O intelektualistach i wielepkach

chat-dymki
0

            Jestem właśnie po lekturze znakomitej książki Thomasa Sowella „Intelektualiści mądrzy i niemądrzy”, wydanej dopiero co przez Fijorr Publishing. Powiem szczerze, że rzadko czyta się dziś książkę tak radykalną w swoich konserwatywnych tezach, a równocześnie nie pogrążoną w, typowej dla wielu konserwatystów, bezproduktywnej tęsknocie za „dawnymi i pięknymi czasami”.

            Dla konserwatysty intelektualista z natury jest istotą podejrzaną, bowiem to właśnie „filozofowie” dokonali intelektualnej dekonstrukcji świata tradycyjnego, wyemancypowali najgorszy motłoch, który w 1789 roku urwał się z łańcucha i próbował w kolejnych aktach rewolucyjnych zniszczyć wszelkie ślady cywilizacji. Cechą charakterystyczną wszystkich nowoczesnych rewolucji występujących przeciwko wiecznej naturze rzeczy było to, że ich idee wymyślili właśnie intelektualiści, kryjący się pod różnymi nazwami: raz byli to „filozofowie”, innym razem „badacze rasy aryjskiej”, jeszcze innym „awangarda proletariatu”. A za intelektualistami szli pół-inteligenci. Zawsze warto wracać do klasycznej książki Włodzimierza Lenina „Co robić?” i zarysowanej tam teorii: do partii nie należy rekrutować robotników, gdyż są za głupi aby zrozumieć Hegla i Marksa. Do partii należy rekrutować wykolejoną inteligencję bez pracy, zawodu i perspektyw: bezrobotnym dziennikarzom obiecać, że po rewolucji partia przejmie gazety i mianuje ich naczelnymi; bezrobotnym naukowcom, że jak nie mogą napisać doktoratu, to po rewolucji partia znacjonalizuje uniwersytety i zrobi ich rektorami; bezrobotnym urzędnikom zapowiedzieć, że jak partia zrobi rewolucję, to stworzy im dodatkowe urzędy itd., itp. Oczywiście, nie zawsze rewolucja czyniona przez intelektualistów musi być krwawa. Na przykład rewolucja demokratycznego socjalizmu – której jesteśmy codziennymi nie tylko świadkami, ale i ofiarami – jest także dziełem intelektualistów, którzy wiedzą lepiej niż biznesmeni jak zarządzać przedsiębiorstwem i lepiej niż praktycy polityczni jak kierować państwem. Istotą intelektualisty jest bowiem to, że „wie lepiej”. Intelektualista jest „wielepkiem”, choć nie posiada żadnych umiejętności praktycznych; niczego nie wyprodukował, niczego nie zrobił, niczym nie zarządzał – ale wie jak produkować, jak zrobić, jak zarządzać.  Tę tajemną moc wyczytał w książkach innych „wielepków”

            Książka Thomasa Sowella jest właśnie o tej pokracznej grupie ludzi, którzy posiadają wielkie teoretyczne idee, które znaleźli w grubych księgach innych intelektualistów, które wchłonęli, przetworzyli i wypluli z siebie jako nową receptę na poprawienie świata. Intelektualiści Sowella nie są dokładnie tym czym „wykształciuchy” Ludwika Dorna. Wszak czytelnicy „GW” i oglądacze TVN nie tworzą żadnych oderwanych od rzeczywistości idei, bowiem masowe media pracują nad tym, aby bez inicjatywy rządzących kręgów nie powstały żadne nowe i niezależne myśli. Sowell mianem „intelektualistów” obdarza ideologów, czyli twórców abstrakcyjnych idei, które są moralnie i teoretycznie „słuszne” i aspirują do stworzenia racjonalnego projektu całkowitej transformacji rzeczywistości. Dornowski „wykształciuch” to ktoś, kto idei – nawet najgłupszych – nie stwarza, lecz w swojej bezdennej głupocie powtarza takowe właśnie za „intelektualistami”. Intelektualista jest pasterzem i psem-przewodnikiem stad wykształciuchów.

            Thomas Sowell wpisuje się więc w wielką tradycję myślicieli konserwatywnych twierdzących, że istotą politycznej mądrości jest umiejętność praktyczna, a nie teoretyczna wiedza. Wpisuje się także w wielką tradycję anglosaskiego empiryzmu politycznego, postulowanego przez Davida Hume’a, Edmunda Burke’a czy Michaela Oakeshotta, gdzie umiejętności praktyczne przeciwstawiane są teoretycznej wiedzy. To jest to, czego nie rozumie racjonalistyczna spuścizna Oświecenia francuskiego, a przede wszystkim socjalizm, który utożsamia teoretyczną wiedzę z praktyczną umiejętnością. Tymczasem, jak dowodzi Sowell, intelektualista – jako byt „biblioteczny” – posiada wyłącznie wiedzę teoretyczną o społeczeństwie i może budować równie teoretyczne projekty jego przekształcenia ku dobru. Wierzy on, że melioracja następuje nie poprzez badanie faktów, lecz refleksję nad problemem. Intelektualista wierzy, że nie trzeba mieć praktycznej umiejętności w danej dziedzinie, a jedynie teoretyczną wiedzą, najlepiej poświadczoną przez uniwersyteckie dyplomy i kolejne tytuły naukowe.

            Mam nadzieję, że Czytelnicy znają książkę Paula Johnsona „Intelektualiści”, miażdżącą lewicowych i „postępowych” filozofów poprzez pokazanie ich życia prywatnego, stanowiącego praktyczne zaprzeczenie poglądów, które głosili  – praca Sowella jest podobna. Różni ją metodologia. Otóż, Johnson przerabiał postać po postaci, filozofa za pisarzem. Sowell nie opisuje kolejnych postaci, lecz dokonuje syntezy pewnych idei „intelektualistów”, pokazując znakomicie ich teoretyczny świat. Cóż, zawsze trzeba przypominać najbardziej absurdalny fakt z życia Karola Marksa: czy Państwo wiecie, że człowiek, który napisał opasłe tomy o wyzysku nigdy nie był w fabryce?

Adam Wielomski

Najwyższy Czas

Thomas Sowell: Intelektualiści mądrzy i niemądrzy. Fijorr Publishing Warszawa 2010, stron 461.

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *