Gruzini (II)

chat-dymki
3

W góry, w góry…

        Poznawanie coraz to nowych Gruzinów przychodzi nam wyjątkowo łatwo. Ledwie przekroczyliśmy granicę Gruzji, a mamy już sporą garstkę przyjaciół. Jeszcze 12 godzin temu nie znaliśmy żywej duszy, a teraz jesteśmy za pan brat z: właścicielkami hotelu, szefową restauracji, taksówkarzem, który wpadał do Vere Inn co jakiś czas, sprawdzając czy wszystko z nami w porządku i prawdziwym Szwajcarem.

 Tbilisi

          Dokończę relację z pierwszego dnia.

         W czasie zwiedzania pięknej Starówki poznajemy jeszcze Marię, właścicielkę sklepu z winami. Wprawdzie niczego u niej nie kupujemy, bo ceny ma wyższe niż w naszej restauracji, ale ją to nie dziwi. Polacy i Żydzi – mówi – są bardzo oszczędni. Nie tłumaczę jej, kto się od kogo nauczył. W każdym razie chwalimy sklep, obiecując, że jeszcze wstąpimy. Późnym wieczorem, a właściwie wczesną nocą wracamy do hotelu. Nasze szefowe nie śpią. Sekunduje im Juerg. Nana jest cała podekscytowana. Dzwoniła wieczorem do Manoni i zarezerwowała nam kwartiru na weekend.

– Jutro pojedziecie do Mtsketa, to stara stolica Gruzji, a w sobotę rankiem w góry, do Kazbegi. Wszystko przygotowane. Czekają na was.

      Kazbegi, to wioska, a może osada u podnóża malowniczego wulkanu Kazbek, prawie 5050 m wysokości. W przewodniku po Gruzji jest to miejsce, które trzeba koniecznie zobaczyć. Góra jest piękna, a legenda głosi, że to właśnie do niej przykuto Prometeusza. Inna legenda mówi, że w klasztorze położonym mniej więcej na dwóch trzecich wysokości, znajdują się relikwie św. Józefa, a może nawet Abrahama. Cała Gruzja to jedna wielka mitologia. Tutaj Jazon z Argonautami szukał złotego runa, tutaj rodziło się chrześcijaństwo, a potem islam. Gdyby nawet tych wszystkich legend i niezwykłości nie było, czeka na nas przecież Manoni i jej wąsaty mąż, Damuna. Przygotują nam duszoną koźlinę i poleją miejscowego wina. Jak tu nie jechać? A konto wyprawy do Kazbegi, opróżniamy kilka butelek gruzińskiego Telavi. Juerg, chociaż się z nami w góry nie wybiera, pije też.

       Krótki sen i rankiem do Mtsketa.

       O ile poruszanie się po Erywani(u) wyraźnie nam nie szło, o tyle Tbilisi, mimo iż tam też obowiązują napisy robaczkami, język niechrześcijański, a uliczki wyjątkowo kręte i niekiedy ślepe, rozgryzamy miasto w mig. Wystarczy wsiąść w metro, do którego mamy 4 minuty marszrutką numer 4 dojechać za jakieś gruzińskie grosze do stacji Didube, a stamtąd już tylko rzut beretem. Jeśli czegoś nie wiesz, pytasz po rosyjsku. Jeśli nie znasz rosyjskiego, pytasz po polsku z rosyjskimi końcówkami. Na Didube odnajdujemy bez trudu targ wielkości lotniska Okęcie, a na nim dworzec autobusowy Okriba i mamy w zasięgu ręki całą Gruzję. Może nie całą, ale tę część, która nas akurat interesuje. Mtsketa urzekająca – stare chaty, cerkwie i droga krzyżowa w górach. Żywe gruzińskie prawosławie, które jest dla mnie zaskoczeniem. Myślałem, że jednak są katolikami. Wieczorem wracamy, Katia upiekła ciasto, podała konfitury, nastrój jak w przedwojennej Warszawie, delikatne winko i wczesny sen.

        Rankiem, znim jeszcze wyszliśmy z hotelu, Manoni zadzwoniła do Nany dwukrotnie. Jej nie będzie, bo ma sprawy do załatwienia w Tbilisi, ale Damun czeka już od 11 rano na drodze. Nie martwicie się, pociesza Manoni, będzie czekać do oporu. Raz, że nie wie, którą marszrutką przyjedziemy, a dwa, że tak wypada. Sami byście tego domu nie znaleźli. A jak Damun wygląda? Jak to jak? Normalnie. Ma wąsy, zieloną kurtkę; Damun jak Damun. Rozpoznacie się na pewno. Ona wróci wieczorem i zrobi dobrą kolację. Koźlaczek już sprawiony, kruszeje. Prosto, rustykalnie, ale smacznie i ciepło. Nocleg, śniadanie, kolacja i wino przez cały dzień – 40 lari od osoby, czyli równowartość ok. 21 dolarów amerykańskich. (tel. 895-93-99-73, albo 895-90-25-32 mówić po rosyjsku, można się powołać na nas, albo Katię i Nanę). W Gruzji, mimo iż przyznają się do Europy, wolą jednak dolary. W kilku kantorach cena skupu i sprzedaży była identyczna. Czyli co? Skupują, potrzymają i sprzedają; żeby chociaż przez chwilę mieć amerykański pieniądz w kasie. Polacy lubią Amerykę, ale w kantorach spread dolarowy niekiedy 5-10 procent. Co kraj to obyczaj.

Kazbegi

        Pasażerowie marszrutki do Kazbegi przyglądają mi się z niedowierzaniem. Dopiero na miejscu, w górach uświadamiam sobie, o co im chodziło. Jestem w krótkich spodenkach, T-shircie i letnich sandałkach. Czy to moja wina, że zostałem mylnie poinformowany? W Tbilisi upał 32-35 stopni, w odległym od stolicy o trzy godziny jazdy Kazbegi – powiedział mi pewien mężczyzna w metro – jest zwykle pięć stopni chłodniej. Naprawdę było tylko pięć stopni. Zmarznę, ale co się nie robi dla takich krajobrazów i skojarzeń. O 10 kilometrów dalej na północ wojenną drogą jest już granica z Rosją; osiem kilometrów na północny wschód Czeczenia; bardziej na wschód wicher wyje, jakby człowiek słyszał pieśń pasterzy z Górnego Karabachu. Niełatwo żyć w takiej geopolityce. 

        Jednakże to nie chłód okaże się największą przeszkodą. Wyjeżdżamy z  miasta, gdy okazuje się, że kierowca marszrutki to regularny to świr. Nie przeraża go ani padający deszcz ze śniegiem, ani kręta droga, ostre zakręty, ani nawet pokryta lodem nawierzchnia,  z której asfalt zmyły lawiny kilkanaście lat wcześniej. Nad nami wiszą ponure skalne ściany. Pod nami przepaście sięgające w niektórych miejscach głębokości 700 – 800 metrów. Na odcinku ok. 100 km pokonujemy różnicę wzniesień ok. 3300 metrów. Całą drogę mam w oczach strach. Żadnych zabezpieczeń, słupków, czy choćby rozjazdów. Lawina może zjechać w każdej chwili. Jest co prawda koniec czerwca, ale na Kaukazie obowiązuje inny kalendarz. W najbardziej stronnych miejscach wydrążono w skale – a dokładniej, wydrążyli je, na rozkaz Stalina, jeńcy niemieccy po zakończeniu II wojny światowej, w drodze powrotnej zwiedzimy cmentarz jednego takiego oddziału jednieckiego – potężne tunele, w których zagrożony pojazd może się przed lawiną schować. Nie pomagają prośby pasażerów, ani nawet moje krzyki, że jedziemy za szybko, że jest niebezpiecznie. Nie bezpakojties – powtarza „uroczy” kierowca – i ostatecznie ma rację. Dojeżdżamy cali i zdrowi.

    

   Ze strachu zapomniałem o mrozie. Na drodze wita nas Damun. Czekał trzy godziny, ale jest zadowolony. My też. Idziemy stromą ulicą w kierunku góry, która wisi nad domem – pensjonatem Manoni i Damuna. Wypijamy duszkiem wino, zastanawiając się, w jaki sposób wrócimy do Tbilisi. Marszrutka na pewno już w grę nie wchodzi. Pijemy jeszcze więcej wina i zapominamy o zmartwieniach. Nad wioską kotłują się chmury, Kazbeka nie widać, ale potęgę Kaukazu czuć w powietrzu. Damun pociesza nas, że wiatr rozwieje chmury i rano zobaczymy kopułę w całej okazałości. Zbudzimy się przed wschodem słońca i zobaczymy. Wypatrujemy wierzchołka od wczesnego ranka. Wreszcie jest. Potężny szczyt, kształtem przypominający dzwon, pokryty śniegiem, z którego boku – jak pierwiosnek – wyrasta tajemniczy monastyr.

       Dwugodzinny spacer po Kazbegi, mijamy wycieczkę zziębniętych Japończyków, informację turystyczną ufundowaną za pieniądze ofiarowane przez polski MSZ, robimy kilka zdjęć i wracamy do Damuna i Manoni. Po drodze zbieramy kaczeńce, wdychamy świeże powietrze, znikają troski. Jest pięknie, potężnie, a poza tym mamy nowych przyjaciół. Dwóch agronomów z miejscowego kołchozu, których poznaliśmy w miasteczku. Wybierają się następnego dnia do Tbilisi, aby obstawić w totalizatorze wyniki meczy półfinałowych  Mundialu. Zabierają nas ze sobą.

Cdn.

Jan M Fijor

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Verde pisze:

    Wspaniała relacja, czekam na kolejną część!
    Gruzja powinna Panu płacić za reklamę.
    Mnie Pan przekonał.

  2. Antoni Rosiek pisze:

    Nie wiedziałem, że jedziesz do Gruzji, zabrał bym się z Wami. Jakoś się sprawdziłem, byliśmy razem w Peru, Brazyli, Argentynie, tylko Belize nam
    nie wyszło. Pozdrawiam, czekam na następną opowieść.

  3. Jan M Fijor pisze:

    Jedziemy do Gruzji, Azerbejdzanu i Persji wiosną przyszlego roku, mam szansę się zrehabilitować. W maju Bogota, może tam się spotkamy? Napisz do mnie na priv, bo nie chcę się publicznie chwalić planami.

    pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *