Afryka z bliska (I)

chat-dymki
6

       Nie ma kontynentu równie przewidywalnego co Czarna Afryka. Gorąco, dzikie zwierzęta, jadowite węże, malaria, bezkresne sawanny i dżungle, bezradność, nędza, głód, zasmarkane dzieci i chodzące po nich muchy, a w końcu przewroty wojskowe i brutalne dyktatury.

Zaskoczenia

        Tymczasem taki stereotyp bywa często złudzeniem. Kiedy pierwszy raz wylądowałem w Afryce Południowej, panował dotkliwy chłód, a w nocy nawet przymrozki. Pierwszego Murzyna zobaczyłem dopiero na trzeci dzień, a dzikie zwierzę, jakim była udomowiona przez białego restauratora z Karoo szympansica, pozująca do zdjęć z gośćmi jego jadłodajni, po czterech dniach. Podczas następnej podróży, tym razem w niewielkiej i ubogiej Rwandzie zaskoczyła mnie miejscowa przedsiębiorczość, inicjatywa i niespodziewany w tamtym rejonie dostatek. W wynędzniałym od wojen domowych i innych kataklizmów, zasobnym w bogactwa naturalne Kongo, priorytetem każdej rodziny jest zdrowie i edukacja dzieci.

Zresztą troska o dobrostan najmłodszych jest w najbiedniejszej  części Afryki równie – a może i bardziej – naturalna niż  Europie czy Stanach Zjednoczonych. Dzieci są czyste, odżywione i chodzą do szkoły, niekiedy 15 kilometrów dziennie w jedną stronę. Zaskoczenie jest tym większe, że pochodzą one przeważnie z niezelektryfikowanych wsi, gdzie mieszkają w prymitywnych chatach krytych liśćmi palm. Chodzą rzecz jasna na piechotę, bo transport lokalny odpada. O ile nawet istnieje linia autobusowa, co raczej należy do rzadkości, bilet na przejazd kosztuje równowartość dziennych zarobków ojca. Nie dość tego, szkoły państwowe są na fatalnie niskim poziomie, albo ich nie ma, gros z nich uczęszcza do szkół prywatnych, w których miesięczne czesne wynosi połowę miesięcznej pensji wykwalifikowanego robotnika. Mimo tych przeszkód, mundurki szkolnej dziatwy są wyprane, wyprasowane, a ona sama czysta, pachnąca i schludna. Afrykańskie dzieci są grzeczne, pracowite, uprzejme, dobrze wychowane i miłe. Robią znacznie lepsze wrażenie niż ich europejscy czy amerykańscy  rówieśnicy.

Błędne koło

       Podróż do Afryki jest uciążliwa i kosztowna. Wprawdzie Europejczyk podróżujący na czarny kontynent nie doświadcza dokuczliwej zmiany czasu i towarzyszących podróży do Ameryki lub Azji dolegliwości znanej jako jet leg, to jednak połączenia są nieliczne, dość niewygodne, a przerwy w podróży długie. Mimo to za przelot do Afryki wszystkie główne linie lotnicze każą sobie płacić dwukrotnie więcej niż za przelot na porównywalnym dystansie między Europą a Azją, czy Stanami Zjednoczonymi. Pół biedy, jeśli uda nam się dolecieć na miejsce przeznaczenie bezpośrednio z Europy. Na kontynencie afrykańskim tanich linii lotniczych brak, więc każdy, nawet najkrótszy dolot z hubu do jakiejś prowincjonalnej mieściny kosztuje mniej więcej tyle co lot z Warszawy czy Londynu do Nowego Jorku. Za, niespełna godzinny lot z Johannesburga do Francistown w Botswanie, trzeba zapłacić blisko 500 dolarów. Tyle samo kosztuje niewiele dłuższy przelot z Joburga do Lusaki, stolicy Zambii. Jednakże prawdziwe koszty zaczynają się dopiero na miejscu. Przyzwoitych hoteli jedno czy dwugwiazdkowych albo brakuje, albo nie są one wcale przyzwoite. Jeśli więc nie chcesz, żeby cię w czasie snu dopadła, ograbiła i pobiła banda wyrostków, albo ugryzł jadowity wąż czy jaszczurka, musisz udać się do hotelu markowego, wielogwiazdkowego, w którym nocleg kosztuje do 300 – 400 dolarów za noc. W takiej Kinshasie (DR Kongo), za najtańszy czysty i bezpieczny hotel trzeba zapłacić ok. 400 euro za noc. Z drugiej strony, na biednego nie trafiło. Stolicę Kongo odwiedzają przeważnie przedstawiciele bogatych NGO, zamożni poszukiwacze diamentów, kobaltu, uranu, ewentualnie biedni handlarze bronią.

         Wyspany turysta musi też zjeść. Tymczasem w przydrożnych barach jest to zajęcie ryzykowne. Fastfoody, poza Republiką Południowej Afryki praktycznie nie istnieją, chyba że zdecydujemy się na lokalny bar, a to grozi skonsumowaniem egzotycznego szczura polnego, węża lub wiewiórki. Jedynym w pełni bezpiecznym rozwiązaniem pozostają więc luksusowe restauracje, w których płaci się więcej niż w knajpach przy Times Square albo na Citta Vecchia w Rzymie. Co prawda, turysta podróżujący po Afryce ucieka zwykle odz wielkich zatłoczonych i niebezpiecznych miast na sawannę albo do dżungli, ale tam czekają go nawet boleśniejsze doświadczenia.

        Doba w bardzo tanim lodge w okolicach Gweru czy Hwange, w Zimbabwe, w którym infrastruktura tych pensjonatów zlokalizowanych na skraju dżungli czy na sawannie jest stosunkowo najbogatsza, wraz z wyżywieniem, dwa posiłki dziennie, lekko zakropionym alkoholem w celach dezynfekcji organizmu, kosztuje od 100 do 500 dolarów. W Zambii, gdzie takich schronisk turystycznych jest mniej, trzeba niekiedy zapłacić więcej. Jeszcze droższa jest Namibia. Do tego dochodzą koszty przewodnika, czyli ochroniarza i kierowcy (obowiązuje ruch lewostronny) w jednej osobie, wynajęcie środka transportu, obowiązkowo „napęd na cztery koła”. Kosztowne są wejściówki do parków narodowych; za wejście na teren wodospadów Wiktorii od strony Livingston (Zambii) płaci się ponad 20 dolarów od osoby, od strony Victoria Falls (Zimbabwe) o 10 dolarów więcej; zwiedzanie rezerwatu na rzece Chobe (Botswana) to prawie 70 dolarów od osoby, zaś spacer po sawannie w towarzystwie prawdziwych dzikich lwów dochodzi do 150 dolarów. Znaczącym wydatkiem są mandaty za przekroczenie prędkości – od 100 – 300 dolarów w Botswanie, mniej więcej tyle samo w Zambii, taniej jest w Zimbabwe, ale tam jest za to więcej policji – których trudno uniknąć, bowiem znaków ograniczających prędkość właściwie się tam nie stawia. Nie wiadomo więc, z jaką szybkością można legalnie jeździć. Sytuacji nie poprawia wcale fatalny stan technicznych, czy nawet brak, radarów. Paradygmat: policjant ma zawsze rację rzadko kiedy bywa przez turystę zakwestionowany.

        Bardzo skromnie licząc trzeba się więc liczyć z wydatkiem rzędu 300-500 dolarów dziennie od osoby. Powstaje więc błędne koło. Jest drogo, bo ruch turystyczny słaby. Turystów jest niewielu, bo jest drogo. Na dodatek, wysokiemu „okupowi” za szansę nakręcenia własnego filmu z serii „national geografic” towarzyszą wszędzie nieufne, wręcz wrogie spojrzenia miejscowych. Biały (muzungu) traktowany jest jak potencjalny łup. Można od niego wyżebrać, można go okraść, można też ściągnąć z niego inny haracz. Wizy na przejściach granicznych, to  średnio ok. 50 dolarów w jedna stronę. Mimo że wydałeś na swoja afrykańską przygodę krocie,

nie masz żadnej gwarancji, że w trakcie  wyprawy napotkasz i sfotografujesz Big Five (bawół, lampart, lew, nosorożec, słoń), poznasz prawdziwego Zulusa, nie ukąsi cię czarna mamba, która jest zielona, albo nie dopadnie malaria.

Pierwsze zaskoczenia

       Nasz trójka, Kamil, Janek i ja, wyruszyła z Warszawy via Amsterdam do Johannesburga, gdzie po 14 godzinach lotu czekało nas siedem godzin oczekiwania na połączenie South African Links ze stolicą Zambii. Po wylądowaniu w Lusace dwoje z nas okryło ze zdumieniem, że ich bagaży nie ma. Prawidłowo i na czas przybyła tylko moja walizka. Po interwencji w dziale bagażu okazało się, że walizka Janka przyleciała jeszcze przed naszym lądowaniem i czekała na niego w kantorku kierownika lotniska. Dziwne natomiast było to, że dotarła do Zambii z Nairobi (Kenia), gdy my tymczasem lecieliśmy do Lusaki z Republiki Południowej Afryki. Nie tylko dziwne, ale i dość niecodzienne. Regułą bezpieczeństwa lotniczego, szczególnie po 11 września 2001, jest to, że właściciel bagażu leci tym samym samolotem, co jego walizki. Każdy bagaż, któremu nie towarzyszy właściciel jest natychmiast konfiskowany, a często niszczony. Jak to się stało, że walizka Janka poleciała z RPA do Kenii, a stamtąd do Lusaki, podczas gdy jej właściciel podróżował do Lusaki z Johannesburga, pozostaje do dziś tajemnicą. Walizki Kamila, po wylądowaniu w Lusace nie znaleźliśmy w ogóle. Pojawiła się półtorej doby po naszym przybyciu i to prosto z…Londynu. Podkreślam: żaden  nas nie podróżował ani via Londyn, ani Nairobi. Ciarki przechodzą na myśl, że w bagażach, którym nie towarzyszy ich właściciel, mógłby się znaleźć np. trotyl albo jakiś inny materiał wybuchowy.

         Po wypełnieniu formalności wizowych jedziemy na kwaterę. Dzięki pomocy zaprzyjaźnionego misjonarza, werbisty, O. Jacka Gniadka zatrzymujemy się w internacie lusackiego seminarium duchownego Zgromadzenia Ojców Werbistów. Odpoczywamy, analizujemy mapy, by następnego dnia wyruszyć w Afrykę!           

Cdn.

Jan M Fijor

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. marcinach pisze:

    Witam,

    Ciekawy artykul. O drogich przelotach do Afryki i w niej samej to slyszalem. Koledzy z Gambii opowiadali mi, ze w niektorych afrykanskich krajach zycie nie jest wcale takie drogie. Fakt, rozmawialismy tylko o Gambii i Wyspach Zielonego Przyladka i niektorych sasiednich krajach (zachodnia czesc Afryki).

    pozdrawiam,
    Marcin

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Życie nie jest drogie, tylko co to za życie.Kukurydza i banany. Mięso jest tak drogie jak w Unii Eiropejskiej, podobnie chleb, soki, nawet owoce (pomarancze, jabłka, melony) są droższe niż w Polsce!
    W Gambii nie byłem, ale byłem w Senegalu, gdzie jest podobnie, czyli bardzo drogo.

    Pozdrawiam

  3. Daniel pisze:

    Panie Janie,

    jednym z głównych problemów gospodarczych Afryki jest niska podaż siły roboczej. Jest to spowodowane szerzącymi się na tym kontynencie chorobami wirusowymi, takimi jak malaria, HIV/AIDS, cholera, grypa czy gruźlica. Na samą malarię zapada rocznie 220 mln ludzi w Afryce z czego 3-5 mln umiera. Drugie tyle ludzi musi się chorymi opiekować, a to już 500 mln ludzi nie pracujących (rotacyjnie) w gospodarce! Ekspansji tych chorób sprzyja gorący klimat (szybkie namnażanie się wirusów), brak edukacji społeczeństwa (prewencja i postępowanie z chorymi), kwestie religijne (antykoncepcja) i ogromny interes kompanii farmaceutycznych, zarabiających miliardy na dostawach „leków” sponsorowanych przez organizacje humanitarne i fundacje całego świata.

    A przecież lek na malarię i większość chorób wirusowych już istnieje. Opisał to Jim Humble w swojej książce „Przełom”. To chloryn sodu, ale jego zastosowaniem nie zainteresowała się ani WHO ani amerykańska FDA. Dlaczego? To chyba nie wymaga odpowiedzi.

    DC

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Zgoda, ale w 1965 roku Południowa Korea miała GDP na poziomie mali, a dzisiaj to kraj pierwszej dziesiątki świata. Może HIV tam nie było, ale zacofanie, brak edukacji i pieniędzy był znacznie grozy niż w dzisiejszej Afryce. Za kilka dni postawię swoją diagnozę. Będzie pan miał okazję porównać ją ze swoimi poglądami.

    Pozdrawiam

  5. Sebastian Bigos pisze:

    A gdzie kontynuacja :-). Długo nie ma.

  6. Jan M Fijor pisze:

    Trzymam napieciu. to taki zabieg marketingowy. jak się odrobię, to napiszę.
    W najgorszym przypadku tekst znajdzie się w książce, którą właśnie piszę.

    pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *