Biznesmen czy spryciarz

chat-dymki
4

Najbogatszy spryciarz świata

       Kontekst, w jakim dorobił się majątku i prowadzi swoje biznesy tegoroczny lider publikowanej przez magazyn Forbes listy najbogatszych ludzi świata za rok 2010, zaprzecza rzetelności samej listy. Majątek meksykańskiego krezusa, Carlosa Slim Helu, który już drugi rok z rzędu przewodzi rankingowi Forbesa, ma więcej wspólnego z układami politycznymi, tanim sprytem, znajomościami i moralną słabością rządzących, niż z przedsiębiorczością i konkurencją.

 Kryterium

       Jedną z zasad tworzenia listy najbogatszych ludzi świata, publikowanej każdego roku przez magazyn Forbes, jest pomijanie na niej koronowanych głów i przywódców państw, a także osób, które – jak handlarze narkotyków, czy mafioso – dorobiły się majątku w sposób nieuczciwy, nielegalny bądź odrażający. Steven Forbes powiedział w wywiadzie udzielonym niżej podpisanemu, że jego lista jest formą promocji kapitalizmu, a więc wolnego rynku i przedsiębiorczości. Ma dowodzić, a tym samym uczyć, że bogactwo i sukces są możliwe i leżą w zasięgu każdego z nas. Dowodem prawdziwości tych słów jest fortuna zgromadzona przez dziadka i ojca obecnego włodarza Forbes Inc., Steven Forbesa, którzy – pomimo ogromnej konkurencji – dorobili się majątku dzięki własnej pracy, inicjatywie i kreatywności. Przykładami takiej postawy są postacie Sama Walton, założyciela największej na świecie sieci sklepowej, Wal-mart, który przewodził liście w latach 80., a także zdetronizowany przez tegorocznego lidera listy najbogatszych, meksykańskiego krezusa, Carlosa Slima Helu, założyciel Microsoftu, Bill Gates – najbogatszy człowiek świata w ostatnich 15 edycjach listy.

         Nominowaniem p. Helu na najbogatszego przedsiębiorcę świata, magazyn Forbes rzucił cień na największy atut swego imperium wydawniczego, jakim była zawsze rzetelność informacyjna oraz wierność regułom wolnego rynku i konkurencji. Jeśli Forbes zdecydował się umieścić na swej liście meksykańskiego nababa, mógł równie dobrze uczynić to samo z Vladimirem Putin, który dorobił się majątku dzięki inwestycjom w papiery wartościowe, czy kolumbijskiego potentata przemysłu „farmaceutycznego”, nie żyjącego dziś Pablo Escobara, szefa kartelu z Medellin w Kolumbii.   

Skąd te pieniądze?

       W Meksyku go nienawidzą. I trudno się dziwić. Każdy, kto korzystał kiedyś z usług meksykańskiego telecomu czuje się w jakimś stopniu upokorzony, żeby nie powiedzieć, okradziony. Telmex, albo jak kto woli, Telefonos de Mexico, to meksykański monopolista telekomunikacyjny, który robi z tamtejszym, ostatnio także z brazylijskim rynkiem telekomunikacyjnym, niemal co chce.

       Tegoroczny lider dorobił się fortuny dzięki bezprecedensowym w skali świata przywilejom monopolistycznym uzyskanym blisko dwadzieścia lat temu od rządu meksykańskiego. Ochrona ze strony skorumpowanych polityków i urzędników pomogła Telmexowi stać się czwartym pod względem wielkości dochodów (ale nie ilości abonentów) operatorem telefonii komórkowej na świecie. Właściciel firmy inwestuje ponadto w wydobycie ropy naftowej, produkcję kabli telefonicznych, opon, a od niedawna także w media; Slim Helu przejął właśnie pakiet kontrolny najbardziej wpływowego dziennika amerykańskiego, New York Times. Nie twierdzę, że najbogatszemu człowiekowi AD 2010 brak jest pomysłowości, energii i innowacyjności, uważam jednak, że nie tym cechom zawdzięcza on swój sukces. Umożliwił mu go niemal wyłącznie układ polityczny, który od samego początku był, co najmniej, podejrzany.

      Zaczęło się od spotkania Slima ze złej sławy, zbiegłym zaraz po zakończeniu kadencji eks-prezydentem Meksyku, Carlosem Salina de Gortari, na którego koncie znajduje się m.in. sprowokowanie krwawo stłumionego powstania Indian w Chiapas, a także podejrzenia o mordowanie przeciwników politycznych. Brat eks-prezydenta odsiaduje za morderstwo konkurenta politycznego, Luisa Colosio, wyrok 50 lat więzienia, sam prezydent zaś schronił się (podobno) na Kubie. To właśnie Salinas, w ramach programu „liberalizacji” gospodarki Meksyku, sprzedał meksykańskiemu biznesmenowi pochodzenia libańskiego, Carlosowi Slim Helu, Telmex nie tylko za relatywnie śmieszne pieniądze (1,7 miliarda dolarów, ekwiwalent mnij niż 5 miliardów złotych), lecz także z zapewnieniem, że przez kolejne lata (plotka głosi, że chodzi aż o 20 lat) żaden meksykański rząd nie pozwoli, by Slimowi stała się „krzywda” w postaci dopuszczenia do meksykańskiego rynku konkurencji zagranicznej. Od tamtego momentu, niezagrożony jakimkolwiek rywalem, stworzył Slim jeden z najgorszych i najdroższych telefonicznych systemów świata. Tak przynajmniej wyrażają się o meksykańskiej telefonii jej użytkownicy; sam przez trzy lata z Telmexu korzystałem, więc wiem co piszę. W walce o miano najgorszej firmy telefonicznej świata nie jest w stanie wyprzedzić Telmexu go nawet polska (francuska?) TP S.A., która powstała w dość podobnych okolicznościach.

       Dzięki bezprawnej ochronie ze strony państwa niezagrożony p. Slim Helu gromadził środki na pomnażanie zasobów swego imperium. Rosnąca potęga ekonomiczna, zamieszkałego przez 100 milionów mieszkańców, Meksyku, a także ponad 10.milionowa diaspora w USA, zmuszone praktycznie do korzystania z Telmexu wprowadziły go na Olimp najbogatszych ludzi globu. Nie mam cienia wątpliwości, że gdyby tylko pojawiła się tam (i w Polsce) konkurencja czy to z USA czy z Azji, Telmex ze swoim prezesem Slim Helu, podobnie jak i Telekomunikacja Polska S.A. z jej największymi akcjonariuszami, poszliby z torbami, a ich abonenci odżałowaliby ostatni swój grosz (czy peso) na Mszę świętą dziękczynną.

      
Who is who

      Zasługą Slima jest to, że wyczuł właściwy moment i go nie zmarnował.

      Początek lat 1990., to w Meksyku, podobnie jak i w Polsce czas zamętu i zmian. Skorumpowany rząd, chaos wywołany kryzysem, jaki pojawił się w następstwie wejścia Meksyku do NAFTA, dewaluacja peso prawie o 60 procent, wybuch krwawo stłumionej przez Salinasa rewolucji indiańskiej w Chiapas, a także gwałtowne utarczki przedwyborcze w ramach rządzącej PRI, których ukoronowaniem było zamordowanie przez brata prezydenta, Raula Salinasa de Gortari, kandydata na najwyższy urząd w kraju, Luisa Colosio wszystko to było skuteczną zasłoną dymną dla dziwnych prywatyzacji. Pod tym względem sytuacja przypominała to, co działo się wtedy w Polsce, że wymienię tylko prywatyzację Elektrociepłowni Warszawskiej czy Telekomunikacji Polskiej S.A., które nie miały przecież całkiem „spontanicznego” charakteru.

        W takich to okolicznościach pojawia się na scenie gospodarczej, a właściwie politycznej, bliżej nieznany makler z Mexico City, niejaki Carlos Slim, nazwisko po matce: Helu. Majątek zgromadził zajmując się rzekomo skupem upadających firm meksykańskich. Być może tak było, choć jeszcze cztery, czy nawet pięć lat po przejęciu Telefonos de Mexico, Slim był postacią względnie mało znaną. Stał się człowiekiem nieco bardziej rozpoznawalny z chwilą zakupu firmy, która jest do tej pory uznawana raczej za porażkę inwestycyjną niż jego sukces, chodzi o sieć sklepów odzieżowych i kawiarni Sanborns. Wciąż jednak uchodził za uosobienie frajera. Na pewno jednak telefonami się jeszcze nie interesował, choć przecież powinien. Telmex – podobnie jak całe państwo meksykańskie, które minister skarbu za prezydenta Clintona, Robert Rubin cudem wykupił w 1994 roku, ratując przy okazji swoje własne pieniądze zainwestowane w firmie Goldman Sachs and Co., będącej największym posiadaczem zbankrutowanych obligacji skarbu państwa Meksyku – był ruiną na skraju bankructwa. Dla kogoś, kto skupuje upadające firmy, żeby zarobić na ich rewitalizacji, okazja wyśmienita. Ale Slim jej nie dostrzegł. Dlaczego? To pytanie zadają sobie analitycy meksykańscy, amerykańscy i polscy analizując metody prywatyzacji firm państwowych w latach 1990. Czy to nie dziwne?  Warrent Buffett, George Soros, Carl Icahn czy nawet Roman Karkosik nie czekaliby na ostateczny upadek firmy, w obawie, że wtedy konkurentów do wielkich pieniędzy będzie wielu. Slim zaryzykował? A może szukał dobrego dojścia?

        Ludzie z Wall Street, dla których najbogatszy człowiek świata był do niedawna zagadką uważają, że dopiero pełne bankructwo Telefonos zwróciło uwagę miejscowych polityków na firmę, którą rząd traktował dotąd jak kulę u nogi. Meksykański telecom, podobnie jak Pemex, państwowy monopolista na rynku ropy naftowej, były jedynymi w świecie firmami w swoich branżach, które przynosiły stratę. Dostrzegli w bankrucie potencjał dla siebie. Psa sprzedadzą kulawą nogą nie obejdzie fakt sprzedaży Telefonos de Mexico w ręce prywatne. Właśnie wtedy Slim Helu zaczął się pojawiać na dworze w Los Pińos, gdzie urzędował Carlos Salinas.    

Ekonomicznie i politycznie

        Ludzie pokroju Slima Helu to zakała kapitalizmu. W popularnej opinii traktuje się ich jak kapitalistów, podczas gdy w rzeczywistości są kombinatorami, którzy z wolnym rynkiem mają niewiele wspólnego. Nawet dzisiaj, kiedy jest już najbogatszych facetem świata, Slim ma opinię krwiopijcy, który słabo płaci, źle ludzi traktuje, żyłuje cen – i to nie tylko w Meksyku, taką strategią zdobył również największy rynek latynoski, jakim jest Brazylia. Jak to możliwe? A no możliwe, wszak nie obawia się konkurencji, przed którą chroni go układ prywatyzacyjny sprzed niespełna 20 lat.

      Slim Helu to nie jedyny „biznesmen”, który tak działa. Roi się od nich w Rosji i byłych demoludach. Palą długie cygara, kupują drogie jachty i drużyny futbolowe za pieniądze, których tak naprawdę nigdy nie zarobili.

       Upadek komunizmu, liberalizacja gospodarek większości rozwiniętych krajów świata, wypromowały swoisty rodzaj kapitalizmu, zwany interwencjonizmem. Jest to upolityczniona wersja gospodarki wolnorynkowej, nie mająca wiele wspólnego z klasyczną odmianą tego systemu. Wykorzystując moralną słabość rządu, a przede wszystkim rosnące w kosmicznym tempie wydatki budżetowe, za które władza kupuje spokój i przychylność mas, niektórzy z „biznesmenów” zorientowali się, że dużo korzystniej i bezpieczniej jest robić interesy nie bezpośrednio z rynkiem, lecz z państwem, czyli z politykami.

       Panowie Kulczyk, Krauze, Chodorkowski, Berezowski i kilkuset innych tworzyli swą zasadniczą przewagę konkurencyjną, dzięki której zbudowali fortuny i po części monopole, nie w oparciu o wybitne talenty przedsiębiorcze, innowacyjność, ciężką pracę i udowadniając, że służą konsumentowi lepiej od innych – jak Gates, Dell czy Witkowicz – lecz przy pomocy działań politycznych: umiejętności współpracy z politykami i dostosowaniu się do ich preferencji, które z rynkiem i gospodarką miały stosunkowo niewiele wspólnego. Chodorkowski, Abramowicz, Krauze brali udział w „manipulowanych” przetargach, do których pełny dostęp mieli tylko wybrani, albo które odbywały się wedle reguł uznaniowych określanych przez klasę polityczną. Jeśli nawet ktoś zakwestionował ich wiarygodność, nie oni ponosili konsekwencje mętnych układów, lecz podatnicy, którzy, jak choćby w przypadku PZU-Eureko, z własnej kieszeni zapłacili odszkodowanie za wadliwą albo oszukańczą procedurę przetargową.

       W przypadku Carlosa Slima przetarg też nie był otwarty, bo gdyby był, przegrałby go niechybnie z potężną konkurencją ze Stanów Zjednoczonych, Niemiec czy Chin. A gdyby nawet potrafił z konkurentami wygrać, nikt by mu nie zagwarantował ochrony na tak długie lata. Skorzystał dzięki polityce. Nie twierdzę, że ktoś, kto robi w ten sposób interesy jest złoczyńcą, lecz staram się pokazać, że taki biznes nie jest kapitalizmem. Co więcej, jest wrogiem kapitalizmu. Widać to chociażby z ostatniego sondażu „Gazety Wyborczej”, w którym aż 80 procent ankietowanych uważa, że w Polsce – co jest kompletną bzdurą – można się wzbogacić tylko na drodze przestępczej. Czy trudno się potem dziwić histerii, jaka owładnęła zwolenników Jarosława Kaczyńskiego, który nawet konta bankowego nie ma?

        Jeśli zatem magazyn Forbes mieni się ikoną kapitalizmu i wolnego rynku, powinien bardziej skrupulatnie dobierać kandydatów do swojej listy najbogatszych. W przeciwnym razie łatwo pomylić kapitalizm, a więc ustrój oparty na równych szansach, konkurencji, na pracy, pomysłowości i wolności, z cwaniactwem polegającym na korupcji, umiejętnościach porozumiewania się z elitami politycznymi, pozyskiwania dotacji finansowanych przez podatnika i lobbowania na rzecz własnych interesów kosztem konsumentów, czyli nas wszystkich. Taki ustrój to rzeczywiście horror.

Jan M Fijor

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Punx pisze:

    Wreszcie jakiś nowy artykuł na stronie.

  2. Jan M Fijor pisze:

    Słuszna uwaga, ostatnio jednak jest tak zajęty, że psizę tylko tyle, ile muszę. Poprawię się. Z góry dziekuję za wyrozumiałość!

    Jan M Fijor

  3. donek pisze:

    Carlos Slim zapewne wyniósł kombinowanie z domu. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.

  4. Jan M Fijor pisze:

    Nie to jest złe, że on kombinuje, że to, że może tak kombinować, bo muj państwo pomaga. Problem leży w prawie dopuszczającym sprzyjanie jednym kosztem drugich. taki niestety jest ten asz współczsesny „kapitalizm’. w Polsce też. to ma niewiele wspólnego z wolnym rynkiem.

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *