Srodowisko g…mnie obchodzi

chat-dymki
11

Michael O’Leary, szef Ryanaira, mówi o wizerunku firm dbających o ekologię, o konkurencji oraz o własnych planach na przyszłość.

 Lotnisko w Dublinie, mały biurowiec na jego skraju. Przy wejściu leżą worki ze śmieciami, odrapany stół w recepcji czasy świetności ma już dawno za sobą. 49-letni Michael O’Leary, ubrany w dżinsy, tenisówki, rozpiętą pod szyją koszulę i sportową kurtkę, wchodzi pośpiesznie do środka, chwyta leżącą na stole pocztę, po czym znika w drzwiach.  Piętnaście minut później szef tanich linii lotniczych Ryanair siada w swoim odrapanym biurze, popijając cappuccino z papierowego kubka, i mówi, że ma dla nas pięć minut. Rozmowa jednak znacznie się przedłuża.

Süddeutsche Zeitung: Leciał pan business class?

Nie, korzystam z niej wyłącznie na długich trasach. Byłoby to bez sensu, nie oferuje ona i tak nic więcej. Podczas krótkich lotów chcę jedynie pojechać na lotnisko i odlecieć. Niepotrzebna mi 50-letnia stewardesa podająca szampana, którego i tak nie mogę pić, bo jestem w drodze do pracy.

Pan próbował kupić irlandzkie linie Aer Lingus.

Tak, ale o dziwo Bruksela mi na to nie pozwoliła. Podobno to źle dla klientów, że obniżylibyśmy ceny.

Bruksela prowadzi więc kiepską politykę w przemyśle lotniczym?

Nie tylko tam, zła polityka Brukseli widoczna jest we wszystkich dziedzinach przemysłu. Próbuje się dokonać deregulacji branży, ale ta z końca lat siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych była korzystna dla klientów, ceny biletów coraz bardziej spadały. Obecnie mamy owe zwariowane wytyczne, nakazujące nam płacić odszkodowanie, gdy lot się nie odbędzie.

To słuszne, skoro zostawiacie ludzi na lodzie.

Ale dlaczego mamy płacić, jeśli to nie wina linii?

Bo zobowiązaliście się przetransportować pasażerów.

To prawda, ale wymieniłem tu tylko jeden przykład wytycznych, nakazujących płacić odszkodowanie komuś, kto niczemu nie jest winien.

A co mają zrobić pasażerowie, którzy w nocy lądują nagle na jakimś przypadkowym lotnisku?

Powinni sobie poszukać hotelu. Co my mamy z tym wspólnego? Londyńskie lotniska w grudniu zostały zamknięte, bo nie były w stanie odśnieżyć pasów startowych. Dlaczego ja mam za to płacić? Kontrolerzy lotów w Niemczech, Francji czy Hiszpanii regularnie podejmują strajki – ja przecież nie mogę nic na to poradzić. (…)

Denerwujecie pasażerów, wprowadzając coraz to nowe opłaty za bagaż, a nawet za możliwość odprawiania się online. To się kiedyś na was zemści.

Zanim zaczęliśmy żądać tych opłat, 80 procent naszych pasażerów miała ze sobą torby – teraz ma je jedynie 20 procent. A więc 60 procent zabierało ze sobą bagaż, który nie był im wcale potrzebny. Praktycznie wszyscy pasażerowie odprawiają się online, oszczędzając w ten sposób czas spędzany na lotnisku i ma ze sobą jedynie bagaż podręczny. Samoloty odlatuję dzięki temu punktualnie, a ceny są niższe.

Uważa pan, ze to w porządku żądać sześciu funtów za odprawienie bagażu online?

Tak.

My nie.

A kogo obchodzi, co wy myślicie? Mam 78 milionów pasażerów, którzy twierdzą coś wręcz odwrotnego.

Co jednak nie znaczy, że im się to bardzo podoba.

Ale jakie panowie macie argumenty? To przecież wasz wybór, czy wybierzecie nasze linie, czy nie. Proszę jednak nie przychodzić tu i nie oznajmiać mi, iż popełniamy błąd, skoro 78 milionów pasażerów mówi, że racja jest po naszej stronie. Macie jeszcze jakieś skargi?

(…) Nie niepokoi pana globalne ocieplenie?

Nie.

Bo nic takiego nie ma miejsca?

To byłoby za dużo powiedziane, nie udowodniono tego. Nie podważam faktu, że zmiany klimatyczne mają miejsce, jest jednak rzeczą charakterystyczną, iż lobby ekologiczne nie mówi już o ociepleniu, ale właśnie o zmianach. Świat w ciągu ostatnich dziesięciu lat nie stał się cieplejszy, od 1950 do 1975 roku temperatury raczej spadały, zaczęły rosnąć dopiero przez następne 25 lat. Uważam za skrajną arogancję ze strony lobby ekologicznego, które inaczej składałoby się z masy bezrobotnych naukowców, twierdzenie, że przepowiedzieli rzekomo ocieplenie w kolejnym 50-leciu. Nie zgadzam się z tą prognozą.

Czy podniesienie w Niemczech podatku lotniczego nie stało się dobrym pretekstem do skasowania lotów na mało opłacalnych trasach?

Nie, ja chciałem zwiększyć ich liczbę. Dopiero teraz z tego zrezygnowaliśmy, bo zrobiło się za drogo. (…)

Kiedyś stopy wzrostu w Ryanair zmaleją.

Jasne, to dzieje się już teraz. Zaczynaliśmy od 20 procent, potem było 15, w zeszłym roku 11, a w tym będzie może dziewięć procent. W najbliższych dwóch latach stopy spadną do siedmiu, pięciu procent. Ale proszę nie zapominać, że mamy już 280 samolotów.

Jaki wzrost jest realistyczny?

Zależy od tego, ile kupimy samolotów, ale sądzę, że jakieś trzy do pięciu procent.

Pertraktuje pan z Boeingiem?

Nie, Boeing musi teraz sam do nas przyjść. Uzgodniliśmy wszystko: ceny, czas dostawy. Ale potem zaczęło nagle chodzić o to, co napisane jest małym drukiem: gwarancje i tak dalej, płatności z góry.

Ile by pan zapłacił?

Niedużo. Mogę powiedzieć, ale zaraz potem będę musiał panów zabić.

Mógłby pan kupić samoloty w Rosji albo Chinach.

Rozmawiałem z producentami z obu krajów. Są bardzo zainteresowani współpracą z Ryanair. W tych samolotach i tak jest w większości zachodnia technologia: kokpit, mechanizmy napędowe. Ale żaden z owych producentów nie przyszedł na razie do nas z możliwą do zaakceptowania propozycją cenową, nie mamy również pewności, czy punktualnie wywiązaliby się z dostawy. W tej chwili mają do zaoferowania jedynie piękne foldery, do prawdziwego samolotu droga jeszcze daleka. Nawet gdyby zjawili się tu jutro i zaproponowali nam superdeal, nie miałoby to sensu, póki nie byłbym pewny, czy będą rzeczywiście gotowi do 2016 roku.

Jeśli pańska firma będzie rosnąć jedynie o trzy procent rocznie, czy nie będzie trzeba rozejrzeć się za nowymi rynkami?

Aha, a za czym na przykład?

Więcej pasażerów podróżujących służbowo, centralnie położone lotniska.

Już dziś 30 procent naszych klientów to osoby latające służbowo. Ale mnie przecież wszystko jedno, jaki jest charakter ich podróży, jaka to różnica? Business class w ciągu najbliższych pięciu, dziesięciu lat i tak w Europie całkowicie zniknie. Na krótkich trasach nie ma ona żadnego sensu, stanowi jedynie triumf marketingu nad zdrowym ludzkim rozsądkiem.

A więc niczego nie trzeba zmieniać?

Nie, od czasów Adama Smitha, czyli od końca XVIII wieku, obowiązuje zasada: przedsiębiorstwa rozwijają się, jeśli obniżają ceny. Co wobec tego miałbym zmieniać?

Ale ceny w tej chwili wcale nie spadają, choćby z powodu podatków. A koszty paliwa stale rosną, co uderza mocno w tanie linie.

Nie, w każdym razie nie w przypadku Ryanair. Mamy dużo wyższe marże niż Lufthansa, Air France czy BA. A przy każdej podwyżce cen paliwa oni, w przeciwieństwie do nas, zwiększają dopłaty. U nas rosną wtedy ceny biletów.

Co na jedno wychodzi.

Nie. Jeśli dziś rezerwuje pan bilet, na każdej z tras, jakie obsługuje Ryanair, w najbliższych dwóch, trzech tygodniach dostanie pan cenę niższą, niż wynosi dopłata w Lufthansie. Dzieje się rzecz następująca: kiedy inne linie stają się jeszcze droższe, pasażerowie uciekają do nas, gdzie – co za szok! – muszą zapłacić ekstra za bagaż.

Co było pańskim najgorszym doświadczeniem w ciągu ostatnich dziesięciu lat?

Hm… (długa przerwa). Nie wiem. Popełniłem sporo błędów, ale głównie niewielkich.

Jaki był największy?

Kilka lat temu pomyliliśmy się w kwestii zapewnienia paliwa. Ale skorzystaliśmy na tym, gdy ceny później spadły. Nie potrafię przypomnieć sobie jakiegoś kardynalnego błędu. Moją największą troską była zawsze sprawa bezpieczeństwa, za nic w świecie nie chciałbym doświadczyć wypadku w naszych liniach. Z tego powodu miewam bezsenne noce. Chcę być pewien, że dysponujemy najnowszymi maszynami i dużo inwestujemy w ich przeglądy.

Jak zareagowałby pan, gdyby jednak zdarzyło się coś złego?

Starałbym się tak dobrze, jak to tylko możliwe, opanować sytuację. Ćwiczymy to dwa razy w roku, ale dopóki nic się nie wydarzy, nie będziemy wiedzieć, czy ów system działa dość sprawnie, czy nie. Nie latamy w nocy, piloci i personel pokładowy mają korzystne godziny pracy. Załoga nie nocuje w hotelach. I latając do 27 krajów, nie mieliśmy jeszcze żadnego wypadku.

Jak opisałby pan swój styl kierowania ludźmi?

Ciepły, wrażliwy, pełen empatii.

Potrafi pan pracować w zespole?

Tak, wszyscy mnie kochają, niech pan popyta innych.

Decyzje podejmuje pan jednak sam.

Nie jestem pewien. W każdy poniedziałek o 8.30 rano mamy spotkanie kierownictwa z udziałem wszystkich menedżerów. Dyskutujemy wtedy o wszystkim i podejmujemy decyzje. Często forsuję własne zdanie, ale nie zawsze, staramy się decydować jednomyślnie, a potem szybko realizować to, co postanowimy. Nigdy nie zatrudnialiśmy doradców – są kompletnie bezużyteczni, gdyby byli dobrzy, sami zrobiliby coś sensownego. Ludzie, którzy są dobrzy w tym, co robią, działają, pozostali doradzają.

A kiedy pan przestanie działać?

Za dwa, trzy lata.

Mówi pan to już od sześciu lat.

Szczerze powiedziawszy, od dwudziestu. Ale poważnie: za dwa, trzy lata chyba naprawdę tak się stanie. Bo kiedy wzrost przyhamuje do trzech, czterech czy pięciu procent rocznie, a Ryanair wraz z Lufthansą, BA i Air France stanie się jednym z czterech wielkich europejskich towarzystw lotniczych, potrzebny będzie inny styl zarządzania niż ten, który ja reprezentowałem przez ostatnie dwadzieścia lat.

Dlaczego pański styl przestanie się sprawdzać?

Kiedy firma szybko się rozwija, ludzie na wiele jej pozwalają. Mogę powiedzieć: jeśli nie podobają się panu opłaty bagażowe, proszę zamknąć gębę i spadać. W zmienionej sytuacji musiałbym być może powiedzieć, że pańskie obawy są mi bliskie i jest mi bardzo przykro z tego powodu. To nie wchodzi w rachubę.

Byłoby to dla pana nudne.

O tak, śmiertelnie. I musiałbym opowiadać ludziom kłamstwa w rodzaju: tak, jesteśmy ogromnie zaniepokojeni stanem naturalnego środowiska. Tymczasem ono gówno mnie obchodzi. Bardziej interesuje mnie to, że ropa kosztuje sto dolarów, dlatego chcę jej kupować jak najmniej. Każda firma, która uprawia politykę proekologiczną, robi jedynie z ludzi głupków. To jest bzdura rodem z działu marketingu.

Pańskie kosmiczne pomysły – opłaty za korzystanie z toalet, stojące miejsca w samolotach i tym podobnie – były chyba tylko próbą zwrócenia na siebie uwagi. Czy może nie?

Opłata za ubikację to sprawa absolutnie poważna i inteligentna. Nasze loty trwają średnio godzinę. W samolotach mamy po trzy toalety, a ja chętnie zmniejszyłbym ich liczbę do jednej. Wtedy mógłbym zmieścić sześć dodatkowych miejsc i jeszcze raz obniżyć ceny o pięć procent.

Tym samym dyskryminowałby pan starszych mężczyzn, którzy muszą często korzystać z toalety.

Kiedy na lotnisku w Dublinie idę do ubikacji, muszę za to zapłacić. W całej historii toalet publicznych były one zawsze płatne, dlaczego zresztą miałoby być inaczej? Ale okay, jeśli pan chce, pieniądze, jakie zarobię na swojej jednej toalecie, przekażę organizacji dobroczynnej troszczącej się o starszych mężczyzn ze słabym pęcherzem.

A pomysł z miejscami stojącymi?

No, to prawda, nie mówiłem o tym poważnie. Tak się pewnie nie stanie, ale PR był doskonały.

Podobnie będzie z pańskim żądaniem, by zrezygnować z jednego z dwóch pilotów.

Nie, to akurat kiedyś nastąpi, tak samo jak samoloty bez pilotów. To są jedynie taksówkarze, z których zrobiono bohaterów. W Irlandii pilotom wolno latać tylko przez 900 godzin rocznie – czyli 18 godzin tygodniowo, a zarabiają 200 tysięcy na rok.

To kwestia bezpieczeństwa.

Jasne, ale oni latają tylko przez 18 godzin w tygodniu. Powinni więc się dobrze wysypiać. Jednego pilota będzie się zatrudniało dopiero wtedy, gdy samoloty de facto będą latać same, jak te bezzałogowe nad Irakiem. Potrzebna do tego technologia już istnieje. Pilota będziemy potrzebować po to, by patrzył, czy drzwi do płatnej toalety się nie zacinają.

Jens Flottau, Andreas Oldag

 Süddeutsche Zeitung

Pobrano z Onet.pl

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. trux pisze:

    Z tymi opłatami za toalety to trochę przegięcie.
    A Dublinie na lotnisku nie ma żadnych opłat, więc pan Michael O’Leary minął się trochę z prawdą. Reszta argumentów całkiem sensowna, jednak ja wolę linie AerLinus bo bilety niewiele więcej kosztują a komfort jest wyższy.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    I o to chodzi, żebym jeden miał taniej, bo woli, a drugi drożej, bo też woli. Mnie sie facet podoba, zwłaszcza gdy mówi, że liczy się głos 78 milionów pasażerów. Poza tym pokazuje, jak bardzo marnotrawne są linie „państwowe” .

    Ukłony

  3. uri_brodsky pisze:

    Z sensem mówi.

  4. Piotrek pisze:

    Toaleta w samolocie, to sprawa awaryjna. W samochodach osobowych nikt ich nie montuje, a w autokarach są zamknięte i sprawy załatwia się na postojach. Większość lotów trwa krócej, niż przerwy na trasie autokaru.

    Dla mnie podstawą jest, żeby nie śmierdziało i nie było brudno.

  5. stoper pisze:

    dokładnie, utrzymanie toalety wiąże się z kosztami (również z tymi poniesionymi przez zajęte miejsce – koszt alternatywny). A tak ludzie mają świadomość, żeby się załatwić „dokładnie” przed lotem, co powoduje znaczne obniżenie kosztów utrzymania toalety (tendencja do wstrzymywania) – klienci zyskują, Przedsiębiorca zyskuje, inni przedsiębiorcy również zyskują, bo zyskali klienci. Tak samo z bagażami, oraz z opłatą za usługę elektronicznej odprawy, której utrzymanie zapewne kosztuję, ale zapłacenie za nią jest korzystniejsze niż długie stanie na lotnisku – znowu koszt alternatywny.

    Pozdrawiam

  6. Super wywiad! Człowiek, który ekonomię austriacką wdraża w życie! Niech zarobi tonę złota! Bo dolary się za szybko dewaluują…. 😉

  7. Stanislaw pisze:

    Bardzo dobry tekst !
    Tłumaczenie jest średnie ( czytaj – fatalne).
    Zdanie -if I tell you, I’ll have to kill you – jest przetłumaczone jako – Mogę powiedzieć, ale zaraz potem będę musiał panów zabić.
    Jest to typowy biznesowy slogan, ale nie tak się go tłumaczy.
    Czyżby Jan zapomniał angielskiego ????
    Czego sie Jaś nie nauczy, tego Jan już nie powie…..

  8. Stanislaw pisze:

    Ups…
    Sorry Jasiu.
    To nie Twój tekst.

  9. Jan Fijor pisze:

    Uczyl Stasiu Marcina a….Akurat jest to wlasciwie przelozony zwrot. Wlasciwie=oddaje sens.
    czolem

  10. Adrian Lis pisze:

    Myślę, że to przedsiębiorczość typu kapitalistycznego w czystej postaci. Dobrze się to czyta i – przynajmniej ja – ma się wrażenie, że to jest właściwy człowiek na właściwym miejscu, zwracający uwagę na właściwe szczegóły. Gratulacje za dobór tekstu na stronę, na której jestem pierwszy raz (ale z pewnością nie ostatni).

  11. Jan M Fijor pisze:

    Adrianie,
    na tej stronie bull shitu nie ma i nie będzie.
    To jest strona dla drwali!
    Tylko prawdziwy drwal jest w stanie wyrabac kłoldy i podłości rzucane mu pod nogi przez władzę ludu. Nam się to nie podoba, bo sami jesteśmy drwalami.

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *