Jak ogon wywija psem

chat-dymki
0

W przeddzień wizyty prezydenta USA Baracka Husejna Obamy w Warszawie Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego wezwała go, by podczas pobytu w Polsce wywarł na polski rząd „presję” w kierunku jak najszybszego załatwienia sprawy „rekompensat” za tzw. „mienie żydowskie”. Były ambasador Izraela w Warszawie, pan Dawid Peleng z kolei „wezwał” premiera Tuska do „wznowienia procesu legislacyjnego na rzecz restytucji”, wstrzymanego w swoim czasie ze względu na trudną sytuację budżetową państwa.

Niezależnie od tego kongresman Smith i senator Chardin – współprzewodniczacy Komisji Helsińskiej przy Kongresie Stanów Zjednoczonych również zwrócili się do prezydenta Obamy, wy wywarł na polski rząd „presję”, dając zarazem do zrozumienia, że niezałatwienie tej sprawy „osłabia nasze ważne dwustronne stosunki”. Podobne stanowisko zajęła grupa Amerykanów uczestnicząca w czerwcu 2009 roku w konferencji „Mienie ery holokaustu” w Pradze pod przewodnictwem kongresmena Roberta Wekslera. Te instrukcje, przekazane pod adresem amerykańskiego prezydenta w przeddzień jego przyjazdu do Polski pokazują izraelskie lobby w USA w działaniu.

Oczywiście jest to zaledwie drobny odprysk, wierzchołek góry lodowej, którą próbują opisać autorzy książki „Lobby izraelskie w USA”: John J. Mearsheimer i Stephen M. Walt. Książka powstała z publikacji, jaką autorzy mieli napisać dla pewnego wydawnictwa jeszcze w 2002 roku. Kiedy jednak po dwóch latach oddali tekst, okazało się ku ich zdumieniu, że wydawca ani myśli go publikować. Dopiero po roku udało się wydrukować zaktualizowany tekst w „London Rewiew of Books”. Publikacja ta ściągnęła na autorów ogień krytyki ze strony izraelskiego lobby, w której oczywiście na pierwszym miejscu królował zarzut „antysemityzmu”, ale z uwagi na autorów nie brzmiał on wiarygodnie. Rzecz bowiem z tym, że są oni wybitnymi naukowcami w dziedzinie nauk politycznych. John J. Mearsheimer jest profesorem nauk politycznych na uniwersytecie w Chicago, a zanim poświęcił się temu zajęciu – ukończył Akademię Wojskową West Point jako oficer sił powietrznych. Podobnie Stephen M. Walt jest profesorem stosunków międzynarodowych na Harwardzie. Obydwaj mają poważny i niepodważalny dorobek naukowy, zaś ich przedstawienie izraelskiego lobby i jego wpływu na politykę Stanów Zjednoczonych było zbyt dobrze i przekonująco udokumentowane, by można było je zdyskredytować przy pomocy standardowej połajanki z podręcznego repertuaru. Dodatkowym czynnikiem osłabiającym siłę rażenia oskarżeń o „antysemityzm” było narastające w amerykańskiej opinii publicznej przekonanie, iż automatyczne żyrowanie izraelskiej polityki przez kolejne administracje amerykańskie niekoniecznie służy interesom Stanów Zjednoczonych i jest przyczyną stałego narastania antyamerykańskich nastrojów w świecie. Wreszcie autorzy pokazali, że lobby izraelskie wcale nie wyraża odczuć większości Amerykanów, a nawet znacznej części amerykańskich Żydów. Wspominam o tym wszystkim by pokazać, że mimo demokracji politycznej i wolności słowa, próby wyjaśniania niektórych zagadnień okazują się niebezpieczne nawet, a może zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, do których nasz nieszczęśliwy kraj bardzo pragnie się upodobnić przynajmniej pod tym względem i pierwszą ofiarą tej tendencji padł dr Dariusz Ratajczak, wyklęty przez małodusznych, żeby nie powiedzieć – tchórzliwych kolegów-uniwersyteckich bakałarzy za książkę „Tematy niebezpieczne”. Nie da się ukryć, że autorzy „Lobby izraelskiego w USA” mieli więcej szczęścia niż nasz Janko Muzykant.

Inna rzecz, że – jak sami przyznają – przez cały czas towarzyszyła im świadomość, po jakim grząskim gruncie stąpają i że każdy mniej przemyślany krok grozi im wysadzeniem w powietrze. Dlatego ich oceny są bardzo ostrożne, może aż do przesady – bo programowo odrzucają tak zwane „teorie spiskowe”. Wskutek tego niekiedy trochę trudno wyjaśnić im przyczyny znakomitej koordynacji, jaka towarzyszy działalności izraelskiego lobby – chociaż formalnie występuje ono w postaci rozmaitych spontanicznych organizacji i przedsięwzięć, całkowicie w swojej działalności samodzielnych. Ale przecież niezależnie od tego, co dzieje się obecnie w USA, dysponujemy świadectwami wcześniejszymi,  dzięki którym, bez popadania w spiskowe zacietrzewienie z jednej, ale i w naiwną łatwowierność z drugiej strony, możemy spokojnie porównywać funkcjonowanie AIPAC (American Israel Public Affairs Committee – Amerykańsko-Izraelski Komitet Spraw Publicznych) z działalnością Alliance Israelite w okresie poprzedzającym pierwszą wojnę światową, kiedy to Izraela nie tylko jeszcze nie było, ale nie było nawet szansy na jego zaistnienie. Później, po deklaracji Balfoura z roku 1917, kiedy taka szansa się pojawiła, 11 listopada 1918 roku hrabiego Ksawerego Orłowskiego w Paryżu odwiedził baron Maurycy de Rothschild. Poinformował go on, że dopóki na Kongresie w Wersalu oficjalnym przedstawicielem Polski będzie „ten pan”, czyli Roman Dmowski, to „cały Izrael” i Rothschild osobiście będą uważali to za policzek wymierzony w twarz całego ich narodu i stosownie do tego postąpią. „Wy nas znajdziecie na drodze do Gdańska, na drodze do Śląska pruskiego i do Cieszyńskiego, na drodze do Lwowa, na drodze do Wilna i na drodze wszelkich waszych projektów finansowych. Niech pan hrabia to wie i stosownie do tego postąpi” – cytuje tę deklarację barona Rothschilda w swoich „Siedemdziesiąt lat wspomnień” Hipolit Korwin-Milewski. Cóż dopiero teraz, kiedy Izrael nie tylko istnieje od 1948 roku, nie tylko z powodzeniem stoczył w tym okresie ze swoimi sąsiadami cztery duże i kilka małych wojen, ale w dodatku jest posiadaczem broni nuklearnej, którą może grozić – i groził – nie tylko Bliskiemu Wschodowi, ale i Europie?

Warto zwrócić uwagę, że książka „Lobby izraelskie w USA” powstała jeszcze przed kryzysem finansowym – ale z przedstawienia w niej mechanizmów wpływania przez owo lobby nie tylko na politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych, ale również, a może zwłaszcza – na sytuację gospdarczą i w szczególności – finanse publiczne – nietrudno zauważyć związek przyczynowy między siłą tego lobby, a wspomnianym kryzysem. Jak wiadomo, postawił on Stany Zjednoczone w obliczu bankructwa; 18 maja br. sekretarz Skarbu Timothy Geitner poinformował Kongres, że limit długu publicznego w wysokości 14,3 biliona dolarów został właśnie przekroczony, w związku z czym USA nie mogą już emitować obligacji, ani zaciągać pożyczek w innych sposób – i że może on utrzymać płynność finansową państwa do 2 sierpnia, jednak pod warunkiem sięgnięcia po środki nadzwyczajne w postaci m.in. wstrzymania przekazywania wpłat do funduszy emerytalnych i rentowych pracowników państwowych. W Stanach Zjednoczonych budzi to coraz większy niepokój i zniecierpliwienie, zaś w takich np. Chinach, gdzie kiedyś Ameryka nazywana była „Kum Szan”, czyli Złota Góra skłania tamtejszych przywódców do rozważać, czy waluta amerykańska rzeczywiście powinna pełnić funkcję waluty światowej. Wyrazem tego zniecierpliwienia i zaniepokojenia jest rosnący w siłę ruch „Tea Party”, zmierzający do radykalnego przewietrzenia establishmentu, którego izraelskie lobby jest ważnym elementem. Dlatego każdy, kto chce lepiej  zrozumieć obecną sytuację i możliwą jej ewolucję w USA, powinien książkę tę przeczytać.

Stanisław Michalkiewicz

John J. Mearsheimer, Stephen M. Walt – Lobby izraelskie w USA, przeł. Rafał Modzelewski, wyd. Fijorr Publishing, Warszawa 2011, str. 438

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *