Kongo (II)

chat-dymki
6

Kompleksy

 

        Kongo, zwłaszcza wschodnia jego część to dziś jeden z najmniej bezpiecznych obszarów na Ziemi. Nie jest tam, co prawda, tak groźnie jak w Somalii czy Darfurze, choć kto wie.  Opowiadał mi w czasie lotu z Kigali do Entebbe belgijski dyplomata, pracujący w Mogadiszo, że w Somalii biały człowiek cieszy się respektem i, poza drobnymi kradzieżami czy postrzeleniem przez zabłąkaną kulę jakiegoś watażki, nic poważniejszego mu nie grozi. W Kongo nawet takiego szacunku ze strony miejscowych nie ma.

 

Kompleks reportera

 

        Po co więc pojechałem do kraju, w którym – poza garstką goryli w rezerwacie Virunga, jeśli ma się szczęście – niczego ciekawego obejrzeć nie można, niczego wartościowego kupić, gdzie są nawet problemy z codziennym wyżywieniem, a przy tym koszty pobytu – ze względu na drogie bilety lotnicze, brak bezpieczeństwa i inne niedogodności, które trzeba pokonywać na każdym kroku są porównywalne z tym, co by się wydało w cudownym Rzymie czy na Fiji? Wiem, co mówię. I w jednym i w drugim miejscu byłem tuż przed wyjazdem do Kongo.

      Ja do Kongo pojechałem na wojnę. Po prostu chciałem coś przeżyć. Zrobiłem to z pełną świadomością, z zabezpieczeniem, ale nie ukrywam, że ta podróż była „szukaniem guza”. Dlaczego? Aby leczyć się z kompleksu.

     Nigdy nie byłem korespondentem wojennym. Facetem z dużą ilością adrenaliny i charakteru, który nie waha się pakować na linię strzału jakichś rozjuszonych rebeliantów z Timoru Wschodniego, czy talibów z Pakistanu. Który każdego dnia, tygodnia, ba, godziny ryzykując życie, niewygody i cierpienia przebija się przez linie wroga, żeby móc na żywo przekazać jakiś szczegół na temat stanu zabitych i rannych w danej potyczce. Z zazdrością czytałem doniesienia korespondentów wojennych czy sprawozdawców z walki z narcotraficantes z najbardziej niedostępnych i niebezpiecznych rejonów globu. Sam nie miałem takiego „szczęścia” i, co najwyżej, koło wojny przejeżdżałem (Bośnia, Chorwacja, Salwador), handlarzy narkotyków widziałem z okna autokaru w Copocabana w Boliwii i w Tijuana (Meksyk), a świadkiem trzęsienia ziemi (Kostaryka) czy zamachu bombowego (Argentyna, 1978) stałem się przez czysty przypadek i to mimo woli.

       Chciałem więc chociaż raz uczestniczyć w takiej akcji, albo przynajmniej być w jej pobliżu. Mniej więcej rok temu byłem tuż tuż, ale w ostatniej chwili ominęła mnie („ze względu na wysokie zagrożenie utratą życia” – napisał organizator, jedna z amerykańskich organizacji dziennikarskich) „wycieczka” do Mogadiszu; do Iraku czy Afganistanu nie mam szans wyjechać, poza tym tamtejsza wojna pozbawiona jest krzty romantyzmu, w Darfurze i Erytrei nie miałem kontaktów, a z braku innych bliższych wojen, najbliższa, jaką mogłem zobaczyć z bliska, rozgrywała się w Kongo.

         Co tam korespondentem wojennym! Ja nie byłem nigdy nawet regularnym korespondentem pokojowym. Do wyjazdu z Polski w 1985 roku nie wysłano mnie w charakterze korespondenta zagranicznego żadnej gazety, radia czy telewizji. Moi przełożeni nie brali mnie do takiej roli pod uwagę, mimo iż do tej pracy chyba się nadaję. Znam języki, łatwo nawiązuję kontakty, jestem uparty, pomysłowy, znam świat i, co ważniejsze, mam tzw. szczęście. Wychodziłem z nie lada opałów; z peruwiańskiego więzienia, śmiertelnego cyklonu na meksykańskiej wysepce, z zasadzki na turystów przygotowanej przez bandziorów w pobliżu Sabana Grande w Caracas, czy z szarży oszalałego słonia w Johor Bahru (Malezja).

      Przez całe swoje dziennikarskie życie, jeśli kiedykolwiek nadawałem jakieś relacje zagarniczne, to tylko wtedy, gdy sam je sobie zorganizowałem. Nawet na Mundiale do Argentyny, Hiszpanii i w Meksyku wyjechałem za swoje pieniądze. Wprawdzie raz obiecano mi wyjazd jako sprawozdawcy „Słowa Powszechnego” towarzyszącego pielgrzymce Jana Pawła II do USA, ale gdy przyszło co do czego, pojechał ktoś inny. Nie miałem szczęścia? Nie wierzyli we mnie? Pewnie też. Może byłem za słaby, może nie umiałem się do przełożonych umizgiwać, zabiegać o ich względy, przekonywać.

       Wtedy w 1979 roku też, to ja miałem więcej doświadczenia, a zwłaszcza udany chrzest reporterski na Mundialu w Argentynie, gdzie nie dość że sam za siebie płaciłem, to jeszcze organizowałem sobie akredytację, hotele, kontakty, a nawet połączenie teleksowe. Mimo to zamiast mnie wysłali za papieżem faceta, który był tłumaczem tekstów teologicznych i którego przerażała perspektywa wyjazdu w delegację do Białej Podlaskiej. Efekt był taki, że w ciągu siedmiodniowej pielgrzymki ani raz papieża nie widział. W czasie, gdy Ojciec Święty był w Bostonie, „korespondent” oczekiwał Go Nowym Jorku, gdy papież poleciał do Filadelfii, korespondent szukał Jana Pawła II w Bostonie, w końcu po trzech dniach takiej zabawy w papieża i myszkę załamał się, ugrzązł w którymś z hotelików przy 42nd Street i Times Square, gdzie pił na okrągło do końca pielgrzymki. Po powrocie napisał potężny materiał, który okazał się być plagiatem reportażu z Osservatore Romano.

       W czasach, w których mogłem wyjeżdżać, nie brano mnie pod uwagę, bo nie pasowałem do klucza. Kiedy już mogłem pasować, wyjechałem z Polski. Nosiłem w sobie kompleks niespełnionego reportera. Dlatego możliwość wyjazd do Kongo potraktowałem jak swoisty chrzest bojowy. Co prawda, od późnej wiosny 2009, tocząca się tam od dwóch lat wojna domowa nieco przycichała, świadomość zagrożenia jest wciąż duża. Zetknąłem się z nią już w Burundi, gdy wybrałem się z Bujumbura drogą prowadzącą do granicy z Kongo wzdłuż jeziora Tanganika, by obejrzeć z bliska stado hipopotamów i krokodyli zamieszkujące graniczną rzekę Ruzizi (na zachód od Bujumbura). Do Konga jednak nie dojechałem, nie widziałem nawet dzikich zwierząt w rezerwacie, gdyż właśnie tam, w końcu września (2009) pojawiły się „pojedyncze oddziały rebeliantów” spod znaku rwandyjskiego FNL, którzy w trójkącie Bukavu-Goma-Gisenyi urządzili sobie bazę wypadową, skąd już od kilku lat paraliżują prawie dwa miliony zamieszkujących tam ludzi. I nie ma znaczenia czy to Hutu terroryzują Tutsi, czy odwrotnie, z braku możliwości zajęcia się czymś pożytecznym liczą się zrabowane łupy i „rozkosz” zabijania. Informował o tym podróżujących strażnik rzecznego rezerwatu hipopotamów i tabliczka z napisem „Danger! Zone Protegee!” umieszczona kilka kilometrów za miasteczkiem Gatumba, opodal granicy z Kongiem.

      Mimo to nie dałem za wygraną i kiedy dwa tygodnie później nadarzył się wyjazd do Goma, z entuzjazmem się nań zgłosiłem.

 

Kompleks militarny

 

      Pytają mnie nieraz znajomi, czy nie boję się dzikich zwierząt. Nie, nie boję się.

      Poza wężami, a i to trzeba mieć pecha, żeby trafić na okaz jadowity, a dodatkowo zdeterminowany do ataku na tyle, by chciało mu się tracić energię na atak na człowieka, zwierzęta zachowują się na ogół „racjonalnie”. Jeśli są głodne, to chcą coś zjeść. Przy czym nawet żarłoczne rekiny za ludziną nie przepadają. Wolą zdecydowanie dziczyznę, a z niej mięso swoich roślinożernych sióstr i braci. Jeśli ktoś lub coś je wystraszy, to albo uciekają w popłochu, albo w popłochu atakują. To samo, gdy ktoś im dokuczy albo zburzy spokój ogniska rodzinnego lub sjesty. Atakujące zwierzę działa impulsywnie, nie jest jednak mściwe. Stara się usunąć przyczynę „dyskomfortu” najmniejszym nakładem energii i czasu. Tylko pojedynki godowe, walka o samicę może trwać dłużej albo do ostatniej kropli krwi. Szarżująca, rozwścieczona lwica – czy to ze strachu czy, częściej, w obronie potomstwa – pacnie zagrażającego jej człowieka i jeśli nie ma szczególnego apetytu, ryknie kilkakrotnie i odejdzie. Chyba, że została dodatkowo przez swego nieprzyjaciela zraniona. Wtedy szaleje i w tym napadzie szału może nawet zabić. Opowiadał mi amerykański pastor Lane Custor, misjonarz z Kisoro w Ugandzie, że w świecie zwierząt tylko raniony nosorożec, hipopotam i oszalały z samotności słoń atakują z mściwą pasją i nawet po zabiciu swej ofiary jeszcze się nad jej zwłokami pastwić. Ale nawet w takiej sytuacji zabijają humanitarnie; szybko i sprawnie. Żeby ofiara się nie męczyła?

      Co innego człowiek. Ten jest nieprzewidywalny. Zanim tuzin rozwrzeszczanych bandytów zabił w końcu Ndole, wieśniaczkę z Keshero na przedmieściach Goma i jej rocznego synka, znęcali się nad dziewczyną kilka godzin, gwałcąc ją, kopiąc i oblewając uryną. Nie pomagały błagania matki o śmierć, żeby tylko zostawili w spokoju dziecko. Nie zostawili. Dla zabawy? Z głupoty, a może okrucieństwa? Nikt tego nie wie. Dlatego pewnie Arkady Fiedler mówił, że żadne zwierzęcia nie jest tak groźne jak człowiek.

     Nie skarżę się, nie. Nie uważam też, że ludzie są dzicy czy źli. Bo nie są, czego dowodem jest chociażby fakt, że z każdej podróży wracam cały i zdrowy. Po prostu przekazuję obserwację. Agresja wstępuje najczęściej u tych, którzy mają pilnować porządku i pomagać innym; wojsko, policję, urzędników granicznych i innych przedstawicieli państwa. To oni agresję organizują i podsycają. W imię walki politycznej, idei, rasy którą reprezentują. Nie trzeba jechać do Afryki czy Ameryki Południowej, żeby się o tym przekonać.

      Gdyby świat sprywatyzować, zabrać z rąk polityków i przekazać biznesowi nie byłoby wojen. Czy izraelski piekarz strzelałby do swoich palestyńskich klientów? Albo sklepikarz z Goma, czy byłby w stanie podpalić wieśniakom z Kibati dom i zgwałcić ich córki, wiedząc, że oni przecież mogą być klientami jego sklepu z dżinsami? Najlepszy dowód, że między biznesami, jeśli nie liczyć wojen konkurencyjnych, agresywnych wojen nie ma. Nie zdarzyło się, jak dotąd, żeby zarząd Hondy wydał rozkaz zbombardowania fabryk BMW, albo „McDonald’s” zatruł wodę „Burger Kingowi”. Za dużo mają do stracenia. Nie dość, żeby poszkodowani wzięli ich do sądu i zażądali gigantycznych odszkodowań, to na dodatek, o takich praktykach dowiedziałaby klientela i natychmiast od nich odsunęła. Co to za biznes, który nie potrafi funkcjonować na zasadach fair play? A jakie konsekwencje ponosi rząd,  prezydent tego czy innego państwa, który bez wahania wysyła na bój swoich żołnierzy, aby zabijali wojaków prezydenta innego kraju.

       Biznes nie jest agresywny, politycy tak, bo biznes na zabijaniu swoich potencjalnych klientów traci, a politycy nie. Nie tylko nie tracą, oni na wojnie zyskują. George W. Bush, w nagrodę za wywołanie dwóch agresywnych wojen został wybrany na drugą kadencję! Dla niego, dla Hugo Chaveza, do niedawna też dla Fidela Castro agresja była okazją do pokrycia swej nieudolności i miernoty. Argentyńscy generałowie w 1983 roku napadli na Wyspy Falklandzkie należące do Wielkiej Brytanii, aby odwrócić uwagę od kryzysu gospodarczego targającego krajem. Putin, Arafat, czy junta birmańska w działaniach agresywnych usiłuje ukryć własne grzechy i zbrodnie. Po „zwycięskiej” wojnie dostaną order, po śmierci, a czasem nawet wcześniej, rozpalony „patriotyzmem” i szowinistyczny tłum zbuduje im pomniki.

      Wojna, z politycznego punktu widzenia jest intratnym zajęciem. Opowiadał mi kiedyś w Kanadzie pewien Serb, z zawodu krawiec, że wojna na Bałkanach, w której brał udział, wybuchła – podobnie zresztą jak niemal wszystkie wojny – z biedy i beznadziei:

– Nie mieliśmy pracy, pieniędzy, zainteresowań, więc dla zabicia czasu i trochę dla rozrywki zabijaliśmy i gwałcili. Wstawało się rano, myło, goliło i ubierało, i zamiast do pracy, szliśmy powalczyć. Postrzelać sobie do żywego człowieka.

         Politycy dorobili mu ideologicznego usprawiedliwienia dla łajdactwa. Z krawca stał się zabijaką. Szyć nie było dla kogo, ale on miał zajęcie. Nie dość tego, był podziwiany. Ludzie częstowali go śliwowicą, dawali jedzenie, czasem nawet odstępowali sypialnię wraz z córką lub małżonką, bo uważali, że walczy za ich sprawę. Kiedy był krawcem nikt go nawet nie zauważał, a tak stał się bohaterem! Karadżić, Miloszewicz byli zdziwieni, kiedy im zarzucono zbrodnię ludobójstwa. Jakie ludobójstwo!? Chronili świat przez islamem, Jugosławię przed rozpadem. Co tu się dziwić Afrykanom, że z takim entuzjazmem do siebie strzelają, skoro od wieków robią tak Europejczycy, ostatnio także Amerykanie. Prezydent Obama w czasie kampanii prezydenckiej, kiedy jeszcze nie wierzył w swoje zwycięstwo powiedział, że „wojna jest dla rządu Busha przykrywką do walki z kryzysem gospodarczym”. Nie jest przyczyną kryzysu, lecz dobrodziejstwem, które ma go zredukować. Po wyborze Barracka Obamy na prezydenta niewiele się nie zmieniło. Obietnica zakończenia wojny pozostaje obietnicą. Tajemnicą poliszynela jest to, że w obliczu dwucyfrowego bezrobocia Biały Dom nie wie, co zrobić z trzystoma tysiącami zdemobilizowanych żołnierzy, doradców, kontraktorów, dostawców i pracującym na ich potrzeby zapleczem militarnym. I dlatego mami się opinię publiczną „potrzebą kontynuowania budowy demokracji w Iraku”. Wystarczyło jednak dać Irakijczykom, Afgańczykom swobodę, postawić na ich przedsiębiorczość, chciwość i pracowitość; pozwolić im się bogacić i zapomnieć o demokracji. Tak jak to uczynili po II wojnie światowej najpierw Niemcy, Japonia, potem Hongkong, Tajwan, Singapur, a ostatnio Chiny.
      Ale skąd prezydent Bush, Obama, Blair, Barroso, czy Brown mają to wiedzieć, jeśli nie przepracowali w swoim życiu ani godziny na swoim. To samo dotyczy tysięcy doradców, personelu wojskowego, dyplomatów i tym podobnych etatystów – nieudaczników. Oni nikogo przedsiębiorczości czy wolności nie nauczą. Zamiast tego uczą ich salonów, biurokracji, poprawności politycznej, czy takich wynalazków Zachodu jak feminizm i gejowskich małżeństw. Trzeba ludzi zająć pracą, handlem, spekulacją, a nie polityką i zabijaniem.  Czy trudno się dziwić, że w Bagdadzie, Gomie, Bujumbura czy Mogadiszu nie ma wody, światła, pracy, jest za to przemoc i beznadzieja.

 

Cdn.

 

Jan M Fijor

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Jan pisze:

    Panie Janku kiedy będzie kolejna audycja ASBIRO z Pańskim udziałem ?

  2. Jan M Fijor pisze:

    Audycje nagramy w przyszlym tygodniu.
    czekamy na sugestie tematyczne.
    Dziekujemy za zainteresowanie.

  3. Darek Damski pisze:

    Panie Janie może nie w temacie ale prosze zobaczyć to video
    http://www.youtube.com/watch?v=3IXaQHmPe8g&feature=player_embedded
    chłopak zmiótł tego posełka

  4. ZQW pisze:

    Nie przesadzałbym z tą wiarą w ludzi. Są ludzie mający tak wyprane mózgi różnymi ideologiami i religiami , że zipie z nich nienawiść . Dlatego nie jest prawdziwe zdanie : „Wystarczyło jednak dać Irakijczykom, Afgańczykom swobodę, postawić na ich przedsiębiorczość, chciwość i pracowitość; pozwolić im się bogacić i zapomnieć o demokracji” . Islam to nie jest spokojna religia mająca na celu pomyślność i szczęście człowieka na tym świecie ( jak np. konfucjanizm czy chrześcijaństwo ) ale religia wojny i dominacji nad ludźmi innych wyznań. Islam i agresja są ze sobą nierozerwalnie związani.W Afryce z kolei- łatwiej jest ukraść czy obrabować – w wielu krajach prawie bezkarnie – niż w pocie czoła zapracować.
    Zaś zdanie jakoby to biznes nie jest agresywny , to też bzdura.
    Biznes nie ma środków przymusu – to agresywny być nie może. Agresja jest tutaj innego rodzaju – robienie czarnego PR konkurencji , szpiegostwo przemysłowe , korupcja , zastraszanie . Wystarczy poczytać jak Rockefeller wykaszał konkurencję – oprócz użycia broni , było tam wszystko co wiąże się ze słowem „agresja”.
    Pzdr

  5. Jan M Fijor pisze:

    Pod słowem agresja rozumiem działania pod przymusem. zarowno PR, jak i korupcja są działaniami dobrowlnymi. W jaki sposób Toyota może lpopana zastraszyć? Co do szpiegostwa jest to przestępstwo, a nie działanie legalne. Podobnie rabunek i gwałt. takie działania są karane. Żaden biznes nie zaryzykuje przestępstw, bo straciłby reputację, ktora jest najcenniejzym aktywem każdej firmy. Od walki z przestępczością jest państwo, a jak sobie z tym radzi, każdy widzi.
    Wiele brzydkich czynów, o jakich pan pisze możliwych jest wyłącznie dzięki istnieniu państwa, ktore chroni złoczyńców lub zmusza do zła. Dlaczego w Singapurze, w Niemczech czy Japonii udało się osiągnąć sukcesy gospodarcze, a nie da się w kongo czy Iraku? Znam świat i jednak jestem optymistą.

    Ukłony

  6. AndrzejKat pisze:

    Chyba Pana przeceniłem…po tym co Pan napisał na temat wojny na Bałkanach. Jak tak mozna, przecież tak pisza internauci, którzy ostatnia książkę przeczytali w szkole średniej,lekturę i to pod warunkiem że do takiej szkoły chodzili!
    Prosze przczytać…..hmmm np. „Bandytyzm Nato” Henryka Pajaka o udziale Niemiec, ASA, nawet Austrii i tego załego zachodu w prowokacjach i uzbrajaniu mafii albańskiej ktorej ostatnio ofiarowano Kosowo.
    Obiecać coś jednej stronie, uzbroić ją, pomóc w ciągu kliku lat przesiedlić większość do Kosowa a potem uznac że jest Albańskie.
    Mogę się mylić ale raczej nie….za klika klikanaście lat Serbowie upomna się o Kosowo i wtedy oni będą uzbrajani i prowokowani do odbrania co swoje…..a biznes i machina wojjena kręci się na całym świecie.
    …a pan takie dyrdymały że tak musze powwiedzieć że piekarz, listonosz czy inny krawiec znalazł sobie sposób na nudę. Pana autotytet leży w piwnicy obecnie…żałuję.
    Miłego wieczoru z lekturą „Bandytyzm Nato”

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *