Gruzini (dokończenie)

chat-dymki
0

      Gruzja to żywy portal społecznościowy. Poznajesz Twerolidze, on cię kieruje do Zubalashviliw, stamtąd jedziesz do Nany, ta pozna cię z Galą, która wyśle cię do Giguli – w ten sposób poznajesz kraj, jego ludzi i ich życie.

Gruziński fejsbuk

         Dwaj inżynierowie z Kazbegi, którzy przywieźli nas z gór z powrotem do Tbilisi nie byli wyjątkiem. Już w drodze okazali nam swą gościnność. Nie dość, że wzięli od nas grosze za benzynę, to na dodatek wielokrotnie zbaczali z drogi, pokazując nam dziwy Kaukazu, w tym cmentarz jeńców niemieckich, w większości spod Stalingradu, którzy stracili życie w trakcie prac przy budowie tuneli drogowych na Drodze Wojennej Tbilisi – Wladykawkaz. (Jest tych grobów od groma). Na koniec zawieźli nas na jędrne, soczyste szaszłyki baranie, za które zapłacili trzy razy tyle, co my im za drogę. Nie mówiąc o tym, że ukrytego w zaciszu leśnym, wybornego restauranu, bez ich pomocy nigdy byśmy nie znaleźli. Zaprosiliśmy ich w rewanżu na winko, ale się nie pokazali. Obstawili źle; nie wygrała ani Brazylia, ani Włosi, przegrani i zasmuceni pojechali do domu o suchych wąsach. Może to i lepiej, bo właśnie Katia oznajmiła, że otrzymaliśmy zaproszenie od Giguli i jutro wieczerom jedziemy do Batumi.

       Kim jest Giguli? Pojęcia nie miałem. Gruziński fejsbuk działał jednak bezbłędnie. Przed wyjazdem z gór zwierzyłem się Manoni, że

chcielibyśmy pojechać do Batumi, ale się wahamy. Nic na to nie powiedziała, czy to dobrze, czy źle, ale wiedziałem, że coś kombinuje, bo uśmiechała się tak tajemniczo, jak tylko mieszkanka Kaukazu potrafi. Tajemnica wyjaśniła się podczas śniadania. Wyglądało to mniej więcej tak. Katia zadzwoniła do Manoni zapytać ją, czy wszystko w porządku. Powiedziała jej, że ma pomysł, jak nas wysłać do Batumi. Rozmawiała właśnie z Galiną, która ma biuro podróży i zna się z Giguli, z Gonio, na południe od Batumi. Giguli ma w Gonio pensjonat (899 535 045, Gonio ul. Asparos 20), gdzie możemy się wygodnie i niedrogo zatrzymać. Prowadzą go z mężem, Shakro i synem, to porządni i gościnni ludzie, będziemy czuć się u nich jak w domu, ale gdyby nam nie odpowiadało, to ona ma też innych znajomych itd. itd. Co można robić w Gonio? Można kąpać się w morzu, obejrzeć średniowieczną twierdzę, wyskoczyć do Sarpi, a nawet do Turcji.

– Na pewno nie pożałujecie – powiedziała z entuzjazmem Katia. I jak tu odmówić?!

      Jeszcze tego samego wieczora wsiadamy do pociągu i jedziemy nad Morze Czarne. Bilet kupujemy do Batumi, ale stacją docelową jest Makhinjauri. Tam ma na nas czekać Shakro. Dlaczego nie w Batumi? Bo do centrum Batumi dojeżdżają tylko pociągi towarowe. Osobowe, w ramach programu ochrony środowiska, zatrzymują się 10 km przed Batumi, gdzie miejscowi wsiadają w marszrutkę, a turyści w taksi, aby dostać się do słynnego kurortu. Dlaczego pociąg towarowy chroni środowisko, a osobowy nie? Tego nie wie nikt, a nawet wiedzieć nie chce. Gruzini to nie Polacy, nie zadają zbytecznych pytań. My też przechodzimy nad tym dziwem transportu do porządku dziennego, tym bardziej, że nas oczekuje Shakro, mąż Giguli i właściciel pensjonatu. Shakro rzuca się w oczy z daleka. Jako jedyny kierowca na stacji w Makhinjauri ma mercedesa. Jest małomówny i trudno mu się dziwić, dochodzi 6 rano. Żeby zdążyć na pociąg, musiał wstać o 4,20. W drodze do Gonio mijamy opustoszałe miasto. Nie robi na mnie wrażenia. Michał nuci: Batumi, ej Batumi…

Kurort

            W czasach sowieckich był to jeden z ulubionych kurortów kraju. Ustępował, co prawda Soczi i Krymowi, ale miał swój niepowtarzalny urok; piękne dziewczyny wszelkich kultur i karnacji, wspaniałą herbatę i łagodny klimat. Po upadku komuny, w czasie rządów Szewardnadze, władzę nad miastem przejął rekiet. Batumi zasłynęło z regularnych bitew przeróżnych gangów i mafii. Jakby tego było mało, w sąsiedniej Abchazji wybuchła wojna. Turyści przestali przyjeżdżać, upadły hotele, pensjonaty, na reprezentacyjne bulwary wyszły krowy i kozy, zmieniając je w pastwisko czy wręcz stajnię. Secesyjne kamieniczki i wille rozpadły się, dziury w jezdni sięgnęły metra głębokości, skarłowaciały pola herbaciane, Batumi wyludniło się, kapitulując przed siłą zła i czasu. Marazm trwał mniej więcej do 2004 roku, czyli do wyboru na prezydenta kraju, Mikheila Saakaszwili.
          Przed młodym prezydentem (rocznik 1967) stanęło nie lada wyzwanie. W chwili jego wyboru, nie tylko zresztą w Batumi, spacerowanie po mieście po zmierzchu, bez kałasznikowa wymagało nie lada determinacji i odwagi. Nie lepiej było w Tbilisi, które przypominało Mexico City; miastem rządziła postsowiecka mafia, skorumpowani enkawudziści i krasnoarmiejcy. Byli bezczelni, bezwzględni, brutalni i bezkarni. Torpedowali jakiekolwiek reformy, terroryzując Gruzję.  I wtedy prezydent zdecydował się na odważny krok; jednego dnia rozwiązał wszystkie oddziały milicji, policji, sił porządkowych a nawet sił specjalnych, po czym rozpoczął rekrutację do tych instytucji od zera. Na Gruzinów padł strach. Przez trzy miesiące nie było w kraju policji czy nawet straży miejskiej. Obywatele organizowali się w oddziały samoobrony, pomagało wojsko, ale w końcu zaskoczyło. Dzisiaj stolica Gruzji należy do najbezpieczniejszych miast w regionie. I to jest największa, i jak dotąd jedyna zasługa naszego prezydenta, mówią Gruzini, nie zapominając, że to dzięki niemu z ulic miast, takich jak choćby Batumi zniknęli bandyci, reket, kozy i krowy, i rozpoczął się proces odbudowy.

        Miasto przeżywa renesans; wrócili turyści, a wraz z nimi hotelarze i przemysł rozrywkowy. Swoje siedziby w Batumi mają już: Sheraton, Hilton, buduje się Marriott, nocne kluby, kasyna, luksusowe limuzyny i apartamentowce. I chociaż rażą rozpadające się jezdnie w sercu miasta, kurz, gruz i walące się chałupy, Shakro uważa, że dobrze się dzieje. Boom w Batumi odbija się na dochodach mieszkańców Gonio i okolicznych wiosek, do których przyjeżdżają ci, których nie stać na Batumi.

Śniadanie u Giguli

         Po godzinie jazdy jesteśmy na miejscu. Shakro odprowadza mercedesa do garażu, stawia na ogrodowym stole półtoralitrową butelkę białego wina i oddala się bez słowa. Od czasu ataku serca, 20 lat temu, ma podwyższone ciśnienie, Giguli nie pozwala, aby był blisko wina. W Gonio, przy Asparos 20, szefową jest Giguli.

– Chinkali wy lubitie? – pyta na powitanie. Tęga, energiczna kobieta, w wieśniaczej chustce na głowie, o ciepłych mądrych oczach. Chinkali, chinkali – jasne, że lubimy. Wszystko liubimy. Jesteśmy głodni jak wilki. Tuszonki kupione jeszcze w Armenii nie nadawały się do spożycia. Całą podróż, 13 godzin pościliśmy. Musieliśmy wyglądać na głodnych, bo Giguli przygotowała śniadanie jak dla żniwiarzy: sześć dużych chinkali, jaja sadzone, pachnące pomidory z cebulą i placki z serem, mające jakąś egzotyczną nazwę, którą zapomniałem, ale smak pamiętam. My jemy, ona przygląda się nam z radością, pyta czy nam smakuje, potem dyskretnie telefonuje do Galiny i mówi: Prijechali. Potem zerka na resztę domowników; córkę z wnukiem, syna i Shakro. Lubi mieć wszystkich pod kontrolą. Kwestia przyzwyczajenia, przez 30 lat była nauczycielką.

             Giguli ma 60 lat, jej rodzinna ziemia to góry, pochodzi z Chrui w Adżarii, ale urodziła się już w Gonio. Po wojnie ojczyźnianej, cytrusy stały się modne, więc Stalin przeniósł całą rodzinę bliżej morza, gdzie rozwijali uprawę tych owoców. Dostali w wieczystą dzierżawę kilka arów w Gonio i uprawiali cytryny. Ziemi wiele nie było, więc kiedy się zorientowano, że Giguli ma dobrą pamięć i ciągnie ją do książek, posłano ją do szkół. Ukończyła Instytut Pedagogiczny w Batumi ze specjalnością geografia. Uczyła dzieci w przedszkolu, potem także w regularnej szkole. Zna świat, potrafi długo mówić o Brazylii, o której marzy, była w Turcji, w Iranie, niewiele brakowało, a pojechałaby do Ameryki. Zaproponowano jej wyjazd z delegacją, była jednak w ciąży z najstarszą córką, miała  komplikacje, lekarz odradził i musiała zrezygnować. Urodziła czwórkę dzieci, całe życie ciężko pracowała, a kiedy zmienił się ustrój, własnymi rękami, razem z Shakro, postawili pensjonat i żyją z turystów. Jednakże prawdziwe, wielkie życie Giguli zaczęło się 20 lat temu, gdy odzyskała wiarę w proroka.

        Urodziła się wprawdzie w rodzinie muzułmanów, ale gorliwą wierną nie była. W Związku Sowieckim Bóg nie był w modzie, ludzi wierzących władza ludowa nie lubiła, a już najbardziej nie lubiła muzułmanów. Ot, myślała o Bogu od czasu do czasu, raz nawet poszła do starego meczetu w Batumi, gdzie modliła się o szczęście dla rodziny, ale zrobiła to raczej z szacunku dla matki niż potrzeby serca. Dziś już wie, że życie bez wiary to życie marne, życie bez sensu. Zrozumiała to, gdy 20 lat temu, jej jedenastoletni podówczas syn zgasił przydomowe ognisko, zalewając płomienie benzyną. Lekarze nie dawali mu szans; oparzenie III stopnia B, z tego się nie wychodzi. Umrze, mówili Guguli. Chłopak miał poparzone ponad 80 procent ciała, ale ona wtedy ujrzała w myślach Allacha i wiedziała, że bez powodu Bóg jej się nie ukazał. To musiał być znak, że chłopiec przeżyje.

       Reanimacja syna trwała 4 miesiące, które spędziła przy jego łóżku szpitalnym na modlitwie. Siedem operacji, przeszczepy skóry twarzy, ramion i brzucha, trzy śmierci kliniczne, raz nawet umarł naprawdę, ale Giguli wetchnęła głęboko do proroka, więc po kilkunastu sekundach syn ożył. Od tego epizodu mówiło się na oddziale, że pojawiła się szansa. Jedna na milion – ostrzegał ordynator. Giguli wiedziała więc, że musi się modlić jeszcze żarliwiej. Shakro z tego wszystkiego dostał ataku serca, wpadł w depresję, a ona była pewna swego, ona wierzyła. Cała wieś jej pomagała, robili zbiórki pieniężne, składali się na leczenie chłopca i modlili. Wraz z przypływem wiary ludzi, w Alecu rosły siły. Kiedy więc przy szóstej operacji serce chorego stanęło, nikt nie miał wątpliwości, że zaraz ruszy. Ta siła udzieliła się doktorowi Meggi Kosiridze, ordynatorowi oddziału, na którym chłopiec przebywał. Odtąd i on coraz częściej czuł, że oto jest świadkiem cudu. A kiedy pewnego dnia powiedział Giguli: będzie żył, wyrośnie na zdrowego chłopaka, bo ty go wyleczyłaś, Giguli przyrzekła Bogu, że pozna jego wiarę i nigdy nie przestanie modlić. Wtedy nauczyła się arabskiego, przeczytała Koran i modli każdego dnia pięć razy; za rodzinę, wnuki, za dom, za naród, za Gruzję i świat. Od 20 lat nie opuściła ani jednej modlitwy, nawet wtedy, gdy  Shakro dostał zawału serca, córka rodziła jej pierwszego wnuka, albo gdy z mężem wylewali stropy swego pensjonatu, a właśnie nadchodził huragan. Jest spokojna, szczęśliwa i spełniona. Na pytanie, jaka jest jej recepta na szczęście, Giguli, wiejska nauczycielka z Gonio mówi:

– Trzeba być uczciwym człowiekiem, kochać, pracować, a do tego ryzykować, nie bać się, przeć do przodu i modlić, Bogu to wystarczy; da ci siłę i będziesz szczęśliwy.

         Mimo iż od spotkania z Giguli upłynęło pół roku, wciąż ciepło wspominam jej chinkali, chichertmę, domowe wino, a zwłaszcza rozmowy o życiu. Więc jeśli kogoś nurtują zakamarki losu, niech odwiedzi Gruzję, Gonio i Giguli. Tam o niego zadbają, doradzą i poczuje w sobie moc. Ja w każdym razie wiosną jadę znowu.

Jan M Fijor

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *