Czy warto dyskryminować?

chat-dymki
1

Autor: Walter Block
Tłumaczenie: Monika Sznajder
Źródło: mises.org

[Artykuł traktuje o książce The Case for Discrimination]

W dawnych czasach stwierdzenie, że człowiek potrafi dyskryminować było uważane za komplement. Świadczyło to bowiem o czyjejś umiejętności rozróżnienia pomiędzy tym, co kiepskie i przeciętne a tym, co dobre i wyśmienite. Owa umiejętność pozwalała człowiekowi prowadzić lepsze życie.

Dzisiaj, w czasach poprawności politycznej, pojęcie dyskryminacji sugeruje nienawiść rasową lub/i płciową. Przywołuje ono skojarzenia z linczowaniem niewinnych, wieszaniem czarnoskórych za zbrodnie, których nie popełnili, a w ekstremalnych przypadkach jest postrzegane jako postulowanie niewolnictwa. Taka przynajmniej była reakcja w stosunku do kandydata na senatora Randa Paula, kiedy stwierdził, że pewne części Aktu Praw Obywatelskich z 1964 r. są niewłaściwe.

Senator Paul próbował powiedzieć, że o ile bezprawnym ze strony rządu byłoby dyskryminowanie w oparciu o płeć lub inne kryteria, to jednak możliwość okazywania tego typu poglądów przez jednostki jest podstawowym elementem prawa do własności prywatnej. Gdyby tak nie było, zatracilibyśmy ważny element pojęcia wolności.

Oburzenie wywołane tym rozsądnym podziałem było tak ogromne, że dr Rand Paul uznał konieczność wycofania tego stwierdzenia. Prawda i sprawiedliwość są naszymi jedynymi kryteriami, a nie zranione uczucia dziennikarzy. Jest oczywiste, że dyskryminacja ze strony osób indywidualnych — ale nie państwa — jest elementem naszej przyrodzonej wolności.

Gdyby tak nie było, przymusowa biseksualność byłaby logiczną sugestią ruchu przeciw dyskryminacji. Dlaczego? Heteroseksualni mężczyźni dyskryminują nikczemnie połowę rasy ludzkiej, czyli wszystkich innych mężczyzn jako partnerów do łóżka, seksu, małżeństwa. Kobiety heteroseksualne również nie są bez winy: one tak samo wyrzekają się połowy ludzkości w wymienionych aspektach ludzkiej aktywności. A czy homoseksualni mężczyźni mogą odeprzeć takie oskarżenie? Nie — oni też nie chcą mieć nic do czynienia z żadną kobietą w tych dziedzinach życia. Podobnie jest w przypadku homoseksualnych kobiet, lesbijek — zepsutych istot, które również ośmielają się unikać wiążących układów powyższego typu ze wszystkimi facetami — czyli połową rasy ludzkiej.

Toteż, wyłącznie jednostki biseksualne nie mogą być posądzone o dyskryminację. Są jedynymi uczciwymi osobami w całym seksualnym spektrum, które powstrzymują się od tego typu złych praktyk. (Abstrahujemy obecnie od faktu, że biseksualiści także mogą dyskryminować innych, ze względu na takie kryteria, jak: uroda, wiek, poczucie humoru itd.)

W związku z tym, jeżeli konsekwentnie chcielibyśmy wystąpić przeciwko dyskryminacji w kwestiach osobistych wówczas wszyscy przeszlibyśmy na biseksualizm. Ponieważ jednak tak nie czynimy, logiczną implikacją jest, że powinniśmy zostać do tego zmuszeni. Dlatego, jeśli wycofamy się z tej myśli, to będzie to oznaczało, że wyrażamy cichą, lecz aktywną zgodę na dyskryminację, co z pewnością stanowi jedną z najgorszych rzeczy w politycznie poprawnym świecie.

Niektórzy mogą argumentować, że prawa działające przeciwko dyskryminacji powinny dotyczyć tylko interakcji w biznesie, a nie w sferze osobistej. Ale dlaczego miałyby obowiązywać tylko w handlu, a nie w relacjach międzyludzkich? Jeżeli istnieje coś takiego, jak prawo do nie podlegania dyskryminacji, to dotyczy ono wszystkich dziedzin ludzkiej egzystencji, a nie tylko świata rynku. Jeżeli mamy prawo do życia i do własności — a mamy takie prawo — wówczas przenika ono przez wszystkie sfery ludzkiego istnienia. Morderstwo, tak jak i kradzież, popełnione w domu jest tak samo nieuprawnione, jak to dokonane w sklepie.

Faktem jest, że dzisiejsze prawo przeciwko dyskryminacji nie obowiązuje w całej sferze handlowej. Jest uzależnione od „władzy”, konceptu raczej pozbawionego sensu przynajmniej, kiedy mowa o jego użyciu przez naszych lewicowych przyjaciół.

Na przykład, jeżeli odczuwam nienawiść do Chińczyków i w związku z tym nie bywam w ich restauracjach, to nie łamię prawa. Jednakże, jeżeli właściciel chińskiej restauracji gardzi Żydami, wówczas nie ma prawa zakazać im przychodzenia do jego lokalu. Dlaczego? Ponieważ sprzedawcy w tym przypadku mają rzekomo większą „władzę” niż kupujący.

Nie zawsze jednakże sytuacja wygląda w ten sposób. Jeśli jakiś większy nabywca — niech będzie to Walmart — odmówiłby zakupu towaru od firmy prowadzonej przez kobietę, kierując się chęcią dyskryminacji ze względu na płeć, nie uszłoby mu to na sucho.

Dlaczego „władza” w tym chybionym sensie określa legalność decyzji podejmowanych w gospodarce? Jasne jest przecież, że pozbawiony „władzy” mężczyzna, w znaczeniu bycia biednym, nie miałby prawa dokonania gwałtu na kobiecie „u władzy”, czyli bogatej. A może tak nie jest?

Często wysuwany argument przeciwko dyskryminacji brzmi: a co jeśli wiele osób — albo co gorsza większość — zacznie dyskryminować mniejszość, to co wtedy? Na przykład, załóżmy, że biali ludzie nie zgadzają się na wynajmowanie pokoi hotelowych czarnoskórym, albo że nie chcą ich zatrudnić. W takiej sytuacji dyskryminowani ludzie poddani by byli krzywdzącemu cierpieniu.

Ten argument jednak jest ekonomicznie głupi. Jeżeli biali ludzie zbojkotują w taki sposób czarnych, wówczas system wolnego rynku stanie w obronie tych ostatnich. W jaki sposób? Jeśli właściciele posiadłości nie będą wynajmować lokali czarnoskórym, to wzrosną zyski z tej działalności, a wtedy wykorzysta ten fakt inny przedsiębiorca, zapewniając podaż w tej sferze rynku.

Podobnie jest na rynku pracy. Jeżeli biali ludzie odmówią zatrudnienia czarnym, to ich zarobki spadną poniżej poziomu, który ustaliłby się w przeciwnym przypadku. Taka sytuacja stworzy duże szanse na zysk komuś — niezależnie czy białemu, czy czarnemu — kto da zatrudnienie tym ludziom. Innymi słowy: dyskryminacja, ze względu na konieczność płacenia wyższych pensji, nie wytrzymałaby konkurencji. Niestety w okresie obowiązywania praw Jima Crowa powyższy scenariusz nie spełnił się na południu kraju, kiedy czarnoskórzy zmuszeni byli zajmować siedzenia na tyłach autobusu. Dlaczego nie? Ponieważ wejście na rynek przewozów autobusowych było ściśle ograniczone przez siły polityczne odpowiedzialne właśnie za te karygodne zasady. Jeśli zakazanie siedzenia w autobusie czarnoskórym tam, gdzie chcą, byłoby skutkiem prywatnej dyskryminacji, wówczas dyskryminacja szybko by zniknęła, ponieważ inne, konkurencyjne firmy wygrałyby walkę o klientów.

Z takimi właśnie pytaniami zmaga się ta książka. Mam nadzieję, że rzuci światło na wspomniane

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Refael72 pisze:

    Dodatkowo niektóre formy dyskryminacji paradoksalnie działają na korzyść osób dyskryminowanych. Na przykład profesor politechniki, który uważa, że „baba to nie inżynier” i stawiający wyższe wymagania kobietom dla wystawienia tego samego stopnia w indeksie zmusi je do lepszego przyswojenia wiedzy, a co za tym idzie wykształci lepszego inżyniera-kobietę niż wspieranego „prawdziwego” (w jego mniemaniu) inżyniera-mężczyznę. W efekcie „dyskryminowana” studentka będzie lepszym czyli bardziej poszukiwanym pracownikiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *