Środek Afryki środkowej (IV)

chat-dymki
1

Podróż do Burundi cz. I

Być w Rwandzie i nie odwiedzić Burundi, to grzech, ale i wyzwanie. To niewielkie państewko zlokalizowane w sercu Afryki może budzić niepokój białego podróżnika, o czym świadczą chociażby liczne komunikaty dotyczące stanu bezpieczeństwa podróży do Burundi. Nie przesadzę, jeśli powiem, że z niewielkimi przerwami, kraj ten obłożony jest alertami bezpieczeństwa od ponad 10 lat. Jak nie wojna domowa, to rebelianci z sąsiedniej Rwandy lub Kongo i chociaż wpisy na www.lonelyplanet.com świadczą, że od czasu do czasu ktoś się do Burundi wybiera i wraca, ryzyko jest spore. Doradzono mi, abym w kwestiach ewentualnych zagrożeń spytał kierowców linii autobusowej Kigali – Bujumbura (stolica Burundi). Jeśli autobusy kursują, znaczy można jechać. Kursowały, więc pojechałem.

Najwięcej połączeń z Kigali do Bujumbury – to znaczy trzy dziennie – oferuje linia Yahoo Express, znana także pod nazwą Yahoo New Express, albo Yahoo Car. Na pewno jednak nie ma nic wspólnego ze znanym amerykańskim portalem, chociaż używa jego logo. Kupiłem bilet dzień wcześniej, na ósmą rano, doradzono mi jednak, abym przyszedł wcześniej, bo „niekiedy kierowcy lubią odjechać przed czasem”, a poza tym zwykle jest komplet pasażerów, siedzenia nie są numerowane, więc kto pierwszy ten ma lepsze miejsce. Wypytałem szczegółowo o czas i warunki jazdy. Lubię wiedzieć, na czym stoję, a dokładniej, czym jadę.

Stolicę Rwandy od stolicy Burundi, oba kraje jeszcze 40 lat temu stanowiły jeden organizm państwowy, dzieli niespełna 300 kilometrów, a podróż – w zależności od źródła informacji – trwa: pięć (bileter), sześć (kierowca), siedem (agencja podróży) i osiem godzin (inny kierowca). Jak na tak niewielką odległość zdumiewające różnice, ale cóż – jestem w Afryce, gdzie nic nie powinno dziwić.

Zjawiłem się na przystanku przy Ruban Gura, w centrum Kigali, już o 6.30. Nie byłem jedynym przezornym pasażerem. Na półtorej godziny przed odjazdem połowa miejsc w busiku była już zajęta. Czyżby ci ludzie w nim spali? Mimo to udało mi się zająć strategicznie zlokalizowany pojedynczy fotel przy drzwiach, z możliwością rozprostowania nóg. Do godziny 8.10, kiedy po raz pierwszy pojawił się nasz kierowca i nie wiadomo po co – bo busik klimatyzacji nie posiadał – włączył silnik, przez pojazd przemieściło się co najmniej 40 osób, co było o tyle zaskakujące, że miejsc siedzących było w nim jedynie 22. Zorientowałem się wkrótce, że nie wszyscy wchodzący to pasażerowie, lwia część stanowiły osoby towarzyszące, odprowadzające. Dla porządku dodam, że wśród jednych i drugich byłem jedynym mozongo, czyli białym.

Wreszcie ok. 8.20 kierowca dał pierwszy sygnał do odjazdu. Busik opustoszał. Zostało nas sześć osób. Jeszcze chwilę kierowca żegnał się z kolegami, w końcu ruszyliśmy. Odetchnąłem z ulgą po dwóch godzinach czekania w smrodzie spalin, a poza tym, drążyła  mnie już ciekawość drogi. Nie po to wybieram się w tak egzotyczny świat, żeby siedzieć i czekać, tym bardziej, że w Bujumbura, podobnie, jak w Kigali i innych miejscach na równiku, dzień zaczyna się o 6.00 i kończy o 18.00. Nie znający miasta, samotny biały turysta po zmroku narażony jest na niespodzianki, których wolałem uniknąć.

O 8.40 kierowca dał kolejny sygnał do odjazdu, tym razem już naprawdę.

Co prawda, znalazłem w Internecie wpis jakiegoś pastora anglikańskiego, który doradzał wyjazd do Burundi z dworca Nyabugogo, ale wpis był z lipca 2008 i nie wziąłem go poważnie. Już 10 minut po odjeździe zrozumiałem, jakim to było błędem. Z Ruban Gura pojechaliśmy bowiem właśnie na dworzec Nyabugogo, gdzie kazano nam się przesiąść do innego busika. Problem w tym, że ten nowy busik był już prawie pełny – wolne były dwa miejsca, a nas była szóstka. Co gorsza, przestrzeń między pasażerami wypełniona była tzw. cargo – workami z mąką, ogromnymi pękami bananów, kontenerkami, pakami – słowem, dostać się do tych dwóch wolnych miejsc nie było szans. Nasz kierowca rozpłynął się w powietrzu, a ten od „nowego” busika znał tylko francuski, którego ja nie znam. Reszta ludzi dokoła posługiwała się albo kiswahili, albo kiburundi. Każde moje pytanie, to jak głuchy telefon. Biegam z plecakiem w te i we w te, macham rękami, pokazuję na migi, że chcę wejść, ale nikt się nawet nie domyśla, o co mi chodzi. Z całej naszej szóstki pozostała, prócz mnie, starsza kobieta, która jednak nie wykazywała żadnego zainteresowania zastaną sytuacją. W końcu zlitował się jeden z pasażerów. Otworzył okno i spytał po angielsku: czym może służyć. Wyjaśniłem. Przetłumaczył moje słowa reszcie pasażerów, otwarły się okna i zaczęli przez nie wystawiać bagaże. Można już było otworzyć drzwi i nasza dwójka, przywieziona z Ruban Gura mogła wejść do środka. Nie muszę dodawać, że miejsca, które nam pozostały nie należały do najlepszych. Jednakże możliwość zajęcia ich była znacznie bardziej satysfakcjonująca niż bieganie wokół busika, po zatłoczonym dworcu, wśród tłumu ludzi, w kurzu i spiekocie.

Patrzę na zegarek. Jest 9.15. Jeśli sprawdzi się najczarniejszy scenariusz, będziemy w Bujumbura jeszcze za dnia. Nie jest źle. Poradzę sobie. Z Internetu spisałem polecany przez globtroterów hotel Amahoro, anglikański „guesthouse” – oba w centrum oraz w rezerwie pensjonat Lilly, w którym nie dość że kradną, to jeszcze z dala od miasta. Brałem pod uwagę także nocleg w siedzibie Zgromadzenia Karmelitów Bosych. pod warunkiem, że uda mi się ją znaleźć, bo adresu nie znałem.

Ruszyliśmy z impetem. Busikiem zakołysało, walizki pospadały ze stosu, co wywołało nastrój wesołości, poprawiając humory pasażerów. Ujechaliśmy, nie przesadzam, jakieś 300 – 400 metrów i widzę, że wzdłuż drogi biegnie kilku chłopców dając kierowcy jakieś rozpaczliwe sygnały. Zatrzymał pojazd. Wyszedł. Obejrzał koła, pokiwał głową ze zrozumieniem, nie trudno było się domyślić, że coś złego stało się z kołem lub oponą. Wsiadł jednak do busika i pojechał na stację benzynową.

W normalnych warunkach, w takiej sytuacji, ludzie wychodzą z samochodu a mechanik zmienia oponę. W Afryce jest inaczej. Nagle poczułem, że autobus unosi się w górę razem z nami, po czym zatrząsł się, podnośnik zazgrzytał i całość runęła na bok razem z pasażerami i ich bagażem. Jęki, krzyki, a potem głośny śmiech – na szczęście staliśmy obok potężnego filara, który zamortyzował uderzenie i chyba dlatego nikomu nic się nie stało. Wypadły jednak szyby, co gorsza, rozbiła się szyba frontowa. Wyczołgaliśmy się spod wraka, wyciągnęli bagaże i czekamy. Ku mojemu zdziwieniu, bus – zmiennik pojawił się w ciągu kwadransa. Nastrój poprawia się. Wnosimy bagaże, wchodzimy, siadamy. Mam już lepsze miejsce. Dochodzi 10.00. Jedziemy. Wciąż zdążymy przed zmierzchem.

Droga jest dobra, ale kręta i górzysta. Rwanda to kraj tysiąca wzgórz, choć ja myślę, że jest ich dziesięć razy więcej, szybciej niż 50-60 kilometrów na godzinę jechać się nie da. Tym bardziej, że przeładowany busik ma niebezpieczny przechył. Niedługo potem, w Ruhango, które jest oddalone od stolicy o ok. 80 kilometrów mamy „dziesięciominutowy” postój na poranną toaletę i śniadanie, trwający pół godziny. Do Butare, które jest oddalone od stolicy o ok. 120 kilometrów dojeżdżamy mniej więcej o 13.00. przy optymistycznym scenariuszu o tej porze powinniśmy być już w Bujumbura.

Potem jest już tylko z górki. Kierowca próbuje nadrobić stracony czas. Na granicy z Burundi jesteśmy o 14.20, co wciąż daje szansę na osiągnięcie Bujumbury przed zachodem słońca. Odprawiamy się sprawnie, wymieniam walutę – za franka rwandyjskiego dwa burundyjskie i w drogę. Dolar kosztuje 1200 franków burundyjskich. Jest prawie piąta po południu, gdy dojeżdżamy do stolicy Burundi. Nie sprawdził się nawet najczarniejszy scenariusz. Podróżowaliśmy prawie 9 godzin, choć samej jazdy było nie więcej niż pięć.

Z duszą na ramieniu ruszam do hotelu Amahoro. Adresu nie znam. Wiem tylko, że mam się orientować na wieżę katedry, majaczącą w oddali w promieniach zachodzącego słońca. Jest gorąco. Najprawdopodobniej trzydzieści kilka stopni. Niezrażony i cały mokry pruję do przodu, aby zdążyć przed zmierzchem. Mogłem co prawda wziąć taksówkę, ale bezpieczniejszy wydaje mi się jednak spacer Aleją Niepodległości, pryncypialną arterią stolicy. Aleja nie ma chodnika. Piesi poruszają się rozkopanym od co najmniej roku gliniastym poboczem. W promieniu widoczności, jestem jedynym białym. Ludzie przyglądają mi się z zaciekawieniem. Jakby szacowali: co ten mozongo może mi dać, albo raczej, co można by mu zabrać? Próbuję się do niektórych uśmiechać. Rzadko kto odwzajemnia mój uśmiechu. Bujumbura, to jednak nie Kigali. Wokół brud, smród, gwar, śmieci, bałagan i kurz. Tu już jest prawdziwa Afryka. Ulicę patrolują oddziały wojska i policji; toyota pick-up z zainstalowanym na dachu karabinem maszynowy, kaliber 40 mm. Zamiast czuć się bezpieczniej, oczami wyobraźni widzę sceny z amerykańskiego filmu, którego akcja rozgrywa się w Somalii.

Cdn.

Jan M Fijor

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Gerard Boehnke pisze:

    Wspaniały opis ! I co dalej ?
    pozdr.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *