Ukraina 2010 (I)

chat-dymki
6

       Nastroje na Ukrainie są ponure, a sytuacja na większości terytorium tego potężnego kraju przypomina późny PRL. Po chwilowej poprawie w latach 1993 – 1999, gospodarka naszego wschodniego sąsiada zjeżdża po równi pochyłej. Nadchodzące wybory prezydenckie niewiele zmienią. Bez względu na barwy zwycięzcy, pomarańczową lub błękit, nowy prezydent sprawować będzie władzę pod dyktando totalitarnej oligarchii. Problem w tym, że bez wolnego rynku i kapitalizmu – na które oligarchowie pozwolić nie chcą – Ukraina nie ma nadziei ma lepsze życie?

Rynek polityczny

          Łada Karima rozpada się. Trudno się dziwić. Samochód ma 26 lat. Karoseria jest przerdzewiała na wylot, z rury wydechowej bije smuga oleju zmieszanego z sadzą, rozbite są reflektory, nie działają hamulce, a koła przypominają kształtem piłkę do rugby. Mimo to Karim ma ważny dowód rejestracyjny z pieczątką upoważniającą jego pojazd do poruszania się po ulicach Ukrainy i ładą jeździ. Kosztowało go to 400 hrywien, a więc równowartość 140 złotych; 300 hrywien wziął inspektor drogówki, 100 hrywien warsztat, który wystawił zaświadczenie o dobrym stanie technicznym łady. I chociaż wartość pojazdu nie przekracza 600-700 hrywien,  Karimowi operacja kalkuluje się. Dzięki łapówce nie musi przez najbliższy rok wydawać kilkudziesięciu tysięcy na nowy. Tym, co go martwi są słowa prezydenta Wiktora Juszczenko, który zapowiada, że po wygranej w wyborach 17 stycznia 2010 odbierze drogówce monopol na dowody rejestracyjne.

– Gdzie ja wtedy znajdę właściwego biorcę? – chmurzy się Karim.

       Na Ukrainie za pieniądze można załatwić wszystko.

       Duże sprawy – jak zezwolenie na wyłączność w regionalnym hurcie papierosów, zwolnienie z podatku czy kontrakt na remont siedziby ministerstwa – kosztują duże pieniądze. I na te stać oligarchów, czyli byłą wierchuszkę komuny, która wraz z reketem – opanowała gospodarkę kraju w okresie przemian, po rozpadzie ZSRS. Na przykład, pod kontrolą najpotężniejszej, czyli wywodzącej się z aparatu komunistycznego grupy donieckiej znajduje się urząd premiera Ukrainy, urząd pierwszego wicepremiera i ministra finansów, ministrów ds. kompleksu paliwowo-energetycznego, prezesów i przewodniczących rad nadzorczych Ukrtelekomu, Naftohaz Ukraina, kombinatów metalurgicznych, zakładów zbrojeniowych. Podziemne media ukraińskie nie wykluczają, że ludzie ci mają także wpływy we wrogim mu rzekomo pałacu prezydenckim, a także w parlamencie. Takich wpływowych grup jest kilkadziesiąt i chociaż liczba ich powoli rośnie, co mogłoby sugerować demonopolizację władzy, jest to zmiana pozorna. Elita władzy obejmuje wciąż tę samą grupę ok. 50 tysięcy osób, które zmieniają szyldy, barwy partyjne, dzielą się na frakcje, bądź powołują do życia nowe sojusze. Najświeższy z nich to Euro 2012.

        Reket, to aparat wymuszania, postkomuniści, którzy nie znaleźli dla siebie miejsca w gospodarce. Oni pełnią rolę „alternatywnej” hierarchii władzy, chroniącej skwapliwie interesów oligarchów. Obie grupy żyją w symbiozie i lojalnie się wspierają. Mer stolicy oblasti (region) w biednym jak mysz kościelna Równem jeździ najnowszym modelem mercedesa, podobnie, jak odpowiadający mu rangą prezes „Doneckyjeho enerhozawoda”. Obaj jeżdżą na narty do Szwajcarii, obaj ubrani są w markowe ciuchy, markowo odżywieni, obu otacza mieszanina czci i strachu hamująca na Ukrainie wolny rynek, na rzecz rynku politycznego, na którym „panowie Ukrainy” wyznaczają standard życia ludu. Taka hierarchia władzy ciągnie się poprzez powiat, merostwo, policję, tajne inspekcje i urzędy kontrolne, aż po pogranicznika i celnika. Oni też mają swoje ceny. Są wprawdzie niższe, ale równie dokuczliwe. Jazda po pijanemu – 2000 hrywien, ułaskawienie skazanego od 1000 euro wzwyż. Płaci się za lepszą pracę, a więc za możliwość zrobienia ok. 1500 hrywien, czyli mniej niż 600 złotych, za pozwolenie na otwarcie lokalu z wyszynkiem (haracz wynosi 10 procent obrotu), za miejsce na państwowej uczelni wyższej (od kilkuset do 5000 euro), a nawet za…polską wizę.

        Płacisz, i mimo tego nie jesteś pewien, czy przypadkiem reket nie zmienił nagle zdania i w połowie „amortyzacji” twojej łapówki nie unieważni niepisanej umowy. W tym świecie – tłumaczył mi urzędnik magistratu z Kowla – nie ma reguł, a lojalność ogranicza się do ochrony własnego tyłka. Siatka biorców jest szczelna, mają własny wywiad i system wymiany informacji. Nie ma sądu, a miejsce sprawiedliwości pełni zemsta sprawców i cierpienie ofiary. Olga, obywatelka Łucka, mimo wręczenia sowitej łapówki, zezwolenia na budowę domu nie otrzymała. Oburzona niedotrzymaniem słowa przez urzędników merostwa postanowiła złożyć skargę na policji. Tydzień później nieznani sprawcy pobili jej męża, a syn został usunięty z prestiżowego instytutu informatycznego. Macki mścicieli sięgnęły nawet polskiego konsulatu, który odmówił kobiecie wizy na wjazd do Polski, zostawiając Olgę i jej rodzinę bez środków do życia.

        Z jednej strony korupcja demoralizuje, z drugiej jest jedynym ratunkiem na paraliżującą kraj biurokrację będącą pochodną obowiązujące wciąż systemu quasi-sowieckiego.

 

Milczące dusze

        Przypadek Olgi to wyjątek. Większość Ukraińców przeżywa upokorzenie w milczeniu. Nauczyli się z tym żyć – tłumaczy mi ktoś – jeszcze za czasów panowania tu Polaków. Potem byli Sowieci, Stalin, nacjonaliści, ich własny aparat, a dzisiaj Kijów, Donieck, szef okręgu, powiatu, komendant posterunku policji, czy celnik.

        Na granicy w Dorohusku, po stronie polskiej, kolejka TIR-ów czekających na wjazd na Ukrainę sięga sześciu kilometrów. Kilka dni później, w Liubomi, po stronie ukraińskiej, mimo iż jest akurat niedziela, sznur ciężarówek ma siedem kilometrów długości. Wasilij, jadący z Równego po części do turbin w okolice Gdańska, bez śladu skargi w głosie, ocenia, że do Polski wjedzie we środę nad ranem. Do południa załaduje ciężarówkę i wróci do Równego w poniedziałek. Łącznie przejedzie około 1200 km, zabierze mu to osiem dni; 150 km dziennie. Cierpliwie czeka, podsypiając między kolejnymi podjazdami, jakby to była część jego pracy.

       W trochę lepszej sytuacji są pojazdy pasażerskie. W niedzielę 13 grudnia 2009 jest ich niewiele ponad 120. Dwie trzecie to samochody ukraińskie, pozostałe, z Polski, z Rosji, kilka z Białorusi. Stoimy i czekamy. Celnicy też czekają. Palą, rozmawiają, jakby byli obrażeni na tę kolejkę. I nie ma znaczenia czy dzieje się to po stronie polskiej, czy ukraińskiej. Po obu stronach panuje ten sam standard. Kompletne ignorowanie przekraczających granicę. O ile winę za kilometrowe kolejki TIR-ów i panującą na granicy dezorganizację ponoszą służby ukraińskie, o tyle pod względem chamstwa i złośliwości Polacy są jednak górą. Z boku przyglądam się żenującemu widowisku.

        Specjalnym pasem, poza kolejnością podjeżdża wypełniony po brzegi mikrobus „rejsowy” z Łucka do Lublina. Znudzeni, ospali polscy strażnicy graniczni polscy ożywiają się nagle. Kierowca mikrobusu przez okno podaje paszporty, głównie ukraińskie, pogranicznik przegląda, dyskretnie wyciąga coś spomiędzy dokumentów, rozgląda się, wkłada do kieszeni, stawia stempel i z uśmiechem żegna podróżnych. Kierowca stojącego na początku ogonka zdezelowanego opla na rejestracji ukraińskiej uruchamia silnik w nadziei, że teraz odprawią jego. Mundurowy daje mu jednak znak, że jest jeszcze nie gotowy. Gasi papierosa i znika w służbowej budce. Pojawi się za 10 minut w towarzystwie kolegi. Odprawią trzy pojazd i znowu znikną na kwadrans.

– Cały ten cyrk ma na celu wymuszenie haraczu – tłumaczy młoda dziewczyna z ukraińskim akcentem – Kierowcy mikrobusów zbierają od pasażerów, opłacą pograniczników, to i odprawa nie potrwa długo.

         Potwierdzają to, Oksana ze Lwowa i kilka jej koleżanek, które w Lublinie sprzątają mieszkania. Do Polski przyjeżdżają co dwa, trzy miesiące na miesiąc, za każdym razem opłacając się na granicy – dwa razy Ukraińcom, i dwa Polakom. Litości nie ma. Zniżek też nie. Podróżni nie protestuje, bo i po co? Każdy ma coś do stracenia. Polacy przeważnie przewożą alkohol, papierosy, ot, drobny przemyt. Ukraińcy też przemycają, ale głównie jadą do Polski zarobić. Nieoficjalne statystyki mówią, że co trzecia rodzina na Zachodniej Ukrainie żyje dzięki pracy w Polsce. Łatwo nie jest – wiza kosztuje i coraz trudniej ją otrzymać. Polskie władze w obawie przed wzrostem bezrobocia wydały konsulatom dyrektywy – hamować, utrudniać, odmawiać ile się da. Oficjalnie jest życzliwość, wsparcie dla uboższego brata, nieoficjalnie obojętność i wrogość urzędników. Co gorsza, wokół konsulatu kręci się grupka darmozjadów, którzy za pieniądze załatwiają. Odpowiedź na pytanie: jak to możliwe?, pozostawiam ministrowi Radkowi Sikorskiemu, tym bardziej, że proceder jest wredny i kompromituje polską dyplomację.

– To skandal – klnie ktoś z głębi kolejki, rozglądając się pospiesznie, w obawie, czy przypadkiem któryś z pograniczników nie dosłyszał.

– Tak ludzi upokarzać. Tyle godzin czekania! – puszczają nerwy komuś innemu – Nieroby jedne! – syczy pod adresem funkcjonariuszy służb granicznych.

– Muszą pilnować, kto do kraju wjeżdża – odzywa się protekcjonalnie właściciel hondy, następny w kolejce do odprawy – Do agencji towarzyskich jadą, na drogach Tir-y zaczepiają.

– Podatków nie płacą. Traci skarb państwa – wtrąca pasażer obok.

        Nagle opinie milkną. Przerywa je pojawienie się celnika o zimnym, niewidzącym i wrogim spojrzeniu:

– Czy ma pan coś do oclenia? – rzuca, i nie czekając na odpowiedź nakazuje kierowcy hondy, zjechać na bok i otworzyć bagażnik. Przegląda pobieżnie zawartość, po czym daje sygnał do odjazdu.

– Dał mu w łapę – komentuje zazdrośnie sąsiad – albo miał szczęście.

– Szczęście? Coś pan! Czy ten celnik wyglądał na wyrozumiałego?

Oczekujący w kolejce wybuchają śmiechem.

– Zimą, dwa lata temu – opowiada jeden z mężczyzn, ten sam, który oburzał się na morale ukraińskich gastarbeiterem – polski celnik wskoczył do lodowatej rzeki w pościgu za przemytnikiem ukraińskim przewożącym cztery kartony papierosów.

– Szkoda, że się nie utopił, świnia jedna – słyszę głos kobiety – skąd oni takich ludzi biorą?!

      Od wejścia Polski do Schengen, odkąd wschodnia granica Polski stała się rubieżą Unii Europejskiej, celnicy na granicy z Ukrainą i Białorusią stają na głowie, żeby swej lekkiej, dobrze płatnej, a co gorsza, zbytecznej pracy nie stracić. Pod pozorem bezpieczeństwa granic, z wypiętą z dumy piersią, nabijają kasę państwu i sobie, zubożając miliony zwykłych obywateli…

 

Cdn.

 

Jan Bereta

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. ryskan pisze:

    Rewelacja. Niech Pan to jeszcze gdzieś opublikuje, np. na salonie24. Ciekawe jak Polaków tam obsługują, takich normalnych bez przemytu. Podejrzewam, że to może być tak jak do niedawna na granicy polsko-niemieckiej. Polak-przemytnik, Niemiec -pan. Chociaż mogę się mylić. Nasi urzędnicy mają większe kompleksy w stosunku do Niemców niż ukraińscy do nas.

  2. nz pisze:

    „Przemyt to grzech i się nie opłaca, bo troska o budżet i nasze życie – to celników praca”

  3. Najgorsi są polscy celnicy. Ja gdy wracałem z Ukrainy zostałem sprawdzony po kolei przez trzech urzędników. Wszystko dlatego, że na Ukrainie byłem w celach turystycznych w co nie mogli Ci panowie uwierzyć, jedyne co „przemycałem” to 30 litrów paliwa w baku i jakież było ich zdziwienie gdy nie mogli niczego znaleźć.

    Co do Ukrainy, to smutek mnie ogarnia ilekroć tam jestem. Niby w Polsce nie jest dobrze, ale wracając od naszego wschodniego sąsiada zawsze dziękuję Bogu, że mieszkam w Polszy. Tam panuje wciąż poprzedni ustrój.

    P.S. Janie Janku, nie policja a milicja. Wiem co mówię, bo spędziłem kiedyś noc na komisariacie w Kijowie. Byłem poszkodowany a potraktowano mnie jak przestępce. To jest MILICJA w pełnym tego słowa znaczeniu!

  4. *Panie Janku-przepraszam za literówkę. Proszę wykasować ten post i poprawić mój błąd. Dziękuję!

  5. Jan M Fijor pisze:

    Dziękuje za ciekawy link. Polecam posłuchać mądrego człowieka, który z niejednego pieca jadł chleb.

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *