Kongo (III)

chat-dymki
2

Symbioza

         W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak bardzo uzależniony od tubylców, jak właśnie w Afryce. W żadnym innym zakątku świata nie czułem się tak obcy, zagubiony, ale i wdzięczny miejscowym za to że są obok.

           Honore, który podjął się roli mego przewodnika w drodze z Rwandy do wschodniego Kongo wyznał w czasie jazdy, że choć białych w Afryce na ogół się nie lubi, każdy czarny czuje się przy nich bezpieczniej. Biały, siedzący w samochodzie obok prowadzącego murzyna, jest niejako gwarancją, że byle policjant pojazdu nie zatrzyma. Ledwie to powiedział, gdy jak spod ziemi wyłonił się rosły „Długi”[1] i machnął nam lizakiem przed szybą.

Zdaniem policjanta, Honore wywołał zagrożenie na drodze, narażając na niebezpieczeństwo idące do szkoły dzieci. Gdyby to było w Kongo, Burundi czy w Ugandzie, sprawa byłaby jasna; chodzi o łapówkę, ale w Rwandzie policja jest nieprzekupna (sic!). Żartów nie ma, tym bardziej, że Honore, który – jak sam twierdzi – do plemienia Hutu nie należy, wygląda jak podręcznikowy przypadek „Krótkiego”. Na szczęście skończyło się na surowej reprymendzie stróża porządku i strachu. Honore był przekonany, że policjant puścił nas wolno właśnie z szacunku dla mnie, czyli dla białego. Niech mu będzie. Nie kłóciłem się, choć dobrze wiedziałem, że gdyby nie moja pospieszna modlitwa do Anioła Stróża, pewnie by nas skasował na duże pieniądze. Mandaty drogowe w Rwandzie sięgają ekwiwalentu kilkuset dolarów, co przy pensji miesięcznej rzędu 80 – 100 dolarów robi wrażenie.

        Ruszyliśmy w drogę, ponieważ jednak Honore nie było pewny, czy ma się cieszyć z pobłażliwości policjanta, czy wstydzić swoich analiz filozoficznych, aby poprawić nastrój zauważyłem, że osobiście czuję się dzięki jego obecności pewniej i spokojniej, dodając w duchu: na tyle, na ile można się czuć pewnie i spokojnie dojeżdżając do granicy z wschodnim Kongo. Zresztą w niczym nie przesadziłem. Napaść murzyna na białego, któremu towarzyszy inny murzyn – nawet w LA Central czy w Chicago South[2] – należy do rzadkości. W Afryce Murzyn jest dla „białasa” gwarancją bezpieczeństwa. Tym bardziej w kontaktach z funkcjonariuszami i urzędnikami. Miałem okazję przekonać się o tym po raz kolejny na przejściu granicznym między Rwandą a Kongo, w miasteczku Gisenyi. Piszę o tym, by ostrzec ewentualnych śmiałków, którym przyjdzie do głowy diabelski pomysł przekroczenia granicy z Kongo bez eskorty czarnego.

       Europejczycy mieszkający w Afryce z nieskrywaną dumą chełpią się tym, że każdy murzyn chce mieć swojego białego. I to jest fakt. Murzyn posiadający białych przyjaciół, cieszy się statusem porównywalnym do tego, jaki posiadał Polak z PRL, który miał rodzinę na Zachodzie. Sprawiedliwiej jednak byłoby stwierdzić, że korzyść jest obopólna. Biali, zwłaszcza zamieszkali na stałe w Afryce, to wyjątkowo nieprzyjemna rasa ludzi; nadęte, aroganckie bubki przekonane o swej rzekomej wyższości. Najgorsi są pracownicy agencji rządowych i instytucji pomocowych, którzy przeważnie zapominają, że nie tylko afrykańskie kacyki, do których trafia gros funduszy pomocowych z Europy, USA, Japonii, a ostatnio także z Chin, lecz również oni sami żyją z pieniędzy białych podatników przekazywanych rzekomo dla ratowania Afryki. Ojciec George, amerykański pastor od Adwentystów Dnia Siódmego z Kisoro w Ugandzie rzucił mi się z radością na szyję, gdy z uśmiechem odpowiedziałem na jego pozdrowienia. W Afryce do rzadkości należy biały, który się drugiemu białemu odkłoni. Czy trudno się potem dziwić murzynom, że patrzą na nas spojrzeniem nienawistnych gburów? Wystarczy jednak uśmiechnąć się, powiedzieć: halo, how are you? by te nieufne na pozór istoty odpowiedziały szczerym uśmiechem i poczęstowały nas swym ostatnim bananem bądź plastrem mango.

      
Granica

 

       Honore jest Kongijczykiem. Mieszka od 10 lat poza krajem, najpierw uczył się w Kenii, teraz pracuje w Rwandzie. W Goma mieszka całe jego rodzeństwo, dwie siostry i trzech braci, a szczególnie brat Leon. Leon jest dumą rodziny, jej kasą i mózgiem finansowym. Bo Leon jest celnikiem, i to właśnie na przejściu w Gisenyi. Jakie to ma znaczenie, napiszę za chwilę. Co prawda, gdyby Honore nie miał brata celnika, tylko na przykład cieślę albo elektryka, też byśmy granicę przekroczyli, ale trwałoby to co najmniej o trzy, cztery godziny dłużej, kosztowało sporo nerwów, strachu i ze sto dolarów w gotówce więcej. Zresztą, kto tam wie, jakie inne koszty trzeba by ponieść. Grupce niemieckich turystów, którzy bez eskorty miejscowego przewodnika wybrali się do Kongo na goryle, skradziono pożyczony samochód i bagaże, zanim jeszcze wjechali na teren Virunga National Park. Osobiście winien jestem Leonowi wdzięczność za to także, że poświęcił mi czas, cierpliwość i gościnę, pokazując swoje miasto, opowiadając o jego losach i rozjaśniając mroki afrykańskich zawiłości.

         Przejście z Gisenyi do Goma pełni rolę strategiczną – między Unią Wschodniej Afryki a rejonem Wielkich Jezior. Turystycznego znaczenia właściwie nie ma, choć odkąd Rwandyjczycy podnieśli opłatę za wejście do rezerwatu goryli w parku Virunga do 500 dolarów od osoby (i to bez gwarancji zobaczenia bliskiego przodka), coraz więcej turystów korzysta z wejścia od strony kongijskiej, gdzie goryle są o 400 dolarów tańsze. Co prawda, w Kongo należy się liczyć z ryzykiem ostrzału ze strony rebeliantów, który może te inteligentne stworzenia wypłoszyć na droższą, rwandyjską stronę, ostatnio jednak chroni szlaku prywatna policja turystyczna, z którą rebelianci zadzierać nie chcą.

         Przejście graniczne z Rwandy do Goma to szlak przemytników, złodziei i handlarzy bronią. Wszystko, co w Kongo cenne, przerzucane jest tą właśnie trasą. Znany globtroter, redaktor Robert Mazurek z Wprost, napisał niedawno, że aż 90 procent czarnego rynku kongijskich diamentów przechodzi przez rynek rwandyjski. W Kigali przecinają się szlaki handlarzy uranem, licencjami na wydobycie ropy naftowej, złotem i innymi surowcami naturalnymi, od których w Kongo aż się roi. Już choćby z tego powodu granica, którą przekraczaliśmy to żyła złota. Leon twierdzi, że gdyby nie kontrabanda i towarzyszące jej profity, celnicy, „wopiści” i inni funkcjonariusze graniczni już dawno by z posterunku zeszli i granicę zamknęli. Tym bardziej, że coraz częściej zdarza się, iż pogranicznicy nie otrzymują zapłaty za swoją pracę przez dwa, trzy miesiące.

– Gdybym żył z pensji – wyznał mi Leon po trzech piwach – moje dzieci już by z głodu pomarły. I dlatego, Leon i jego koledzy granicy pilnują, jak swego własnego biznesu. W ich kieszeniach ląduje połowa opłat wizowych, sięgających od 100 do 30 dolarów od osoby – za trzydniową wizę. Jako znajomy Leona zapłaciłem najniższą stawkę. Do celników należą opłaty celne, skonfiskowane przedmioty i drobna kontrabanda. Poważni przemytnicy, oficerowie sił pokojowych ONZ i inne VIP-y, jak choćby Honore i ja, przechodzą granicę poza kontrolą i kolejnością.

          Formalnie do Kongo samochodem wjechać może każdy, pod warunkiem, że jego cudzoziemski właściciel zapłaci opłatę tranzytową, sięgającą niekiedy ceny tego samochodu. Z tego powodu większość zmotoryzowanych zostawia samochody na przygranicznym parkingu. Zresztą gdyby nawet takiej opłaty nie było, kongijskie drogi i zachłanna policja są skuteczną barierą odstręczającą od wjazdu. Na granicy czekał na nas przyjaciel Leona, Bonifacy z potężnym Land Cruiserem. Z Bonifacym czułem się znowu pewniej.

  

Wikt i opierunek

 

       W normalnym kraju, niech to będzie nawet Birma czy Boliwia, znajdujesz hotel na każdą kieszeń, o dowolnym standardzie higienicznym. Są też bary, pizzerie, restauracje, dzięki którym z głodu nie zejdziesz. Jeśli nawet zorganizowanej gastronomii chwilowo nie ma, są bazary, rynki, targowiska, na których każdy znajdzie coś do zjedzenia.

        Jednakże Afryka, jak się pewnie zorientowaliście, normalnym światem nie jest. O hotelach już pisałem przy okazji wizyty w Burundi. Nie jest z nimi łatwo, bo albo bardzo drogie, albo bardzo złe, ale jednak są. Gorzej z jedzeniem. Poza większymi skupiskami ludzkimi restauracji o standardzie porównywalnym z naszym przeważnie brak. Ludzie nie maja tam pieniędzy, po knajpach nie chodzą, a jeśli już, to przeważnie od święta, żeby wypić i pohulać. Tanie bary roją się od robactwa i gryzoni, targowiska zlokalizowane są na odległych peryferiach, w miejscach dla turysty niedostępnych i niebezpiecznych, więc znalezienie czegoś zjadliwego – ze względu na lokalne gusta i obyczaje kulinarne trudne. Żyzne Kongo, które mogłoby być zapleczem żywnościowym świata przedstawia pod tym względem wyjątkowe wyzwanie.
       Od wyjazdu z Kigali minęło sześć godzin. Skończyła nam się woda i kupione w stolicy płatki ziemniaczane. Pragnienie współzawodniczy z głodem. Upalna pogoda wzmaga dyskomfort. Zatrzymujemy się przy budzie z szyldem Fanta. Jest tylko ciepłe piwo i żywy drób. Z odrażą rezygnujemy z jednego i drugiego. Dwa kilometry dalej sytuacja się powtarza. Z żywej kury rezygnuję, ale z ciepłego piwa już nie. Ulga jest niewielka, bo pół minuty później, całe piwo wsiąknęło w mojego T-shirta. Pod katedrą sprzedają wodę, kupujemy dużą butlę, znika w czeluściach gardeł trzech mężczyzn. Głodu wciąż nie mamy gdzie zaspokoić. W końcu jest barak z napisem „Restaurante”. Z szaszłyczków piekących się na prymitywnym grillu przed barakiem wydobywa się dość przyjemny aromat. Proponuję, żeby tu coś przekąsić. Bonifacy odradza, proponując jakieś „swojskie miejsce” poza miastem. Udaję, że nie słyszę. Honore też. Jesteśmy już naprawę głodni.

– Spytaj go z czego ten szaszłyk – rzucam kompromisowo. Bonifacy pyta. Kucharz – nastolatek coś odpowiada.

– Co powiedział?

– Że z mięsa…

– No, dobrze, spytaj go, z jakiego zwierzęcia to mięso? Bonifacy pyta.

– Chłopiec mówi, że nie wie. Bonifacy tłumaczy.

– No, to niech chociaż powie, jakie zwierzęta wchodzą w grę – upieram się, chociaż jeść mi się chce jak diabli. Bonifacy pyta. Chłopiec odpowiada. Bonifacy dziwnie na mnie patrzy.
– I co ci powiedział? Że jakie zwierzęta?

– Nie chciałbyś wiedzieć jakie wymienił. Kucharz widząc moje zakłopotanie zawołał radośnie:

– This is good! Very good!

      Nie uwierzyłem mu. Przełknąłem ślinę, wsiedliśmy do Land Cruisera i głodni odjechali. Godzinę później, w jakiejś wiosce w drodze pod wulkan Nyiragonga zatrzymujemy się przy podobnym grillu. Bonifacy z dumą pokazuje, że to jest właśnie to „jego miejsce”. Nie chcę mu robić przykrości, rezygnuję z przesłuchania kucharza; zjadamy po trzy szaszłyczki. Są dość smaczne. Staram się nie myśleć z jakiego zwierzątka zostały sporządzone. Na wszelki wypadek proponuję zakupić butelkę dobrej irlandzkiej whisky, którą po powrocie z wycieczki obficie dezynfekujemy systemy trawienne.
      Duch święty nad nami czuwał. Następnego ranka, w schludnym pensjonacie miejscowych pallotynów zbudził mnie zapach jajecznicy na boczku, dopiero co ubitego masła, pachnącego chleba i świeżo parzonej kongijskiej kawy.

       Jeśli się wie gdzie, nawet w Kongo można dobrze zjeść.

 

Cdn.

 

Jan M Fijor

www.fijor.com

 

 

 


[1] Jest to oględne – a właściwie poprawne politycznie – określenie na członka plemienia Tutsi używane przez białych w rejonie „wielkich jezior”. W przeciwieństwie do długich, ludzie Hutu są nazywani „krótkimi”.

[2] Zarówno LA Central, jak i Chicago South są dzielnicami niemal w stu procentach zamieszkałymi przez czarnych, słynącymi z wysokiej przestępczości.

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Szaszłyki z nie wiadomo czego. To brzmi naprawdę apetycznie 🙂

    Czekam na audycje w kontestacji z niecierpliwością…

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Może w takim razie poproszę o jakieś sugestie do audycji?
    Już mnie trema spala!
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *