasto sam. Trudno nieustannie ciągać za sobą kogoś miejscowego. Jeszcze gotowi pomyśleć, ze się boję. I poszedłem. Niedaleko pensjonatu, w którym się zatrzymałem znajduje się kościół, w którym pracują dwie polskie zakonnice. Akurat obie Polki wyjechały do pobliskiego Kongo. Powłóczyłem się po dzielnicy, szukając interesujących obrazów do sfotografowania. Niewiele brakowało, aby skończyło się to awanturą. Rzucił się na mnie z pięściami właściciel stacji benzynowej, której robiłem zdjęcie. Musiałem go przeprosić, a fotografię usunąć, bo zamierzał wezwać policję. Jean Pierre twierdzi, że rwandyjska policja – jako jedyna w tym rejonie Afryki – jest niekorumpowalna, ale jak ja bym to stwierdził, skoro nie znam ani lokalnego języka kenyirwanda, ani suahili, ani nawet francuskiego. Spuściłem uszy po sobie i wróciłem do pensjonatu

Z powyższych powodów w Afryce niechętnie się inwestuje, brak tu turystów, a jeśli już kogoś kontynent ten zainteresuje, to tak jak w CNN czy na antenie Al Jazeera, traktuje się go jak ciekawostkę przyrodniczą, zoologiczną lub antropologiczną. Aby zagłuszyć ewentualne wyrzuty sumienia, rządy zamożnych krajów posyłają tu pomoc, której wartość sięga niekiedy połowy Produktu Narodowego kraju adresata, nie interesując się nawet, co się z tymi pieniędzmi dzieje. Rwanda jest dobitnym przykładem takiego stanu rzeczy.

Cdn.

Jan M Fijor

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Maciej Ordon pisze:

    Janek, powodzenia! Musisz napisac kiedys wspomnienia z tych wszystkich wypraw. Ja juz cie dopilnuje 🙂

  2. ZQW pisze:

    Czarni z Afryki i USA są rzeczywiście dość dziwnie , rzekłbym wrogo nastawieni do białych. Jednakże ciemnoskórzy z Karaibów i Ameryki Południowej ( np. Brazylii ) są zupełnie inni – uśmiechnięci , sympatyczni i przyjaźni , podobnie jak i biali i wszyscy inni z tamtych krajów. Rzecz jest więc nie w kolorze skóry , ale w mentalności mieszkańców. Na Karaibach ( brytyjskich ) Murzyni mieli czynne i bierne prawa wyborcze od lat 30. XIX wieku na takich samych zasadach jak biali ( cenzus majątkowy – 50.000 funtów ) , nie było niewolnictwa i dyskryminacji.
    W koloniach brytyjskich w Afryce istniała daleko posunięta dyskryminacja czarnych , jeszcze gorzej było w koloniach francuskich i belgijskich .Po uzyskaniu niepodległości większość z krajów afrykańskich wybrała najgorszy możliwy ustrój – kleptokratyczną dyktaturę z faworyzowaniem własnego klanu przez dyktatora. Bieda się pogłębiała , a winę za stan rzeczy zrzucano na białych kolonialistów , w czym utwierdzała jeszcze komunistyczna propaganda. Więc nie dziwota , że białych się nie lubi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *