Radio Erewań (dokończenie)

chat-dymki
8

           Kłopoty ze znalezieniem hotelu to tylko początek serii armeńskich rozczarowań.

Komuno wróć!

           Manvel, z którym po krótkim odpoczynku jedziemy zwiedzać okolice Erewania, po dojechania do końca trasy (czyli do Geghard) odmawia powrotu po wcześniej uzgodnionej cenie, grożąc że jeśli nie zgodzimy się na podwyżkę, on nas zostawi. Przystajemy na nową cenę, nie mamy wyjścia. Manvel jest jedynym człowiekiem w Armenii, który wie, jak nazywa się nasz hotel i gdzie się znajduje. Ma to ogromne znaczenie. Wprawdzie taksówki nie są w Erewaniu drogie i moglibyśmy wziąć inną, kłopot w tym, że taksówkarze słabo znają miasto. Wyjeżdżając z Armenii do Gruzji ledwie zdążyliśmy na pociąg, bo wynajęty taksówkarz nie był w stanie odnaleźć stołecznego dworca kolejowego. Jest to rzecz dziwna, jako że erewański „centralny”, to potężna budowla, przypominająca konstrukcją Uniwersytet Łomonosowa w Moskwie, o wielkości połowy Pałacu Kultury i Nauki. Po 20 minutach bezradnego kluczenia, taksówkarz poddał się, zostawiając nas na ulicy. Na szczęście, dworzec był w zasięgu wzroku i doszliśmy doń pieszo. 

   

       Porzekadło, mające oddać handlowe talenty Ormian w Armenii można włożyć między bajki. Uchodzący w świecie za ludzi prężnych i przedsiębiorczych, we własnej ojczyźnie, Ormianie się pogubili. Słowem najlepiej oddającym tamtejszy stan umysłów jest: marazm. Zasadniczym pomysłem na życie młodszej części mieszkańców Armenii jest emigracja z kraju. Dobra jest każda okazja. Galik, konduktor „spalnego” wagonu, w drodze do Tbilisi, przedstawia nam swoje CV: z zawodu szewc, umie też prowadzić pojazdy ciężkie, pyta, czy możemy mu załatwić pracę z Polsce i po ilu latach dostanie stały pobyt. Możliwości wyjazdu szuka Galina, kelnerka jednego z barów. Spędziła w Polsce 10 lat. W latach 90. miała w Bełchatowie swoje stoisko, ale po wejściu Polski do Unii została deportowana. Mimo to chętnie by wróciła. O zaproszenie do Polski, czystą polszczyzną błaga nas – na poły klęcząc – barman jednego z reprezentacyjnych hoteli stolicy, a nawet emerytowana nauczycielka. Wielu Ormian uczy się języka polskiego. Czując, że jesteśmy im życzliwi widzą nad Wisłą swoje okno na świat. Ci, którzy rezygnują z opcji emigracyjnej, tęsknią za powrotem…komuny.

          Teim prowadzi stoisko z warzywami i przyprawami na Rynku nr 1 w centrum Erewania już prawie 40 lat. Biznes mu kuleje, bo ludzie są biedni i liczą się z każdym dramem(1 dolar ok. 380 dramów). Teim przeklina swój los. Tęskni za starymi czasami. Za sowietów zarabiał miesięcznie prawie tysiąc dolarów i był panisko. Dzisiaj musi płaszczyć się przed byle emerytką, która zostawia u niego dolara czy dwa. Wprawdzie po dokładniejszej analizie przychodów, jaką na nim wymuszam, okazuje się, że miesięczny dochód stoiska Teima jest dziś czterokrotnie wyższy niż przed laty, jego to nie przekonuje.

– Kiedyś byłem bogaty, liczyłem pieniądze, dzisiaj jestem nikim i muszę ciężko harować!

          Teim nie może się pogodzić z tą niesprawiedliwością.

– Dlaczego jednym wolno szaleć z dziewczynami, szpanować w mercedesach i lexusach, sączyć drinki w Marriocie, a ja muszę tu warować od rana do nocy?!

       Straganiarz Teim z Rynku nr 1 w Erewaniu też chce być z siebie dumny. W nowych warunkach ekonomicznych dumy i dobrego samopoczucia brakuje mu bardziej niż pieniędzy. To zawiść wyparła dumę i samozadowolenie z duszy Teima. Kiedyś być straganiarzem, znaczyło: być kimś ważnym. Współcześni piękni, bogaci i ważni to już zupełnie inni ludzie. Ta świadomość boli wielu Ormian. Więc wyobrażają sobie, że wystarczy wyjechać z Armenii, by znowu mogli być z siebie zadowoleni. Tak myśli konduktor Galik, Araik, policjant z dworca centralnego, a nawet emerytowana nauczycielka z miasteczka Kapan, która co prawda sama jechać już nigdzie nie chce, prosi nas jednak o przysłanie zaproszenia do pracy w Polsce dla jej syna, geodety z zawodu.

Radio Erewan

          O ile rząd dokonał w Armenii kilka ciekawych reform, z których poruszyła mnie najbardziej prywatyzacja państwowej poczty, szpitali, a także bliska prywatyzacja kolei, o tyle sami obywatele w budowie kapitalizmu zawiedli na całej linii. W kraju, w którym wali się co trzeci budynek mieszkalny, gdzie nieczynna jest połowa fabryk, a faktyczne bezrobocie sięga 40 procent ludności, idole Teima, nieliczna oligarchia i jej naśladowcy śmigają, w modnych w Armenii mercedesach G 500, po dziurawych, brudnych ulicach Erewanie z anorektycznymi dziewczynami, przebranymi w dezajnerskie ciuchy od Louis Vittona, wykręcającymi sobie na połamanym trotuarze stopy obute w wysokie obcasy, najszybciej rozwijającą się branżą gospodarki jest hazard; kasyna, salony gier i biura bukmacherskie. To oni dyktują stereotyp ormiańskiego kapitalizmu, w którym dominującą wartością jest niecierpliwość, duża kasa, zabawa i brak zasad. Trudno się dziwić, że komunizm cieszy się tam większą sympatią niż wolny rynek i konkurencja.

         Przedsiębiorczy z natury Ormianie nie są w stanie wykorzystać szansy, jaką dał im upadek ZSRS i odzyskanie niepodległości. Armenia jest swą wolnością zmęczona. Gospodarka kraju dołuje, rośnie bezrobocie i bieda. Chętnie wróciliby pod skrzydła Rosji i wcale tego nie ukrywają. Skłóceni z wszystkimi (prócz Gruzji), czekając aż sowieci znowu zajmą Kaukaz i przywrócą człowiekowi – jak mówi straganiarz Teim – jego tradycyjną dumę i wartość. Kiedyś wszystkie swe słabości tłumaczyli Ormianie pechowym położeniem geopolitycznym, pod nieobecność Imperium Otomańskiego i ZSRS, skarżą się na kapitalizm. Zanim jednak powróci stare, stają na głowie, żeby sobie tę krzywdę zrekompensować. Jak? Po staremu: pisaniem donosów, biurokracją, zawiścią.

         Pociąg relacji Erewań – Tbilisi, pokonuje odległość ok. 300 kilometrów w 10 – 15 godzin, w zależności od tego, czy jest donos, czy nie ma.

– A to pech – szepcze przerażona emerytka z Kopan – ktoś na pewno na nas napisał.

A ponieważ nie wiadomo, na kogo napisał, służby celne trzepią wszystkich. Z wyjątkiem nas, bo my jesteśmy cudzoziemcami. Skąd wiedzą, że jesteśmy cudzoziemcami pozostanie ich słodką tajemnicą? Zresztą, co nam z takiego wyróżnienia, skoro pociąg i tak musi stać aż przeszukają wszystkich. A armeńscy celnicy są wyjątkowo skrupulatni. Kierownictwo  kończyło studia celnicze w czasach sowietów, młodsze pokolenie celne szybko się od nich uczy. Nie interesuje ich ani stan toalet, ani brud na korytarzach, całą swą energię kierują w podróżnych. Każdy but, skarpetka, tubka pasty do zębów, czy pudełko kremu obwąchiwane są, obmacywane, obsłuchiwane. Nad emerytkami z naszego przedziału pastwią się godzinę. Nie znajdują nic, puszczają je wolno.

– Uff – oddycha uradowana, sprawdzając stan swoich bagaży. Ser jest, jajka na twardo są, papryczki też nie skonfiskowali – mamy szczęście. Dojadą do swojego resortowego sanatorium w Batumi, bez konieczności wydawania cennych dewiz. Pod pojęciem dewiz należy rozumieć gruzińskie lari, których nie kwotuje żadne światowe currency board. Zresztą kursu armeńskiej dram-y też się na giełdach nie notuje.

– A czego ci celnicy szukali? – pyta Michał, mój towarzysz podróży wstrząśnięty tym, co widział – Jest li u was swobodnyj rynok?

– Już oni dobrze wiedzą, czego szukają – tłumaczy jedna z nauczycielek.

– Ich święte prawo, jest przecież wojna z terroryzmem – dodaje posłusznie druga. Wyciągają z torby owczy ser, jajka, niezwykły, cienki jak papier, ormiański chleb lawasz, pomidory, ogórcy i zapraszają nas do stołu:

– Cztoby innostrańce znali, że Ormianie gościnni i ludziom życzliwi.

        Chętnie na zaproszenie przystajemy. Od wieczora nie mieliśmy nic w ustach. Wagon restauracyjny był restauracyjnym tylko z nazwy, trudno bowiem kuszać papierosy czy zaspokajać pragnienie samą wódką. A do tych specjałów ograniczało się menu placówki. W Tbilisi wysiadamy z pociągu z ulgą, nie wiedząc jeszcze, że Radio Erewań odezwie się w drodze powrotnej.

Wiza

             Do wiz mam stosunek ostrożny, żeby nie powiedzieć, niechętny. Wiza jest zawsze jakąś przeszkodą, jest to bat na przekraczającego granicę cudzoziemca. Wizy wymagane są dzisiaj w państwach Trzeciego Świata, gdzie są niekiedy główną pozycją w budżecie kraju, albo wobec obywateli państw Trzeciego Świata przez rządy krajów rozwiniętych, które (rzekomo) chronią swoje rynki pracy przed konkurencją. Obywatel polski musi posiadać wizę wjazdową do Armenii. Wizę tę – zgodnie z informacją zamieszczoną na forach internetowych – wręcza za niewielką opłatą (ok. 8 dolarów) pogranicznik. Odbywa się to praktycznie na lotnisku Zvartnots w Erewaniu, chyba że ktoś wjeżdża do Armenii od strony Gruzji drogą lądową, ale tego akurat nie radzę. Pozostałe drogi wjazdowe, od strony Turcji i Azerbejdżanu są zamknięte. Armenia, jak wspomniałem, znajduje się z tymi państwami w stanie zimnej wojny.

          Co prawda, erewański pogranicznik początkowo odmówił mi wizy, twierdząc że w moim paszporcie „brak jest odpowiedniej ilości miejsca na wizę”, co mogło się skończyć deportacją, dał się jednak ubłagać i w końcu plakietkę wizy wkleił. Jeden wjazd i wyjazd; wizy wielokrotnej nie dostałem, mimo iż poinformowałem pogranicznika, że z Armenii jedziemy do Gruzji, więc w drodze powrotnej (wracaliśmy do Polski samolotem z Erewania) znowu przekroczę granicę Armenii. W tej sytuacji miałem dwa wyjścia: postarać się o nowy paszport z „wystarczającą ilością miejsca na wizy”, albo przekroczyć granicę gruzińsko – armeńską w tranzycie, a więc bez obowiązku wizowego. Wybrałem ten drugi sposób; taniej i szybciej.

         Z Tbilisi lecieliśmy do Erewania samolotem Air Armenia. Tam mieliśmy się przesiąść na linie czeskie i już z Czechami wrócić do kraju. Wystarczyło zatem, że odprawiający  pracownik Air Armenia w Tbilisi prześle nasz bagaż do Warszawy i wyda kartę pokładową na lot z Erewania via Praga do Polski i sprawa załatwiona; wizy do tego nie trzeba. Niestety, awaria lotniskowego komputera w Gruzji taką kombinację uniemożliwiła. W tej sytuacji, poinformował nas pracownik Air Armenia, odbierzecie bagaż w Erewaniu i odprawicie go do Warszawy. Wszystko w tranzycie. Nie bezpakojties!

        Na lotnisku w Erewaniu okazało się, że wprawdzie my jesteśmy w tranzycie, ale nasz bagaż już niekoniecznie. Aby go odebrać potrzebna jest wiza. Problem w tym, że ja wizy otrzymać nie mogę, więc i bagażu nie odbiorę. Nie mam też dostępu do stanowiska odpraw, czyli do karty pokładowej. Jakie jest wyjście z tego pata? Nie wiem – odparł erewański pogranicznik. Czy to znaczy, że mamy na lotnisku spędzić resztę życia? Nie wiem…być może – odparł spokojnie. Po chwili wrócił jednak ze swoim przełożonym, który też nie wiedział, co z nami zrobić. Teraz on zadzwonił po swego przełożonego. Ten też nie wiedział. Po dwóch godzinach ten pierwszy wrócił, mrugnął na nas, dając znak, żeby iść za nim. Pokrętnymi korytarzami, zakamarkami i lochami portu lotniczego przeszliśmy do hali bagażowej, wzięli czym prędzej plecaki i biegiem wrócili do poczekalni. Mamy już bagaże, mamy za sobą pograniczników, ale nie mamy karty pokładowej. Z bagażem, do tego bez karty na pokład nas Czesi nie wpuszczą. Obsługę portu, bo w tranzycie należymy już do jej kompetencji, prosimy o kontakt z przedstawicielem czeskich linii lotniczych. Ale oni też mają nas w nosie – informuje po dwóch godzinach poszukiwań, pośredniczący w kontakcie „inspektor lotniska” – choć to przecież ich obowiązek. W końcu, jesteśmy pasażerami czeskich linii. One za nas odpowiadają. Czesi są odmiennego zdania i dlatego już nigdy z nimi nie polecę.

       Jest 2 nad ranem, nasz samolot odlatuje o 5.15 rano. Nadal pat: gdybym miał więcej miejsca w paszporcie, mógłbym otrzymać wizę, ale miejsca nie mam. To znaczy mam, ale „nie wystarczającą ilość” i wizy nie dostanę. Zmęczeni kładziemy się na podłodze i zasypiamy. Budzą nas porządkowi. Problem powraca. – Pogranicznicy popełnili błąd, nie możemy niczego zmienić – tłumaczy tym razem dyrektor zmiany lotniska Zvartnots, bezradnie rozkładając ramiona. Sytuacja robi się dramatyczna. Zastanawiamy się nad nielegalnym przejściem do sali odpraw. Niestety, jesteśmy inwigilowani, każdy nasz krok śledzony. Mija 4.15. Nadal jedynym wyjściem jest kwarantanna, a potem pewnie głodówka protestacyjna. Decyduję się na krok ostateczny; wyciągam legitymację prasową i pokazuję ją dyrektorowi zmiany, uświadamiając równocześnie, że jeśli nam pomoże, gotowi jesteśmy puścić zdarzenie w niepamięć. Na twarzy dyrektora maluje się troska i cień iluminacji. Waha się przez dłuższą chwilę, po czym bierze nasze paszporty, plecaki i znika na pół godziny. Bardzo długie 30 minut. Wraca z kartami pokładowymi i dowodem nadania bagażu.

– Nikomu o tym nie mówcie – szepcze przyciskając palec do ust – Nie wolno mi tego robić, ale nie chciałem, żebyście wyjechali z Armenii z poczuciem krzywdy.

         Ściskamy się na pożegnanie. – Odwiedźcie nas znowu – mówi wzruszony dyrektor nocnej zmiany lotniska Zvartnots. Na pewno odwiedzimy. Na pewno!

Jan M Fijor

P.S. Ktoś wpadł na pomysł, żeby od lipca 2010 latał do Erewania polski LOT, w myśl zasady: co lot, to knot.

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Edward pisze:

    Wydaje mi sie, ze ejst pan troche niesprawiedliwy. To porzadni, poczciwi ludzie, ktorzy nie maja szczescia do sasiadow.

  2. arm505 pisze:

    Malkontent i pechowiec w jednym ;)) ..wybuchowa mieszanka

    Wszystkie kraje bloku wschodniego w trakcie transformacji przechodziły okresy chaosu i dezorganizacji. Na kaukazie ten okres jest przedłużony i nadal trwa z różnych powodów. To nie jest Europa zachodnia gdzie jest wygodnie, przyjemnie i wszystko jest przewidywalne.
    Oczywiście Ormianie też są trochę sami sobie winni, ale na pewno sytuacja geopolityczna im nie pomaga. Polska ma bogatych i hojnych sąsiadów, z żadnym nie jest w stanie wojny, gdyby była na miejscu Armenii nie wiem czy byłoby tutaj lepiej.

    Co do atrakcyjności turystycznej samej Armenii, to trudno dyskutować o gustach, jednak myślę że wybrał Pan najbardziej oklepane i mało interesujące miejsca. Mam wielu znajomych, którzy odwiedzili Armenię i maja ochotę tam wracać.

    Jedno z ciekawszych jest np tu:
    http://vizerra.com/en/locations/tatev-monastery

    Pozdrawiam

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Ja nie jeźdżę po świecie zwiedzać ruiny, lecz poznawać ludzi. jesli mi na każdym kroku jęczą, żę chcą powrotu sowietów, to ja ich mam dość. Co do monastyrów, to w Gruzji jest ich dziesiątki razy więcej, Armenia nie ma żadnej tajemnicy, nie ma smaczków, ekscytacji i to jest mój zasadniczy zarzut i rozczarowanie.

    Pozdrawiam

  4. ZQW pisze:

    Pisał Pan o zamiłowaniu do hazardu w Armenii. Jako ciekawostkę mogę podać , że rząd Armenii wykorzystuje to zamiłowanie , do poprawienia ściągalności podatków. Każdy paragon fiskalny ma swój numer i kilka razy w tygodniu odbywa się losowanie nagród , które transmituje telewizja. Niewielkim kosztem znacznie wzrosły wpływy podatkowe.

  5. Cezary Kaźmierczak pisze:

    @ taxi w Armenii. Są dwa dwa rodzaje – dzikie (wowczas mozna spodziewac sie roznych dzikich rzeczy) i korporacje taxi, gdzie raczej nic nie grozi. Te drugie łatwo poznać po taksometrze wbudowanym w lusterko wsteczne (pierwszy raz coś takiego widziałem). W tych z „lusterkiem” cena wynosi 0.80 drhm za 1 km i coś tam miej za postój. My wynajeliśmy takie taksi z lusterkiem lacznie prawie na dwa dni i nie bylo zadnych problemow – oplata scisle wg. taksometru. M.in. pojechalismy taksi z Erywania na granice gruzinska (we trzech – wyszlo po ok 30 USD na głowę, z licznymi przystankami po drodze). Taksowek na tzw. gębę rzeczywiście lepiej unikać.

  6. Jan M Fijor pisze:

    Nam też się parę razy udało, ale każdy kurs obarczony jest tam ryzykiem.
    Jazdy do granicy Gruzji to problem, bo żaden taksówkarz nie chce przejechać granicy, więc rteba dymać na xrugą stronę pieszo, a nie zawsze po stronie gruzińskiej są taksówki do Tbilisi . Slowem, nie są jeszcze gotowi na ruch turystyczny.

    Witam cię Czarku w kraju dziadów

  7. Corvin pisze:

    Panie Janie,

    Czy na prawdę jest tak duży ruch między Polską a Gruzją i Armenią, że LOT oferuje bezpośrednie loty do tych krajów?

    ——

    Do Gruzji się wybieram, ale będę kombinował żeby dostać się tam taniej niż lecąc bezpośrednio z Polski.

    Pozdrawiam i życzę wielu przygód!

  8. Jan M Fijor pisze:

    No, wiec moim zdaniem polaczenie z Tbilisi zostalo wymuszone przez sily polityczne, polaczenia z Armenia nie rozumiem, bo ruch jest minima ny, a jego perspektywy nikle. Co prawda lata tam duzo tzw. doradcow, ale im by wystarczyly 2 loty w tygodniu.
    jak najtaniej leciec na kaukaz? Niech pan zadzwoni na SKYPE do biura VIVA Tours w Tbilisi vivatour10 i pogada z nimi po rosyjsku.
    albo napisac info@viva-tour.ge, telefon to (chyba, bo nie dam sobie glowy uciac): 995-32) 940355
    Tam sa 2 milem panie, ktore znajda najtanszy przelot via Ukraina, Moldavia czy jakas inna cholera.

    Powodzenia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *