Niewidzialna śmierć

chat-dymki
5

Afryka 2011 (I)

         Paradoks epidemii AIDS/HIV w Afryce polega na tym, że najwyższe wskaźniki zachorowania notuje się w krajach o najwyższym standardzie życia, a więc w RPA, Botswanie czy Namibii. I odwrotnie, tam gdzie stopa życiowa niska, a więc w obu Kongach, w Burundi, czy w Republice Centralnej Afryki, wskaźnik zachorowalności jest niższy. W spauperyzowanym przez inflację Zimbabwe – liczba „ofiar epidemii”, jak eufemistycznie określa się chorych na tę straszliwą chorobę, spada, zaś w krajach, w których gospodarka się poprawia – ostatnio należy do tej grupy: Zambia, Gabon, Malawi, Uganda czy Mozambik – zachorowalność, proporcjonalnie do tempa rozwoju gospodarczego, rośnie.

Polityczna poprawność

       Na temat AIDS nikt właściwie nie chce w Afryce rozmawiać. Najmniej sami zainteresowani, czyli chorzy. Na każdym kroku słyszy się, że ci którzy mogliby najwięcej pomóc, mają ręce związane. Lekarze, nauczyciele, media, a nawet misjonarze czy księża, skarżą się na swoistą poprawność polityczną, która zabrani im mówienia wprost o chorobie czy tym bardziej o jej przyczynach. AIDS to nie jest temat, o którym mówi się z kimkolwiek, nawet z lekarzem, nawet z rodziną. Stróż budynku, w którym zatrzymaliśmy się w Lusace stracił z powodu AIDS w ciągu kilku lat brata, trzy siostry i matkę. Jego zdaniem  odeszli oni na  malarię albo gruźlicę. Na AIDS nie umiera nikt. 

        Pewnie dlatego z epidemią choroby jest jak z inflacją. Wiadomo, że istnieje, nie wiadomo jednak skąd się wzięła i po co. Wiadomo wprawdzie, że jest czymś złym, ale jednocześnie uważa się, że czymś na co człowiek – zarówno ofiara choroby, jak i jej sprawca – nie ma wpływu. Traktowana jest bowiem jak zjawisko przyrody – gradobicie albo tsunami.  Przekleństwo albo zrządzenie losu, których nie zmienimy. Nietrudno więc zrozumieć, dlaczego pracownik poczty w Hwange (Zimbabwe) uważa, że AIDS to przypadłość Afryki; dlatego właśnie – wyjasnia pocztmistrz – pierwsza litera skrótu „AIDS,, pochodzi od słowa „Africa”.

        Nie prowadziłem na ten temat jakichś dogłębnych badań, ale już na pierwszy rzut oka widać, że cała propaganda anty-AIDS sprowadza się do…reklamy prezerwatyw, gdy tymczasem właśnie prezerwatywy – zdaniem siostry Ewy, polskiej misjonarki opiekującej się m.in. ośrodkiem dla sierot po AIDS na obrzeżach stolicy Zambii, Lusaki – rodzą najwięcej zagrożeń. Wiele się po nich wszyscy spodziewają, jednakże bywają mocno zawodne. Żadna inna metoda profilaktyczna, na czele z nauczaniem wstrzemięźliwości, nie ma w pojedynku z prezerwatywami szans – zwraca uwagę inna misjonarka, siostra Urszula. W ośrodku, w którym pracuje, dzięki nauczaniu wstrzemięźliwości udało się w ciągu zaledwie trzech lat obniżyć wskaźnik zachorowań w grupie wiekowej 13-18 lat, o połowę.

Mimo to, jeśli jakaś europejska czy amerykańska NGO ma środki na sfinansowanie programu profilaktycznego, to raczej na pewno wybierze rozdawnictwo prezerwatyw, a nie działania propagujące zmianę stylu życia, właśnie wstrzemięźliwość, która – zauważa s. Urszula – „poprawnym politycznie aktywistom międzynarodowym źle się kojarzy”.

         Strategia walki z epidemią AIDS/HIV przypomina większość europejskich czy amerykańskich programów pomocowych, które zamiast uczyć odpowiedzialności i samowystarczalności, rozdają kasę, która w części ląduje w portfelach lokalnych klik politycznych, w części pokrywa ekstrawaganckie wydatki na luksusowe utrzymanie pracowników organizacji międzynarodowych i NGO.

Sto weekendów!     

            Epidemię AIDS porównać można do zjawiska bezdomności. Zarówno chory na AIDS, jak i  bezdomny w dużym stopniu sami wybierają swój los. Ten ostatni mógłby znaleźć schronienie w przytułku, ale tam pijanego nie przyjmą. Woli więc marznąc pod mostem i gnić z brudu, niż  zrezygnować z alkoholu.

         AIDS to także wybór. To konsekwencja kompletnej beztroski seksualnej i to za cenę własnego życia. Mimo całej poprawności politycznej i udawania, że król nie jest nagi, powszechnie wiadomo, iż w Afryce główną przyczyną zarażenia jest swawolny i intensywny seks. Wprawdzie Mister Taya, weterynarz z Francistown, a więc człowiek nowoczesny, przedstawiciel middle class oburza się:

– Ja tego nie kupuję! Moja prababka, babka, dziadek, ojciec też uprawiali seks. Mimo iż nie wiedzieli nawet co to prezerwatywa na AIDS nie zachorowali. To nie może być seks. To musi być coś innego!  W duchu jednak dobrze wie, że sam jest nosicielem wirusa HIV, którym zaraził się od prostytutki w Gabarone; bardzo mu się chciało, a akurat nie miał pod ręką prezerwatywy i stało się. A zresztą, czy można zadbać o zdrowie mieszkając w kraju, w którym zarażonych wirusem jest prawie połowa dojrzałych kobiet, włącznie z żoną weterynarza, każdą z kilkunastu jego kochanek, a pewnie i córką, do której pan Taya też się czasem dobiera?

         „Zrób coś ze sobą. Zostało ci zaledwie dwa lata życia” – skłamał jednemu z parafian o. Marek Marciniak z parafii św. Franciszka z Asyżu w Kasane, na granicy botswańsko – zambijskiej , po tym, jak kilka tygodni temu dowiedział się od zaprzyjaźnionego medyka, że jednemu z parafian, choremu na AIDS mężczyźnie pozostał co najwyżej rok życia.

– Cool! To super! – zawołał – rok to przecież 52 tygodnie! Mam więc przed sobą aż 100 weekendów seksu! Czy ty wiesz, ojcze, ile to radochy?! W każdy weekend 3-4 dziewczyny!

        Dla przeciętnego mieszkańca Botswany taka rozpusta to żaden problem. Dobrej pracy nie brakuje. Mają pieniądze, szybki samochód, komórkę, w każdej chwili jest kontakt, można podjechać tu czy tam, zaprosić do pubu. Jednej postawi piwo, drugiej kupi błyskotkę, w najgorszym przypadku, wciśnie za stanik 20 pula i jest jego. Kobiety to lubią, zresztą same nie są z kamienia.

        Czy trudno się dziwić, że rejon o którym mowa jest światowym centrum zachorowań na AIDS; że cierpi na tę chorobę aż 57 procent populacji, której średnia wieku ledwie przekracza 30 lat, z czego i tak połowa to dzieci; sieroty po zmarłych ofiarach AIDS. Cztery na pięć matek rodzących dzieci to kobiety z wirusem HIV. Jak na Afrykę są wybrańcami losu, bo urodzili się w Botswanie, gdzie panuje dostatek i mądry rząd, a przede wszystkim zapewniona jest dobra opieka medyczna i darmowe lekarstwa przeciw wirusowi AIDS. Można tam przeżyć zakażonym nawet 20 lat. W sąsiednim Zimbabwe, czy Zambii – gdzie rząd zapowiada wstrzymanie rozdawnictwa darmowych lekarstw – oczekiwanie na wyrok śmierci jest znacznie krótsze – dwa, góra trzy lata.  

       Jak można pomóc żyć komuś, kto sam nie chce żyć? Dlaczego życie ludzkie jest w Afryce w takiej pogardzie? – pyta o. Marciniak z Mosiny k/Poznania, chowając do grobu każdego tygodnia coraz to młodszych swoich parafian.

Cdn.

Jan M Fijor

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Kamil Przeorski pisze:

    Janek, ciekawi mnie dlaczego na pierwszy rzut poruszyłeś ten dość trudny temat AIDS i śmierci? 🙂 Skąd akurat taki tekst o Afryce na początek?

    „Jak można pomóc żyć komuś, kto sam nie chce żyć? Dlaczego życie ludzkie jest w Afryce w takiej pogardzie? ” – ciekawe skąd bierze się taka mentalność ludzi.

    Napisałbym coś mądrego na temat, ale Afryka dopiero przede mną. Czekam na dalsze teksty relacji co, jak i gdzie 🙂

    Serdecznie pozdrawiam,
    Kamil

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Bo mnie to boli, zastanawia. Nie rozumiem tego. Poza tym odpowiedź na postawione tu pytania określi przyszlość tego kontynentu. A ja Afrykę lubię i chyba czuję.

    pozdrawiam

  3. Cokeman pisze:

    Czyli rozwiązłość seksualna wzmacnia epidemie AIDS.
    W takim razie dlaczego ten problem nie dotyka w takim stopniu zdemoraliwoanej EU czy nawet USA jak dotyka biedną Afrykę?
    Jeśli brak wstrzymięźliwości naraża na AIDS mimo stosowania prezerwatyw to w amerykańskich akademikach powinny być chyba sami zakażeni.

  4. Jan Fijor pisze:

    Sprawa jest nieco bardziej złożona, o czym wkrótce napiszę.
    pozdr
    jmf

  5. Michał Januszczak pisze:

    Coś w tym jest, że wzrost dobrobytu bezpośrednio przekłada się na zachowania „ryzykowne”. Faktycznie nuda potrafi być zabójcza, a szukanie ucieczki od nudy może przybierać różne formy. Dla mnie taką formą sportu ekstremalnego są wszelkie misje charytatywne(kościelne czy świeckie bez różnicy) czy jakakolwiek forma pomocy humanitarnej. Przecież jeżeli miejscowi nie będą chcieli się zastanowić nad swoim problemem, to jak trafnie jest to opisane w tekście, nikt im nie pomoże. Będą dalej zarażać się nawzajem wirusem HIV, bo mają pełne żołądki oraz nadmiar gotówki. Niczym nie różni się to od równie wielce nieodpowiedzialnego zachowania ludzi z Zachodu. Przyjeżdżają do Afryki nie dla tego, że w ich krajach nie ma potrzebujących ludzi(nie mówiąc już o innych palących potrzebach), ale dlatego, że pomoc chorym na AIDS to rodzaj ruletki(przecież zawsze można się zarazić, ale można też wrócić z takich wakacji zdrowym), w której wielu graczy trwoni bezsensownie swoje środki tylko po to, by na chwilę dostarczyć sobie dreszczyku emocji(oczywiście mają do tego pełne prawo). Dopóki Murzyni sami nie poproszą o pomoc, w sensie nie doszukają się problemu we własnym zachowaniu, dopóty wszelka pomoc dla tego kontynentu jest zwykłym interwencjonizmem, tyleż szkodliwym co zbędnym.

    Odpowiedź na pytania o. Marciniaka jest prostsza niż by się to mogło wydawać i brzmi: bo tak chcą. I nic nikomu do tego jakie życie dla siebie wybierają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *