W poszukiwaniu złudzeń

chat-dymki
5

Afryka 2011 (II)

         Na większości forum internetowych poświęconych Afryce, w wypowiedziach polityków czy aktywistów pomocy dla Trzeciego Świata dominuje pogląd, że przyczyną tamtejszej epidemii AIDS jest brak środków do walki z chorobą, nędza i zacofanie. Obserwacja z bliska przeczy tej tezie.

 Zło nie lubi nędzy?

          Jeśli nędza nie jest czynnikiem sprzyjającym szerzeniu się epidemii AIDS, o czym świadczy chociażby fakt, że najwyższe wskaźniki zachorowalności posiada: RPA (18,8 procent populacji), Botswana (24 procenty), Namibia (15,3 procentów), najniższe zaś najuboższa część Afryki: Kongo (ok. 4 procenty), Burundi  (2 procenty), to może ten wysoki dochód nie jest równomiernie rozłożony.


Może, jak to mawiają marksiści-leniniści, skoncentrowany został w rękach grupki  uprzywilejowanych? Gdyby tak było, wskaźniki dla krajów najuboższych byłyby znacznie wyższe. Wszak tam elita uprzywilejowana jest jeszcze mniejsza. W krajach bogatszych nie tylko bogatsze są elity, zwykła ludność także. Wystarczy rzucić okiem na Botswanę, gdzie ulice są asfaltowe, wodociągi niemal w każdej wiosce, podobnie jak prąd elektryczny, telefonia, Internet, tam też panuje wyższy poziom edukacji, lepsza higiena, ludzie nie tylko lepiej się odżywiają i zdrowiej żyją, ale co ważniejsze, miejscowe rządy (RPA, Botswana) rozdają lekarstwa, leczą chorych i to znacznie lepiej niż w krajach, w których wskaźnik zakażeń HIV jest znacznie niższy.

      Jeśli nie nędza, to co? Od odpowiedzi na to pytanie zależy przyszłość tego pięknego kontynentu, los miliarda mieszkańców naszego globu.

       Zabrzmi to być może paradoksalnie, ale – nie tylko moim zdaniem – czynnikiem ekonomicznym sprzyjającym szerzeniu się epidemii jest względny dostatek społeczeństw. Zło, w tym wypadku styl bycia sprzyjający epidemii, która w warunkach prosperity powinna znikać, zaczyna się rozprzestrzeniać. Wbrew przekonaniu panującym zwłaszcza na lewicy – że nędza rodzi marazm, lenistwo i zbrodnię – ludzie biedni są znacznie mniej kryminogenni niż ci zamożniejsi. Dowodzą tego statystyki z najbogatszego kraju świata. W ciągu 3-4 latach od momentu zainicjowania przez prezydenta Johna F. Kennedy’ego masowego programu pomocy społecznej, wskaźniki przestępczości, począwszy od zwykłego chuligaństwa, złodziejstwa, na gwałtach i zabójstwach kończąc wzrosły tam prawie 200 procent. Proces ten nasilił się zwłaszcza po tym, jak następca zamordowanego prezydenta, Lyndon B. Johnson wypowiedział w 1964 roku wojnę nędzy. W ciągu blisko 40 lat tej beznadziejnej wojny na walkę z biedą wydano ok. 7 trylionów dolarów nie osiągając właściwie niczego dobrego, a dokładniej, doprowadzając miliony ludzi do kompletnej demoralizacji. Nie dość, że zubożono ciężko pracującego podatnika, który to widzimisię grupki socjalistów finansował, to na dodatek zdegradowano kilka pokoleń bogobojnych z reguły – przed wdrożeniem programów pomocowych – ludzi, z których uczyniono bezradne, bezwolne, i bezdecyzyjne istoty żyjące z zasiłków i nie potrafiące się same utrzymać. Produktem ubocznym takiej polityki był – zwłaszcza wśród ludności, która była głównym, celem tych programów opiekuńczych, a więc ludności kolorowej – rozpad tradycyjnej rodziny, rozpad instytucji małżeństwa, narkomania, a także wielokrotny wzrost przestępczości w tej grupie. Paradoksalnie, polityczna troska o dobro najbiedniejszych nie spowodowała najmniejszej poprawy ich bytu. Thomas Sowell pisze wręcz[1], że wszystko dobre, co spotkało amerykańskich Murzynów w XX wieku, miało miejsce na wiele lat przed nastaniem ery welfare state i wojny z nędzą. Ta ostatnia właściwie zahamowała proces naturalnego awansu ludności kolorowej, cofnęła Murzynów do getto, wpędzając przy okazji w narkotyki i zbrodnię. Poprawa tego stanu rzeczy, jak na ironię, zaczęła się dopiero w połowie lat 1990., za prezydentury Clintona, który – choć sam mocno lewicowy – postanowił naprawdę Murzynom pomóc.

         Clinton swoje rządzenie rozpoczął od demontowania arsenału wojny z nędzą, czego rezultatem było m.in. ograniczenie zasięgu instytucji pomocowych, co w efekcie usunęło z listy płac rządowych „filantropów” prawie 1,5 miliona osób. Co to się wtedy w Ameryce działo! Ci ludzie, to znaczy ci, pozbawieni przez Clintona zasiłków, wołali aktywiści socjalizmu, sami nie przeżyją. Oni nie są przystosowani. Nie pracowali samodzielnie od kilku pokoleń. I tym podobne brednie. Spodziewano się, że pozbawieni środków do życia nie tylko zasilą tłum bezrobotnych, ale co gorsza – aby się utrzymać – zaczną kraść i napadać, w przeciwnym razie pochłonie ich śmierć głodowa. Tymczasem ci, rzekomo bezradni nędzarze, nie tylko nie zaczęli rabować i napadać, bądź umierać z głodu, lecz wzięli się do roboty. Lata 1995 – 2000 to okres najniższego w dziejach Stanów Zjednoczonych bezrobocia (ok. 4 procenty). Równocześnie nastąpiła poprawa standardu życia najuboższych, wzrost prestiżu ludności kolorowej, spadła też przestępczość. Okazało się, że człowiek głodny rzadko kiedy kradnie i napada. On raczej szuka jedzenia, a dokładniej pracy, która pozwoli mu na nie zarobić. Przestępczością zajmują się jednostki odżywione za pieniądze z kasy publicznej,  znudzone darmozjady, które nie muszą się martwić tym, czy i w jaki sposób przeżyją. Pomoc społeczna, poprawność polityczna, atmosfera nietykalności zapewniły im dach nad głową, jedzenie, ubranie, darmowy telefon, telewizor, zabrakło jednak na zabawę. W poszukiwaniu środków na alkohol czy narkotyki sięgali po przemoc i zbrodnię.

Poszukiwacze złudzeń

      Co to wszystko ma wspólnego z Afryką i problemem epidemii AIDS? A no ma. W krajach, o których mowa, Botswana, Namibia czy RPA zło ma podobne korzenie; hedonizm,  zabawa, brak odpowiedzialności, silne „klimaty” pomocowe, a przede wszystkim polityczna poprawność, która sprawia wrażenie, jakby problemu nie było.

       Nealy mieszka w pobliżu Sebina w Botswanie, ma 35 lat, troje dzieci i czterech partnerów seksualnych, z którymi regularnie idzie na całość, czyli utrzymuje stosunki płciowe. Musiałaby być z kości słoniowej, mówi miejscowy lekarz, żeby się nie zarazić.

– Dlaczego to robisz? – wyrzuca jej proboszcz. Masz dzieci, one potrzebują matki!

– Tak, ale ja potrzebuję mężczyzny, który jest w stanie mnie utrzymać i dać mi szczęście. Mój chłop tego nie potrafi.

        Kochankowie Nealy mają motocykle, jeden ma nawet samochód, czasem jej kupią jave[2], innym razem przywiozą worek kukurydzy czy mydło różane. Nealy czuje się wtedy ważniejsza, dumna, kochana. Czy Nealy nie wie o tym, że w ten sposób zwiększa szansę swojej przedwczesnej śmierci, co najmniej, czterokrotnie? Tego nawet nie wiadomo, bo ani Nealy, ani nikt z jej otoczenia o takich sprawach nie myśli, a tym bardziej nie mówi. Jeśli kiedyś zachoruje, tak jak zachorowały jej sąsiadki, wówczas lekarz zapisze ją na specjalną listę i dostanie leki. W jej domu pojawią się biali ludzie z NGO. Zatroszczą się o jej dzieci, o suplementy witaminowe, może nawet o zasiłek pieniężny, a potem także o pochówek. Nealy nie ma większych problemów w życiu; czuje się kobietą szczęśliwą i kochaną, nie boi się choroby, biedy, nie lęka się nawet o przyszłość gromadki swoich ukochanych dzieci; we wsi są misjonarze, jest sierociniec, oni wszyscy zatroszczą się o jej latorośl.

       Nieporównanie gorszą sytuację ma wieśniak z okolic Goma (Kongo) czy spod Gitega (Burundi), który nie ma pieniędzy, pomocy, perspektyw. Jego nie tylko nie stać na kochankę, on także i na chorobę nie może sobie pozwolić. A czy w Polsce jest inaczej? Z wielu powodów, głównie jednak z biedy, lęku i bogobojności, wśród ludzi najuboższych rozwiązłości, grzechu, a nawet chorób wenerycznych jest mniej niż w środowiskach zamożniejszych. Afryka ma jednak swoją własną, niepowtarzalną specyfikę…Afryka ma swoje taboo.

Cdn.

Jan M Fijor

www.fijor.com


[1] Zobacz: Thomas Sowell Ekonomia dla każdego, tłum. J.M. Fijor,  Fijorr Publishing Warszawa 2002,

oraz tegoż autora, Ekonomia stosowana, Fijorr Publishing, Warszawa 2004.

[2] Kolorowa tkanina bawełniana wykorzystywana jako elegancki ubiór afrykańskich kobiet  – przyp. aut.  

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. aus pisze:

    Jednyna rzecz, która mnie nieraz razi na stronach powiedzmy to libertariańskich to ta naiwna wiara, że rynek wszystko rozwiąże. Wiara ta przypomina mi te bzdurnre mniemanie komunistów, że system cacy tylko implementacja niedobra no i potrzebujemy więcej kolektywizmu. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że należy pomagać słabszym bezbronnym. Problem w tym, aby pomagając nie uzależnić od pomocy. Wolny rynek nie implikuje moralności.

  2. Piotr pisze:

    Właśnie wczoraj rozmawiałem z dziewczyną na ten temat, jak również o służbie zdrowia w warunkach wolnorynkowych. Twierdzenie, że państwowa „darmowa” opieka zdrowotna jest naiwne i świadczy o nikłych zdolnościach obserwacji oraz analizy sytuacji. W dzisiejszych warunkach nasz niby darmowa opieka już dawno straciła tą maskę powszechnej darmowej dostępności. Każdy kto chce się leczyć (a mało jest takich potrzeb za które ludzie są w stanie oddać każdą sumę pieniędzy) dzisiaj musi zapłacić prywatnie lekarzowi aby ten go przyjął szybciej albo „zainteresował się” nim. Owszem dalsze leczenie może przebiegać na koszt państwa (czyli dalej za nasze podatki). W artykule Janka chodziło bardziej o zachowanie instynktu samozachowawczego. I ma zupełną rację, że tylko smaodzielni i wolni ludzie najlepiej dbają o swoje zdrowie. Ale zaraz podniosą się głosy, że ludzi należy edukować. No ale dlaczego szpitale czy też organizacje lekarski w warunkach wolnego rynku nie miałyby tego robić?? przecież to byłby ich biznes aby pacjenci przychodzili do nich… Teraz lekarze i szpitale są zwolnieni z takiego myślenia i podejścia o dbanie o pacjenta czyli klienta…

  3. uri_brodsky pisze:

    @aus
    Myślę, że się mylisz. Libertarianie twierdzą, że wolny rynek jest lepszy niż system nakazowo-rozdzielczy, ale nie twierdzą, że po wprowadzenia wolnego rynku znikną wszystkie choroby, wszyscy będą równo bogaci, nikt biedny itd. Trudno się z nimi nie zgodzić.

  4. marcinach pisze:

    Serdecznie witam,

    Bledem jest myslec o tym, ze system cos rozwiaze lub zbawi itd. Wolny rynek jest efektywnym i tanim mechnizmem przekazywania dobr, informacji itd. Na to zwracal uwage m.in. Hayek i Kirzer. Natomiadt Friedman uwazal, ze rynek dodatkowo jest oszczedny. Moralisci zapewne poruszyliby temat etyki, ale na tym polu rynek i tak wygrywa z panstwem. Zreszta wolny rynek oznacza gospodarke bez polityki i tyle. Przeciez na wolnym rynku cena jest informacja, ale to nie znaczy, ze cena to wszystko. Rynek jest ludzki, bo tworza go ludzie. Czy ludzie nie rozumieja tego o czym pisza libertarianie? Czy filantropia panstwowa jest lepsza niz prywatna? Czy panstwowy zasilek jest lepszy i moralniejszy od pomocy rodziny, przyjaciela, prywatnego stowarzyszenia lub organizacji? W wolnym spoleczenstwie moga istniec setki roziwazan problemu biedy, bezradnosci itd. Czy w wolnym spoleczenstwie nie ma miejsca na prywatna filantropie, kluby spolecznosciowe, organizacje religijne, kulturalne, pomoc sasiedzka, itd. Mozliwosci sa setki, a wiele z nich jest dzis blokowanych. Czy wiecie ile panstwowa interwencja zniszczyla prywatnych klubow i organizacji w Anglii? Ile ich istnialo w XIX wieku i jak funkcjnowaly. Dlaczego Cameronowi marzy sie odnowa wartosci obywatelskich w starym stylu? A niby w Polsce to nie ma na to szansy? Libertarianie pisza o wolnym rynku, bo to przeciwienstwo spcjalizmu, czyli polityki i panstwa w zyciu gospodarczym. Ksiazki (np. p. Naomi Klein) i biedolenia wielu na kapitalizm (nie mylic z systemem, gdzie jest wprawdzie rynek, ale pod kontrola a polowa PKB to wydatki panstwa, czyli polowa to kolektywizm), ktory jest od wielu lat ogranicznay przez podatki, panstwowe regluacje, kontrole – jednym slowem interwencje. Dla tych co nie rozumieja prosze – przeczytajcie prof. Sowella „Oni wiedza lepiej” i „Ekonomia stosowana”. Moze sie wam troche rozjasni.

    pozdrawiam z Anglii,
    Marcin
    PS. Przepraszam za brak polskich liter i ewentualne bledy – pozna pora 🙂

  5. nd39 pisze:

    @aus

    A czy ktoś tu mówi, że wolny rynek ma zlikwidować całe zło świata?
    Chyba tylko idiota nie zgodzi się z tym, że likwidacja państwowego „dobrodziejstwa” to znacznie lepsze rozwiązanie niż jego rozbudowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *