Środek Afryki środkowej (V)

chat-dymki
8

Podróż do Burundi cz. II

Znalezienie hotelu Amahoro (co zarówno w obowiązującym w Burundi języku kirundi, jak i po kinyarwandyjsku znaczy „pokój”, ale nie hotelowy, tylko ten „międzynarodowy”) nie było trudne. Co prawda, ilość flag i proporczyków powiewających przed wejściem wydała mi się podejrzanie duża, ale na pytanie, czy są wolne pokoje, recepcjonista odparł niespeszony:

– Chyba tak, zaraz sprawdzę.

I sprawdzał ze 40 minut aż Bujumburę zasnuła sadza równikowej  nocy, bo w mieście nie ma latarń ulicznych, po czym rzekł:

–  Sorry, mamy wszystko zajęte, bo jest u nas kongres trenerów od badmingtona. Musisz sobie znaleźć jakieś inne lokum – powiedział z uśmiechem.

– A gdzie mogę znaleźć?

Rozłożył ręce w debilnym geście bezradności, oddając się rozkoszy oglądania meczu Inter – Napoli.

Jestem wściekły, bo przecież to właśnie czułem od samego początku. Zmarnowałem tyle czasu, żeby się dowiedzieć tego, co raczej było jasne. Guesthouse’u u Anglikanów nie znalazłem, a raczej przestałem go szukać, poddając się po tym, jak o mały włos nie wpadłem w nieosłonięty, nie oznakowany rów głębokości dwóch metrów, który podobno służy do odprowadzania wody w czasie ulewy. W porze suchej można w nim skręcić kark, w porze deszczowej można utonąć.

Z każdą minutą sylwetka katedry ginie w czeluściach szybko nadchodzącego zmroku. Kieruję się jednak w stronę smukłej wieży zakończonej niewielkim krzyżem, licząc na to, że kogoś pobliżu świątyni spotkam, kto pomoże mi znaleźć siedzibę misjonarzy. Innego pomysłu na znalezienie noclegu w Bujumbura już nie miałem, bo w mojej sytuacji innego pomysłu po prostu nie było. Zresztą następnego dnia dowiedziałem od O. Pawła, polskiego misjonarza ze Zgromadzenia Karmelitów Bosych, że nawet Robert Mazurek, dziennikarz i podróżnik słynący z niezależności i indywidualizmu korzystał z noclegu u misjonarzy. Jazda nocą do Club Tanganika Hotel jest zbyt ryzykowna.

Komary

Bujumbura położona jest o ponad 700 metrów niżej niż Kigali (ok. 1480 m n.p.m), a co gorsza, leży nad potężnym jeziorem Tanganika, które pod względem głębokości (Tanganika ma 1435 metrów) ustępuje tylko największemu zbiornikowi słodkiej wody, jakim jest jezioro Bajkał (1680 metrów). Z tych dwóch powodów w Bujumbura jest goręcej i wilgotniej niż w Kigali, a to są wymarzone warunki do lęgu chmar paskudnych moskitów, które swą największą aktywność osiągają właśnie wieczorem. Wtedym, kiedy ja szukałem noclegu.

Niewielu podróżników potrafi stawić czoła temu okropnemu i co tu ukrywać, niebezpiecznemu stworzeniu, które w najlepszym razie jest w stanie zatruć najpiękniejszą wyprawę czy przygodę. Skarżył na nie Ryszard Kapuściński, skarżyl Tony Halik, nawet nieustraszony Arkady Fiedler miał z ich powodu kłopoty zdrowotne. Mnie komary zatruły niejedną noc na wyspie Holbox, rejs po rzece Iguazu i w dżunglach Panamy, przez nie zrezygnowałem z wyprawy po wschodnim Hondurasie, ograniczając penetrację Goa do absolutnego minimum. Nie mam na nie siły. Nie jestem w stanie ich znieść, zwłaszcza w tropikalną noc, gdy krąży mi taki jeden nad uchem i bzyka. Żyć mi się wtedy nie chce. Dostaję nerwów, a to jeszcze sytuację pogarsza. Zresztą nie muszę wcale nigdzie jechać. Dopadną mnie wszędzie, nawet późną jesienią w Tatrach. Swoistym rekordem było ukąszenie mnie przez zabłąkanego komara w śnieżną listopadową noc w Chicago. Pewnym ratunkiem stały się dla mnie ostatnio repelenty w płynie, który rozpylane są przy pomocy zmyślnego urządzenia podłączonego do kontaktu, ale poddaję się bezradnie, gdy jestem w Bujumbura, Aguas Calientes, czy Chetumal, gdzie akurat prąd eletryczny wyłączono. Mocno reklamowana, belgijska Mugga, o której dalej napiszę nieco więcej w warunkach afrykańskich zupełnie się nie sprawdza.

Nie trudno zrozumieć, dlaczego od lat obserwuję zachowanie się tych „drapieżników”, jestem nawet autorem swojej prywatnej teorii na ich temat. I to teorii nie byle jakiej. Moja teorii, kilka miesięcy temu, została potwierdzona przez uczonych brytyjskich. Wyjaśnia ona, dlaczego w sytuacji, gdy jest w pobliżu setka osób do kąsania, one właśnie pastwią się nade mną. Bo jestem wybitnie ulubionym obiektem ataków komarów. Wystarczy, że w jakimś pomieszczeniu będzie jeden komar i tuzin osób, jedyną którą zaatakuje będę ja.

Dlaczego właśnie ja? Dlaczego komary wolą jednych ludzi od innych? Moim zdaniem, wynika to z charakteru człowieka. Ludzie łatwiej poddawani stresom, potocznie zwani bardziej „nerwowymi”, wydzielają coś, co te małe bestie są w stanie doskonale zlokalizować i posmakować. Komary bowiem mają wyjątkową zdolność rozpoznawania zapachów. Spośród tych, które potrafią rozpoznać, najsympatyczniejszy wydaje im się właśnie zapach wydzielany przez osoby niespokojne, podniecone, bardziej pobudliwe niż inni.

Zaproszono mnie kiedyś na piknik na rzece La Plata w okolicach Buenos Aires. Przed przyjazdem na jacht, którym tam popłynęliśmy ktoś mnie w hotelu okradł. Byłem tym faktem wyjątkowo zbulwersowany, gdyż wśród skradzionych przedmiotów był obiektyw do aparatu. Na wyspie byłem świadkiem, jak chmary, ale dosłownie, stada komarów bezkarnie owiewały zaproszonych, gryząc wyłącznie mnie. Ten stres, może adrenalina, czy jakieś inne substancje chemiczne wydzielane przez osoby pobudzone to ulubionych ich pokarm.

Uczeni z laboratorium Rothamsted Research z Wielkiej Brytanii potwierdzili ten wniosek, ekstrahując spośród setek związków wydzielanych przez ciało człowieka kilka substancji,  które moskitom szczególnie smakują. Gros z nich powstaje w wyniku reakcji stresowej organizmu. Przecież, ja to właśnie odkryłem w 1984 roku na wysepce na La Placie.

Leci sobie taki komar i wącha. Wystarczy, że kompozycja zapachowa danej osoby różni się od kompozycji innych właśnie o ten jeden czynnik stresowy, on podlatuje i zaczyna kąsać, czyli wypijać krew. Nie wystarczy mu, że pasożytuje na moim życiodajnym płynie, że naraża mnie na niewygodę i choroby, to na dodatek zostawia po sobie bolesny ślad, który mnie swędzi od kilkunastu minut do kilkunastu godzin.

Komar, mając do wyboru kilku ludzi, z których wszyscy pachną mniej więcej jednakowo “spokojnie”, wybiera na chybił trafił. Jeśli jednak jest w pobliżu nerwus, atakuje jego. Nie trudno zrozumieć, dlaczego moskity mając do wybory tysiące zwierząt, ptaków, gryzoni, płazów i innych potencjalnych dostawców pokarmu, chętniej wybierają człowieka. Najlepszy dowód, że nie ani krowa ani hiena nie chorują na malarię, a człowiek tak. O ludzkim, a właściwie nieludzkim wkładzie w tę ciężką chorobę w kolejnym odcinku afrykańskiej przygody…

Jan M Fijor

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Radek Olszak pisze:

    Witam Pana.

    Pozwoliłem sobie napisać komentarz na maila, ponieważ ostatnio
    zamieściłem komentarz pod jednych z pierwszych wpisów opisujących Pańską afrykańską przygodę i niestety komentarz nie został zamieszczony. Proszę o sprawdzenie systemu komentarzy czy wszystko jest ok ze strona:).

    Chciałbym poruszyć temat komarów i postać polskiej podróżniczki Kingi Choszcz. Niestety zmarła na malarię w Ghanie w 2006 roku. Jest to naprawdę wspaniała postać i zachęcam pana do zapoznania się z 
    jej dokonaniami. Kinga wraz ze swoim chłopakiem w 1998 roku wyruszyła w podróż autostopem
    dookoła świata. Podróż trwała 5 lat i podróżnicy odwiedzili praktycznie wszystkie kraje
    świata oprócz kontynentu afrykańskiego. Kinga prowadziła dziennik i prawie każdy dzień ich podróży jest opisany i dostępny w internecie na stronie http://www.geocities.com/kingachopin/ dział pamiętnik kingi. Przygody które są tam opisane są poprostu niebywałe. Kinga była bardzo dobrą osobą , niezwykłą ,ze wspaniałym stosunkiem do świata i bardzo ciekawie wszystko opisuje.
    Wyszła też książka „Prowadził nas los”. Ja książki nie czytałem do tej pory. Ale podejrzewam że w książce sa poprostu fragmenty z pamiętnika dostępnego na stronie.
    Kinga po powrocie ze swojej wielkiej 5 letniej podróży, w 2006 roku wybrała się do Afryki.
    Tam przemierzyła saharę na wielbłądzie i wykupiła z „niewoli” dziewczynkę w chyba Mali.
    I razem z dziewczynką wybrała się do Ghany. Dziewczynka wróciła do rodziny. A kinga niestety zachorowała na malarię mózgową i po 2 tygodniowym pobycie w Ghanie zmarła.
    Rodzina kingi powołała do życia fundację free spirit. Która to fundacja pomaga dzieciom z Moree. Miasteczku(w Ghanie) ,z którego pochodzi ta uratowana przez Kingę dziewczynka.
    Stworzyli bibliotekę, opłacają edukację dla dzieci(szkoły są płatne). Chyba zakupili tam kawałek ziemi i chyba będzie budowana (lub już jest) szkoła dla dzieci.
    Wiecej pod stronami http://www.fundacjafreespirit.pl -fundacja http://www.kingafreespirit.pl/ -podroz kingi do afryki Ja osobiście ze względów finansowych za wiele nie podróżowałem, ale wspaniale jest wirtualnie podróżować czytajac w internecie lub książkach
    opisy z podróży. Przykre jest to ,że czasami za realizację swoich marzeń trzeba zapłacić
    największą cenę. Panie Janie, Proszę więc uważać na komary i wystrzegać się obszarów
    „bardzo” malarycznych.

    Uściski dłoni
    Radek Olszak

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Po lekturze dziennika Kingi aż się dalej pisać nie chce.
    Pozdrawiam

    Jan M Fijor

  3. Marek T pisze:

    Niech pan nie będzie taki skromny. Czytałem pańskie reportaze podróżnicze z Ameryki Poluniowej w chicagowskim „Relaksje” i chyba takim pismie kobiecym, Kobieta czy moze Kobieta i zycie. pamietam, jak pan wyciagal jakiegos Polaka z wiezienia.
    Ja na komary mam jeden sposob; pale w pokoju swiatlo cala noc. Pomaga.

    Szczesliwej podrozy
    Marek (Palo Alto, USA

  4. Jan M Fijor pisze:

    Swoją drogą, jakie my w Polsce mamy marne media. Przecież w USA taka Kinga mialaby w NYT, ABC a namarniej w ogólnokrajowym radio swoją audycję ze świata. Wczoraj przeczytałem w jakimś krajowym dzienniku wstrząsający, ale za to obszerny artykuł o tym, że jakiś poseł zamierza odchodzic z PiS, a także, że w Górniku Koziawólka zmieniono trenera piłki nożnej. Płakać się chce! Żadnego wyczucia. A może czytelników takie pamiętniki i podróże nie interesują?

    Pozdrawiam z Goma (Kongo)

  5. Radek pisze:

    Ja jak znalazłem tą stronę Kingi i Chopina w 2004 roku to byłem naprawdę byłem pod wielki wrażeniem ich podróży. Napewno jest w świecie wielu podróżników „backpackerow”. Ale to co oni zrobili jest naprawdę niezwykłe. Podróż przez 5 lat. Praktycznie bez większych pieniędzy. Mieli limit i wydawali tylko 4 dolary dziennie.(chyba na osobę)
    Podróżowali wierząc w dobry los i przychylność ludzi. Nocowali u osob przyjmujących za darmo podróżników (organizacja servas teraz jest np. http://www.couchsurfing.com) ,lub poprostu pod chmurką. Fajnego stopa złapali z chicago na florydę.Płyneli ze starszym panem łodzią kanałami i rzekami przez stany. Ciekawie im też się trafił stop z nowej zelandii do australii przez wyspy pacyfiku (jachtem). Oni podróżowali bez zegarka ,na luzie. Przedewszystkim starali się o kontatky z ludzmi a nie zaliczenie wszystkich turystycznych „miejscówek”.
    Myslę ,że w przypadku podróży Kingi do Afryki trochę zabrakło czujności i zdrowego rozsądku. Miała taką filozofię ,że nie robiła sobie szczepień ani nie brała leków przeciwmalarych. Może podróżując długo nie byłoby ja stać na leki np przeciwmalaryczne. Chyba 200zł za 10 tabletek. Jedna tabletka na dzień. Poza tym dłużej biorąc takie leki to wykańcza organizm.
    A do mediów to zgadzam się z panem Fijorem. Słucham czasami radia Tok Fm. Poziom dziennikarstwa jest tam żenująco niski. Chamstwo ,buta szydzenie z kościoła, prezydenta, Pisu.
    Ostatnio było przezabawnie. Pan Cezary Łasiczka zaprosił do audycji eksperta od Savoir-vivre. Ekspert mówił ,że jest w złym tonie mówić o osobie duchownej na „Pan”. Ponieważ zazwyczaj tytułuje się osobę zgodnie z pełnioną przez nią funkcją. Przezabawnie było ponieważ panu Cezaremu Łasiczce często zdarza się tytułować osoby duchowne na Pan. Jakaś podwójna moralność bije od tych panów dziennikarzy i stronniczość.
    Ostatnio też zabrało się kilku dziennikarzy. Bieżące roszady i rozgrywki w Pisie i Platformie roztrząsali przez godzinę czy dłużej. Na boga kogo to interesuje poza samymi dziennikarzami?

  6. Kamil Przeorski pisze:

    Czytając te relacje Twoje Janku i Kingi, aż chce się żyć. Świat jest piękny;)

  7. Gerard Boehnke pisze:

    Interesuje sie Kigali i Ruandą .
    Gdzie znajdę aktualne informacje o tym mieście i kraju ?

  8. Jan M. Fijor pisze:

    Najwięcej informacji znajdzie pan na http://www.lonelyplanet.com
    Można sięgnąć po pismo misjonarzy Pallotynów, Posyłam was.
    Ostrzegam, że nie będzie łatwo. Jakakolwiek wygoda czy wyższy standard bezpieczenstwa kosztuje majątek. W budynkach zgromadzeń misyjnych znaleźć można tanie i bezpeiczne lokum, a także życzliwych ludzi i radę.
    Dalszy ciąg przygód wstawię w miarę wolnego czasu.

    Dosiego Roku! W 2010 polecam Afrykę subsaharyjską.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *