Demokracja

chat-dymki
5

Demokracja jest procesem wyboru przywódców lub konkretnych rozwiązań i dlatego należy ją potraktować jako osobne zagadnienie w stosunku do tego, co rozważaliśmy do tej pory: natury i konsekwencji różnych działań podejmowanych przez państwo. W demokracji mogą zostać wybrane do realizacji programy relatywnie leseferystyczne, jak też relatywnie interwencjonistyczne. Podobnego wyboru może dokonać dyktator. A jednak problemu tworzenia rządu nie można całkowicie oddzielić od kwestii prowadzonej przez niego polityki. Omówimy teraz niektóre związki między demokratycznym wyborem a działaniami władz.

Demokracja jest systemem rządów większości, w którym każdy obywatel ma jeden głos przy podejmowaniu decyzji albo o wdrożeniu określonych rozwiązań prawnych, albo o wyborze przywódców, którzy następnie będą podejmować decyzje w jego imieniu. Jest to system pełen wewnętrznych sprzeczności.

Po pierwsze, załóżmy, że przytłaczająca większość chce, by władzę sprawował cieszący się popularnością dyktator, albo by wprowadzić system jednopartyjny. Czy system demokratyczny może na drodze głosowania zakończyć swoje istnienie? Chcący na to pytanie odpowiedzieć demokrata, łapie się w pułapkę sprzeczności. Jeśli większość może wynieść do władzy dyktatora, który zlikwiduje wybory, to demokracja może zakończyć w ten sposób swoje istnienie, mimo zgody większości na rządy dyktatorskiej partii lub jednostki. W takim przypadku demokracja staje się etapem przejściowym do niedemokratycznej formy rządów. Z kolei, jeśli, jak się obecnie utrzymuje, w demokracji większości nie wolno uczynić jednej rzeczy – położyć kresu demokratycznemu procesowi głosowania – to nie jest to już demokracja, ponieważ władza nie należy do większości wyborców. Proces głosowania może pozostać, lecz jak może on wyrażać podstawową dla demokracji zasadę rządów większości, jeśli większość nie może go zlikwidować, gdyby takie było jej życzenie? Krótko mówiąc, demokracja wymaga spełnienia dwóch warunków: rządów większości w zakresie wyboru zarządców lub rozwiązań prawnych i okresowego głosowania, w którym każdy dysponuje taką samą siłą głosu. A zatem jeśli większość pragnie zakończyć proces wyborczy, demokracji nie można utrzymać, niezależnie jakie przyjmiemy rozwiązanie omawianego dylematu. Ideę, że „większość musi zachować wolność mniejszości do stania się większością”, można postrzegać nie jako zasadę zachowującą demokrację, ale po prostu arbitralny osąd politologa (w każdym razie pozostanie on arbitralny, dopóki nie zostanie uzasadniony z pomocą logicznej teorii etycznej).[1].

Dylemat ten pojawia się nie tylko wtedy, gdy większość chce wybrać dyktatora, ale również wtedy, gdy pragnie ustanowić całkowicie wolne społeczeństwo, jakie nakreśliliśmy wcześniej. W takim społeczeństwie nie ma monopolistycznej organizacji państwowej, a równe wybory organizowane byłyby tylko w spółdzielniach, które zawsze były niewydajnymi formami organizacji. Jedyną istotną formą głosowania byłoby głosowanie akcjonariuszy spółek akcyjnych, których głosy nie byłyby równe, lecz proporcjonalne wobec ich udziałów we własności aktywów spółki.[2]. W takim w pełni wolnym społeczeństwie demokratyczni wyborcy nie mieliby nad czym głosować. Demokracja może być tylko możliwą drogą w stronę wolnego społeczeństwa, a nie jego atrybutem.

Demokracja nie mogłaby również funkcjonować w socjalizmie. Rządząca partia, dysponując wszystkimi środkami produkcji, będzie mogła decydować, przykładowo, ile pieniędzy przyznać partiom opozycyjnym na propagandę, nie wspominając o jej ekonomicznej władzy nad wszystkim liderami i członkami opozycji. W sytuacji, gdy rządząca partia decyduje o dochodzie każdego człowieka i alokacji wszystkich zasobów, trudno sobie wyobrazić, by jakakolwiek opozycja polityczna długo przetrwała.[3]. Jedyną opozycją, jaka mogłaby się wyłonić, nie byłyby opozycyjne partie, startujące w wyborach, ale różne administracyjne kliki wewnątrz rządzącej partii, podobnie jak to się dzieje w państwach komunistycznych.

Demokracja nie pasuje więc ani do całkowicie wolnego społeczeństwa, ani do socjalizmu. Mówiliśmy już o tym (i będziemy jeszcze mówić), że tylko te dwa społeczeństwa są stabilne, a formy pośrednie znajdują się w stanie „niestabilnej równowagi”, ciążąc zawsze w kierunku jednego z biegunów. Oznacza to, że demokracja, w swej istocie, sama jest niestabilną i przejściową formą rządów.

 Demokracja cierpi również na wiele innych sprzeczności. Demokratyczne głosowanie może pełnić dwie funkcje: określanie polityki rządu albo wybór przywódców. Ta pierwsza funkcja jest zgodna z tym, co Schumpeter nazwał „klasyczną” teorią demokracji, według której większość miała głosować nad konkretnymi kwestiami.[4]. Druga funkcja jest realizacją teorii mówiącej, że rządy większości powinny się ograniczać do wyboru przywódców, którzy następnie podejmują decyzje dotyczące polityki państwa. Chociaż większość politologów popiera to drugie rozwiązanie, dla większości ludzi demokracja jest tym, czym mówi pierwsza teoria, i dlatego omówimy ją najpierw.

Zgodnie z teorią „woli ludu”, demokracja bezpośrednia – głosowanie przez wszystkich obywateli nad każdą kwestią, tak jak na zebraniach miejskich w Nowej Anglii – jest idealnym rozwiązaniem ustrojowym. Jednakże uważa się, że współczesna cywilizacja i społeczeństwo, ze wszystkimi swoimi zawiłościami, czynią demokrację bezpośrednią przestarzałą, dlatego musimy zadowolić się mniej doskonałą „demokracją reprezentatywną” (dawniej zwaną „republiką”), w której ludzie wybierają reprezentantów, mających za zadanie realizować ich wolę w kwestiach politycznych. Niemal natychmiast pojawiają się problemy logiczne. Pierwszym jest to, że różne ordynacje wyborcze, granice okręgów wyborczych, wszystkie równie arbitralne, często mają znaczny wpływ na obraz „woli ludu”. Jeśli kraj zostanie podzielony na okręgi, to „machinacje wyborcze” wpisane są w akt podziału: nie ma satysfakcjonującej, racjonalnej metody przeprowadzenia takiego podziału. Partia, która jest u władzy w momencie dokonywania podziału, lub zmiany istniejącego, nieuchronnie będzie tak ustanawiać okręgi, by zwiększyć swoje szanse. Lecz żaden inny sposób podziału nie będzie bardziej racjonalny, ani lepiej wyrażający wolę większości. Po za tym sam podział powierzchni ziemi na kraje jest arbitralny. Czy „demokracja” oznacza, że większościowa grupa w jakimś okręgu powinna móc ogłosić secesję i sformować swój własny rząd, albo przyłączyć się do innego kraju? Czy demokracja oznacza rządy większości na większym czy mniejszym obszarze? Krótko mówiąc, która większość powinna się liczyć? Samo pojęcie narodowej demokracji jest pełne sprzeczności. Jeśli mamy przyjąć, że w kraju X powinna rządzić większość, to można również argumentować, że większość w jakimś regionie kraju X powinna mieć prawo rządzić sobą i oddzielić się od tego kraju. Taki proces podziału można by logicznie poprowadzić aż do wioski, kamienicy, wreszcie – każdego człowieka, doprowadzając do końca rządów demokratycznych poprzez redukcję rządu do indywidualnego rządu każdego człowieka. Lecz jeśli odmawia się prawa secesji, to narodowy demokrata musi uznać, że liczniejsza ludność innych krajów powinna mieć prawo przegłosować jego kraj; i tak musi wnioskować dalej aż do rządu światowego opartego na regule rządów większości ludności świata. Krótko mówiąc, demokrata, który jest zwolennikiem rządu narodowego, popada w sprzeczność; musi popierać ideę rządu światowego, albo braku rządu w ogóle.

Problem geograficznych granic okręgów wyborczych nie jest jedynym, na który napotyka demokracja przedstawicielska. Niewątpliwie konieczna jest jakaś forma proporcjonalnej reprezentacji, aby odzwierciedlić przekrój opinii publicznej. Najlepsza byłaby proporcjonalna reprezentacja całego kraju – albo świata – dzięki czemu przekroju opinii nie zniekształcałyby kwestie geograficzne. Lecz różne formy reprezentacji proporcjonalnej dadzą różne wyniki. Krytycy reprezentacji proporcjonalnej odpowiadają, że ciało ustawodawcze wybrane w oparciu o tę zasadę byłoby niestabilne, a wybory powinny wyłonić stabilną większość parlamentarną. Lecz jeśli chcemy wybrać reprezentację społeczeństwa, to powinna ona odzwierciedlać jego przekrój, a niestabilność reprezentacji jest jedynie funkcją niestabilności lub różnorodności samej opinii publicznej. Argument „skutecznego rządu” można przyjąć tylko wtedy, gdy odrzucimy klasyczną teorię „woli większości” i przyjmiemy drugą teorię – że jedyną funkcją większości jest wybór przywódców.

Lecz nawet proporcjonalna reprezentacja nie byłaby tak dobra – według klasycznego poglądu na demokrację – jak demokracja bezpośrednia i tutaj dochodzimy do kolejnego ważnego i zaniedbywanego spostrzeżenia: współczesna technologia umożliwia demokrację bezpośrednią. Każdy człowiek mógłby głosować kilka razy w tygodniu nad różnymi propozycjami przez zarejestrowanie swojego głosu na urządzeniu dołączonym do odbiornika telewizyjnego. Nie byłoby trudno to przeprowadzić. A jednak, dlaczego nikt na serio nie proponuje powrotu do demokracji bezpośredniej, gdy stała się ona możliwa w praktyce? Ludzie mogliby wybierać reprezentantów na zasadzie proporcjonalnej reprezentacji, jedynie jako doradców, przedstawiać im rachunki, lecz sami doradcy nie mieliby prawa do głosu. Ostateczny głos należałby do ludzi, głosujących bezpośrednio. W pewnym sensie cały elektorat byłby ciałem ustawodawczym, a reprezentanci mogliby pełnić funkcję komisji przygotowującej ustawy. Zwolennik klasycznego poglądu na demokrację musi zatem albo poprzeć likwidację ciał ustawodawczych (i, oczywiście, prawo weta), albo odrzucić swoją teorię.

Niewątpliwie wobec demokracji można przedstawić zastrzeżenie, że ludzie są niedoinformowani i dlatego nie są w stanie decydować w skomplikowanych kwestiach. Lecz w takim wypadku demokrata musi całkowicie odrzucić klasyczną teorię, że większość powinna decydować w konkretnych kwestiach i przyjąć współczesną doktrynę, że demokracja to oparty na głosie większości wybór przywódców, którzy następnie decydują o polityce państwa. Zajmijmy się więc tą doktryną. Podobnie jak teoria klasyczna napotyka ona problem granic okręgów wyborczych; zarówno „nowoczesny demokrata” (jeśli możemy tak go nazwać), jak „klasyczny demokrata” muszą postulować albo rząd światowy, albo żaden. Nowoczesny demokrata może w oparciu o swoje poglądy odrzucać powszechne głosowanie za pomocą urządzeń technicznych, a nawet reprezentację proporcjonalną, i poprzeć obecny system pojedynczych okręgów wyborczych. Lecz musi stawić czoło innemu dylematowi: jeśli jedyną funkcją głosujących ludzi jest wybór przywódców, po co w ogóle wybierać parlament? Dlaczego nie można po prostu głosować periodycznie na przewodniczącego egzekutywy, albo prezydenta, i na tym poprzestać? Jeśli skuteczność i stabilność rządów mają stanowić kryterium, to pojedynczy przywódca będzie bardziej stabilny niż ciało ustawodawcze, które może podzielić się na walczące grupy i zablokować działanie rządu. Chcąc postąpić logicznie, nowoczesny demokrata powinien także odrzucić ideę ciała ustawodawczego i optować za powierzeniem całej władzy legislacyjnej w ręce wybranego przywódcy. Wydaje się, że obie teorie demokracji powinny odrzucić całą ideę reprezentatywnego zgromadzenia ustawodawczego.

Murray N. Rothbard (fragment Interwencjonizmu)


[1] Idea, że w demokracji należy zmusić większość do pozostawienia mniejszości wolności do stania się większością, jest podjętą przez teoretyków socjaldemokracji próbą usankcjonowania tych rezultatów demokracji, które im się podobają (interwencjonizm gospodarczy, socjalizm), wykluczenia natomiast tych, które im się nie podobają (naruszanie „praw człowieka”, wolności wypowiedzi, itd.). Chcą to osiągnąć poprzez podniesienie swoich osądów etycznych do rangi „naukowej” definicji demokracji. Pomijając wewnętrzną sprzeczność proponowanej przez nich zasady, nie stwarza ona tak rygorystycznych ograniczeń, jak im się wydaje. Przykładowo, większość mogłaby w demokracji zadecydować o uśmierceniu Murzynów lub rudych, gdyż nie ma szans, by takie grupy mniejszościowe stały się większością. O prawach człowieka i prawach własności będziemy jeszcze mówić.

[2] Dla Spencera Heatha jest to jedyna autentyczna forma demokracji:

Gdy grupa osób na podstawie umowy łączy swoje osobne tytuły własności, uzyskując udziały w całości, wybiera meneadżerów oraz na inne sposoby korzysta z władzy nad majątkiem na drodze głosowania, jako partnerzy, udziałowcy lub inni beneficjenci. Jest to autentycznie demokratyczne, gdyż wszyscy korzystają z władzy proporcjonalnie do swego wkładu. Wobec nikogo nie stosuje się siły i wszyscy mogą wycofać swoje członkostwo i majątek, podobnie jak go je wprowadzili. (Heath, Citadel, Market, and Altar, s. 234).

[3] Nawet gdyby, co jest bardzo mało prawdopodobne – zwłaszcza w świetle faktu, że w socjalizmie u władzy są ludzie najlepiej posługujący się siłą – socjalistyczni przywódcy byli świętymi ludźmi, pragnącymi zapewnić opozycji politycznej wszelkie szanse, i nawet gdyby opozycja była niezwykle bohaterska i ujawniła się, ryzykując likwidację, w jaki sposób rządzący mogliby zdecydować o przeznaczeniu środków dla opozycji? Czy przekazaliby fundusze i zasoby wszystkim partiom opozycyjnym? Czy tylko opozycji prosocjalistycznej? Ile przekazaliby każdej partii?

[4] Zob. Schumpeter, Capitalism, Socialism and Democracy, passim.

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. H.K. pisze:

    Z przeprowadzonego „dowodzenia” widać, że demokracja w jakiejkolwiek formie jest utopią – czymś wymyślonym, ale nie dającym się wprowadzić w życie, tzn. wprowadzić w stuprocentowej pewności, że zadziała w każdych, możliwych warunkach. Wynika z tego przedstawienia, że nie ma takiego ustroju, który by zadowolił wszystkich, choć od dawna wiadomo, że najbardziej preferowaną była przez filozofów monarchia, a demokracja była tym najgorszym ustrojem z trzech podstawowych. A współczesność chce ten najgorszy model uznać za najlepszy. I tak robi – na siłę! Bo chce – nie że to jest obiektywna prawda. A w Biblii mamy przykład królewskich rządów… tylko trzech izraelskich monarchów, gdyż Izraelitom też się zachciało królów jak to obserwowali wszędzie naokoło. Ale Bóg ich najpierw ostrzegł przed takimi rządami, ile to ich będzie kosztowało, ale oni się uparli, bo c h c i e l i! Więc pozwolił… i skończyło się na trzech. Święty Tomasz z Akwinu rozumował prosto: najlepsza jest monarchia, bo jeden jest Bóg. I to jest rzeczywisty, najlepszy model (najmniej szkodliwy), choć tak i tak będzie po ludzku zawodny… gdyż rozumowanie i działanie człowieka jest zawodne. Ale demokraci chyba nie chcą tej zawodności przyjąć do wiadomości – ciągle wierzą, że kiedyś człowiek stanie się niezawodny, czyli stanie się Bogiem. Nie c h c ą (wolność) przyjąć, że to utopia. Ale Bóg zapowiedział swoje Królestwo, gdzie on będzie Jedynym Władcą, bez prawa weta, gdyż ci, co wetowali są chyba w demokracji piekielnej – tam każdy ma swój głos, a każdy ich głos jest inny, sprzeczny z drugim. W Królestwie Boga każdy też ma swój głos, ale każdy ten głos staje się częścią Jedyności Boga. Jest to wciąż się wypełniające bogactwo. Ale tam monarchą jest sam Bóg!

  2. Jan M Fijor pisze:

    Mnie sie wydaje, ze ustrojem najlepszym z wszystkich jest anarchokapitalizm, czyli system oparty na wolnym rynku i prywatnej wlasnosci. Demokracja na pewno prowadzi do socjalizmu, a to jest bledna droga.

    Ukłony

  3. H.K. pisze:

    W ziemskich warunkach prawdopodobnie tak… gdyż najbliższy powołaniu zawodnego człowieka do wolności, osadzonego w tym przejściu do Boga, do Jego Królestwa.
    Pozdrowienia

  4. Jan M Fijor pisze:

    No, tak, Jezus oddał zycie za to, żeby człowieka uwolnić od grzechu, żeby dać mu wolność. jak mozna sobi9e czyni Ziemię poddaną bez pracy, a jak pracować bez wolności?

    Pozdrawiam

  5. Alan S. pisze:

    Panie Janku, moim skromnym zdaniem naprawdę rzetelne podsumowanie „najlepszego z możliwych ustrojów”!

    Co do samej koncepcji wyboru w demokracji, pojawia się tutaj kolejny absurd i sprzeczność. W demokracji (bezpośredniej lub nie) teoretycznie większość powinna decydować, a więc mieć możliwość wydawania dowolnych decyzji (zakładamy że jedynym ograniczeniem musi być ich konstytucyjność).

    Jednak takiej możliwości NIE MA, jest jedynie możliwość wyboru jednej z dostępnych opcji (a opcje które może wybrać większość zostały ustalone przez ludzi „na górze”) – a więc jest to sprzeczne ze wspomnianą wyżej doktryną demokracji.

    Oczywiście ktoś może powiedzieć, że zaimplementowanie systemu demokratycznego z „płynnym” modelem podejmowania przez obywateli decyzji (tj. nie wybieramy z pośród opcji, tylko każdy wybiera co lub kogo chce) jest praktycznie niemożliwe. Z tym, że jeśli jest to niemożliwe, to tylko kolejny dowód na niesprawność tego ustroju.

    Pozdrawiam,
    Alan

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *