Gruzini (I)

chat-dymki
11

Gruzini (I)

Namawiam Was do odwiedzania Gruzji. Kraj to piękny, sympatyczny, bliski naszemu sercu i kulturze, a jego mieszkańcy  ciepli i uroczy. LOT właśnie uruchomił bezpośrednie połączenie z Tbilisi.

Starzy Gruzini

Gruzja to był pierwszy zamorski kraj, o którym w życiu usłyszałem. Stało się to za sprawą pewnej Rosjanki, pochodzącej z Tbilisi, sąsiadki z kamienicy, w której spędziłem pierwsze osiem lat swego życia. Miała na imię Luba i po nocach śniła o powrocie na Kaukaz. Gdy czuła się samotna, albo nieszczęśliwa, a tak czuła się niemal cały czas, zachodziła do sąsiadów, czyli do nas i opowiadała o swym ukochanym Toflis (dawna nazwa stolicy Gruzji), o pokrytym śnieżną kopułą szczycie Kazbeku i pięknej, wonnej Abchazji. Gruzinów z jej opowieści zapamiętałem jako kruczowłosych, wąsatych i tęgich mężczyzn, których głównym zajęciem było wychylanie głębokich kielichów ciężkiego, granatowego wina kaukaskiego, poprzedzane toastami, walka i honor i wojna o wolność. Zazdrośni o swoje kobiety, które w opowieściach Luby różniły się od mężczyzn jedynie brakiem wąsów, toczyli między sobą nieustanne waśnie i pojedynki. Mimo tej brutalności i ślepej zazdrości, Gruzini z opowieści Luby wywoływali we mnie ciekawość, a nawet sympatię. Minęło ponad pół wieku zanim w czerwcu 2010 roku swoje dziecięce wyobrażenia skonfrontowałem z tamtejszą rzeczywistością.

Wspólny los

Do Tbilisi wyruszyliśmy z Michałem pociągiem z Erewania. Pisałem już, że Armenia nas rozczarowała, dlatego ledwie na horyzoncie pojawiły się pierwsze promienie wschodzącego słońca, stanęliśmy w oknach wagonu, wypatrując z niepokojem granicy armeńsko – gruzińskiej, która miała być tą lepszą częścią Kaukazu. Wprawdzie zaprzyjaźniony ekspert Unii Europejskiej rozpływał się w swoich pochwałach nad Gruzją, ale nigdy nic nie wiadomo. Ormianie, jakich znałem z Polski czy USA to zupełnie inny naród niż chmara drażliwych homo sovieticus, jakich napotkaliśmy w Erewaniu. Tym bardziej, że ekspert chwali tych, którzy mu płacą. A garnuszek prezydenta kraju, Michaiła Sakaszwilego, n.b. Ormianina, który zatrudniając unijnych specjalistów z jednej strony dba o dobre imię swego kraju, z drugiej zaś, chroni swoją prezydenturę przed krytyką lud, której ten ostatni mu nie szczędzi, o czym przekonujemy się na każdym kroku, jest – zwłaszcza dla ekspertów – wyjątkowo hojny.

Już na dworcu kolejowym Tbilisi przekonaliśmy się, że ekspert w niczym nie przesadził. Polacy w Gruzji to ludowi bohaterowie i nie ma w tym cienia kurtuazji czy udawania. Po prostu Gruzini nas uwielbiają. Duża w tym zasługa śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który latem 2008 roku, w czasie napadu na Gruzję przez wojska rosyjskie, jako jeden z nielicznych, a może wręcz jedyny polityk zagraniczny, opowiedział się ostentacyjnie po stronie Gruzji, zaskarbiając sobie tym uznanie i sympatię Gruzinów, zwłaszcza że odwiecznym motywem przyjaznych więzi łączących Gruzinów z Polską jest wspólna i odwieczna niechęć do Rosjan, którzy opanowali Gruzję mniej więcej wtedy, gdy Polska dostała się pod rozbiory. Co prawda Tbilisi – w przeciwieństwie do nas – oddało kraj w protektorat rosyjski na własne życzenie, ze strachu przed Iranem i Turcją, Polacy też dołożyli masę wysiłku, by stać się kolonią rosyjską na prawie półtora wieku. O ile jednak nam się w 1989 roku udało odzyskać pełną suwerenność od Rosji, o tyle Rosjanie łupią Gruzję nadal. Po raz ostatni właśnie w sierpniu 2008, kiedy pod pretekstem wyzwolenia Osetii Południowej (bo Osetię Północną i Abchazję wyzwolili już lata temu) rosyjskie czołgi wjechały na Kaukaz, dokonując kolejnej aneksji terytorium tego niewielkiego kraju. Podobny wróg, podobny pech.

Kraniec Europy

Geopolitycznie Gruzini mają nawet bardziej przechlapane niż my. Z jednej strony otacza ich Turcja, odwieczny wróg, z drugiej Iran, to samo, z trzeciej Armenia i Rosja, czyli wsio rawno – wróg. Azerbejdżan jest wprawdzie nieco bardziej Gruzinom przyjazny, o ile jednak Gruzja to prawosławne, ale jednak europejskie chrześcijaństwo, o tyle Baku, włącznie z azjatyckimi terenami na wschodzie i północy (Czeczenia, Górny Karabach) i na południu, po Zatokę Perską, to obcy im kulturowo islam. Gruzja to najbardziej wysunięty na wschód kraj Europy zatopiony w azjatyckim morzu nieufności, agresji i zamordyzmu. Dość powiedzieć, że najbliższym sojusznikiem kulturowym i politycznym Gruzji jest, oddalona o prawie 3000 km Polska. Więzy braterstwa ożywił ostatnio Lech Kaczyński. Dla odizolowanych od cywilizowanego świata Gruzinów poparcie Polski miało ogromne znaczenie. Nietrudno więc zrozumieć, dlaczego w Batumi i paru innych miejscowościach, po katastrofie z 10 kwietnia 2010, niektóre ulice i skrzyżowania ochrzczono imionami polskiej pary prezydenckiej.

Czy to już do pełnej przyjaźni wystarczy? Chyba jednak nie. Czekają nas, Polaków kolejne bohaterskie wyzwania. Rosjanie, a konkretnie Gazprom, czyli firma, z której utrzymuje się rządząca Rosją wierchuszka ma z Gruzją na pieńku. Powód: przez kraj ten przechodzą rurociągi przesyłające do Europy (w tym i do Polski) gaz z Azerbejdżanu i Turkmenistanu, z pominięciem rosyjskiego giganta. Gazprom, czyli kremlowska kamaryla dostaje po kieszeni, dlatego Gruzji dokuczają. Nie tyle chodzi więc o wyzwalanie ludów kaukaskich, co o kasę dla Rady Najwyższej, a ściślej, jej najlepszych synów.

Tyle jeśli chodzi o politykę.

Vere Inn

Nocleg w Tbilisi zarezerwowaliśmy on-line. Co z tego, że hotel znał nasze nazwiska, a my jego nazwę: Mkudro, skoro zapisałem ją literami łacińskimi, a taksówkarz, który nas wiózł z dworca kolejowego łaciny nie poniał. Podobnie jak w Erewaniu, mimo rezerwacji internetowej, znowu nie mamy gdzie spać. Ambitny taksówkarz przez prawie godzinę błądzi po stolicy, w końcu macha ręką, dając do zrozumienia, że szkoda czasu na szukanie Mkudro, tym bardziej, że jego zdaniem nikt o takim hotelu nie słyszał. On ma lepszy pomysł. Pomysł nazywa się Vere Inn i chociaż nie przypominał hotelu, spodobał nam się od razu. Byliśmy zmęczeni, wsjo rawno, Vere Inn czy Mkudro, byle mieć dach nad głową. Zwłaszcza że Vere Inn (ulica Barnovi 53; vereinn@gmail.com) miało same zalety: pokój obszerny, działającą klimatyzację, naprzeciwko hotelu był przystanek busa, a całość, mimo iż na bocznej, spokojnej uliczce, zlokalizowana była zaledwie 10 minut od Mc Donalds’a i głównej arterii miasta, Alei Rustavelego. Cena wyższa niż w Mkudro, ale co tego, skoro Mkudro nie istnieje. Potwierdziło się powiedzenie znajomego katechety, że „Internet nie rozwiązuje wszystkich problemów”.

Vere Inn okazuje się nie tylko sympatycznym hotelem i bazą wypadową; już po godzinie czujemy się w nim jak w domu!

Nazwa pochodzi o nazwy dzielnicy: Vera, co po gruzińsku znaczy róża. Dzielnica Róż ma grubo ponad 100 lat. Budynek jest parterowy. Bardziej przypomina mieszczański pałacyk secesyjny niż hotel. I to jest całkiem zrozumiałe. Kiedyś była to rezydencja bogatego kupca żydowskiego. Potem, już w czasach komuny osiedlił się tam jakiś sowiecki dygnitarz partyjny. Po transformacji Rosjanin wyjechał pospiesznie do Moskwy, odsprzedając dom w opłakanym stanie za grosze architektowi Malanii Aladaszwili i jego, dopiero co poślubionej żonie, Nanie. W połowie miała to być ich wymarzona rezydencja, w drugiej, jego studio architektoniczne. Budynek remontowali prawie 12 lat. Na rok przed zakończenie prac Malania nagle zmienił projekt. Żonie powiedział, że to z powodu trudności finansowych, Nana jest jednak przekonana, że wiodło go przeczucie; część mieszkalną przerobił na…hotel, w drugiej urządzili luksusowe mieszkanie do wynajęcia. Kilka dni po tym, jak remont dobiegł końca, Malani zasłabł i zaraz potem zmarł. Był to szok dla wszystkich. Mężczyzna dochodził pięćdziesiątki, był wysportowany – niegdyś reprezentant Gruzji w waterpolo, członek ekipy olimpijskiej, mieli tyle planów, marzeń. Wszystko rozpadło się w jednej chwili.

Po pogrzebie, Nana usiadła z siostrą Katią, z zawodu inżynierem od ochrony środowiska, podumały, podumały i wymyśliły, że Malania nie na darmo wymyślił hotel. Zrobiły biznesplan; te pięć pokoi, jadalnia w suterenie, gdzie podawane są śniadania i hall, który jest zarazem salonem, patio i miejscem spotkań towarzyskich powinny jako tako utrzymać rodzinę (Nana, jej ośmioletnia córka i Katia). Biznesplan działa, o czym świadczyła choćby nasza obecność w Vere Inn.

Jak w domu

Po kąpieli i krótkiej drzemce do drzwi zapukała Katia. Zaprosiła nas do hallu/salon na herbatę z konfiturą i ciasteczka. Katia rządzi substancją hotelową, Nana zajmuje się marketingiem. Zaproszeni na herbatę został także Juerg – Szwajcar z Zurichu, który odkrył Gruzję i Vere Inn rok przed nami, oraz Ari, właścicielka pobliskiej restauracji. Po herbacie Juerg postawił na stół dwie butelki gruzińskiego wina, jakie przywiózł właśnie od znajomych z Telavi w Kachetii, nad rzeką Alazani, skąd pochodzą jedne z najstarszych (prawie 8000 lat) i najbardziej renomowanych winorośli świata. My mamy ze sobą żubrówkę, którą kupiliśmy na Okęciu na wszelki wypadek, tak właśnie jak ten. Zwłaszcza że żubrówka cieszy się w Gruzji wzięciem. Zarówno wina, jak i nasza butelka nie trwają długo. Rozmawiamy mieszaniną angielsko-rosyjsko-niemieckiego. Siostry opowiadają swoją historię, my z Michałem swoją. Tak, jak byśmy się znali od lat. Serce otworzył nawet Juerg, a przecież o Szwajcarach mówi się, że są dyskretni, jak niemy spowiednik.

W trakcie uczty pojawiają się nowi goście. Katia idzie do pracy. Nana ma spotkanie z akwizytorem firmy budowlanej. Ari widząc, że posiady idą w rozsypkę, a w butelkach prześwituje dno, zaprasza nas do siebie. Zamawia szaszłyki, dwie butelki Old Tbilisi, do stołu podaje nam piękna blondyneczka, która reprezentowała Gruzję na zakopiańskim festiwalu ziem górskich w 2006 roku. Jemy lokalną zupę, nazwy nie pamiętam, Juerg zamawia kolejne dwie butelki kachetskiego merlota. Prawdziwa uczta, choć mnie akurat mierzi wszechobecna kolendra, czyli pietruszka meksykańska, prawdziwe utrapienie kaukaskiej kuchni; choć akurat Michał i Juerg są tym zajzajerem zachwyceni. Obżarci wtaczamy się do pokoju na krótką drzemkę, potem spacer, olśniewające Stare Miasto i znowu butelka Old Tbilisi, pierogi chinkali faszerowane trudną do wypowiedzenia chihertmą, a po zmierzchu, przy chłodnym piwie, transmisja meczu o futbolowe mistrzostwo świata i cała masa nowych znajomych. Przyglądamy się pięknym kobietom, które odwzajemniają nam dyskretnym uśmiechem. Ktoś się dosiada, pyta skąd jesteśmy, jak nam się podoba. Żadnej agresji, żadnych wąsów, nie ma bójek na noże – jak w opowieściach Luby – a mimo to czuję, jakbym tu kiedyś był.

Tak mija nasz pierwszy dzień w Gruzji…

Cdn.

Jan M Fijor

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. nana pisze:

    Thank you dear friend,
    with love Nana.
    Georgia,Tbilisi,Vere Inn.

  2. Maciej pisze:

    Bardzo miła opowieść !!! Czekam na cd.
    Pozdrawiam Gruzję i jej mieszkańców !!! Lata temu w czasie wakacji pracowałem w hotelu ,,Druch,, na Niemcewicza w Warszawie .Tam tez przybyła wycieczka licealistów z Guzji. Szalenie mili i sympatyczni.Częstowali nas koniakiem ,który piliśmy z rogu !!!Dziewczyny cudowne własnie o kruczych włosach !!! Wszyscy byli bardzo grzeczni i mili!!! Nie wróciłem tego dnia szybko do domu !!! Jeszcze raz pozdrawiam !!!
    Maciej

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Nie tylko o kruczych włosach. jest dużo blondynek, postawnych, wysokich, zgrabnych, zaskakująco atrakcyjnych. Warto pojechać. Wiem co piszę, zwiedzanie swiata to moja specjalność.

    Szczęśliwej podróży!

  4. Sławomir Jaskólski pisze:

    Zniechęciły mnie rażące błędy niestety. Nie „Sakaszwili”, tylko Saakaszwili i nie „w Erewaniu”, tylko w Erewanie.

  5. Jan M Fijor pisze:

    Saakkaszwili, to literowka, przepraszam, ale z Erewaniem..poproszę o dowód, że jest tak, jak pan pisze..

    Pozdrawiam

  6. Jan M Fijor pisze:

    Właśnie znalazłem komentarz n t. odmiany słowa Erewan, a dokładniej: Erywań. Wychodzi na to, że uczył Marcin Marcina….ale czekam na wykładnię.

    Uklony

  7. Antoni Rosiek pisze:

    Fajny opis Gruzji. Pozdrawiam, ar

  8. Jan M Fijor pisze:

    Czesc Antek,
    to miło, że napisałeś. Podaj swój adres mejlowy, to znaczy napisz do mnie posting na fijorr@fijorr.com.
    Sciskam

  9. Sławomir Jaskólski pisze:

    Panie Janie,

    Dowodu przeprowadzić nie potrafię, natomiast pamiętam 5/10 wywód redaktorów radiowej „Trójki”, którzy ostatniego lata podróżowali po tamtym regionie. Krótko mówiąc dowodzili, że „w jerewaniu” to sowiecka nowomowa i bezwzględnie należy mówić „w Erewanie”. Wszystkich rozumów nie pozjadałem, ale tamta argumentacja, jakkolwiek brzmiała w całości (zdaje się, że brali w niej udział Ormianie), przemówiła do mnie bez reszty.

    Pozdrowienia

  10. Jan M Fijor pisze:

    No, to ja chcę panu zaproponować przeszukanie gooogle’a, i wyjdzie panu, że jednak Erywań, a nie Erewań, a co do odmiany, wbrew temu co pan proponuje, są dwie szkoły. Trójkę lubię, ale to nie dowód, że ma pan rację, czy że ja jej nie mam.Tym bardziej że poczul się pan ilością błędów w tekście zniesmaczony, a ja nie chciałbym.nikogo zniesmaczać, zwłaszcza pisaniem o tak miły kraju, jak Gruzja.

    Ukłony
    JM Fijor

  11. Oksana Shahramanyan pisze:

    …”Z jednej strony otacza ich Turcja, odwieczny wróg, z drugiej Iran”, hmm gdzie Iran a gdzie Gruzja ? 🙂

    Tuż za miedzą, na południe od Azerbejdżanu.

    pozdr’
    jmf

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *