Afryka z bliska (II)

chat-dymki
4

O wyższości suszy nad porą deszczową, i vice versa

        W Afryce są dwie pory roku; deszcz, czy jak kto woli zima, od paźzdziernika do kwietnia, oraz susza, czyli lato, przz resztę roku. Każda z nich ma swoje atuty, i swoje słabe strony. I odwrotnie.

 

       Podróżnikowi, który wybierze się na południe Afryki, tak jak my, zimą – o ile nie przyjechał na narty, tak, na narty, bo np. w Lesotho znajdują się kurorty narciarskie i można śmigać po śniegu całe lato…nasze polskie – miejscowi wytłumaczą, że zrobił zły wybór.  Musi się liczyć z tym, że w wiele miejsc, nawet do tych najbardziej suchych nie dojedzie. My na przykład musieliśmy zrezygnować z wyprawy na Kubu Island, w głąb pustyni Kalahari, gdzie można jechać tylko w dwa samochody. Gdyby nie daj Boże, spadł tam akurat deszcz, moglibyśmy do domu nie dopłynąć. Co prawda deszczu nie było, ale ryzykować nie wolno. Tym bardziej, że brak deszczu też ma swoje mankamenty; oznacza suszę i potężne upały. Zresztą w Afryce suszę do powodzi dzielić cię może niekiedy godzina. Tyle czasu potrzeba, aby wyschnięte koryto wyżłobione poprzedniej zimy w pustynnej glinie zmieniło się w rwący potok głęboki na pięć metrów w przeciągu jednej godziny.

       Deszcze dają się we znaki także w miastach. Do naszego compoundu w Lusace, jakby nie było stolica kraju, w trakcie burzy lub kilka godzin po niej można się przedostać wyłącznie silnym japończykiem, wozem terenowym. Pora deszczowa – od października do kwietnia – o ile raduje miejscową florę i faunę, o tyle jest utrapieniem turystów i podróżników. W porze deszczowej Afryka kwitnie, pachnie, smakuje, pożywienia jest w bród i dlatego spotkanie z lwem, słoniem czy nawet zebrą jest trudne, bo rozkapryszone ssaki wędrują po sawannach, szukając miejsc cichych, ustronnych, intymnych. Wystarczy że 2000 lwów zamieszkujących  Rodezję Północną (Zambia) czy Zimbabwe czy parokrotnie więcej słoni rozwłóczy się po paru milionach hektarów, by znalezienie ich, nie mówiąc o sfotografowaniu graniczyło z cudem. Jeszcze gorzej jest z nosorożcami i bawołami, nie mówiąc o lampartach, żeby wyczerpać wielką piątkę. W porze deszczowej jest duszno, mokro, i pełno komarów. Gdyby nie to, że właśnie wtedy łatwiej jest znaleźć promocyjną cenę na bilet czy tańszy nocleg w lodge’y, nie warto by zimą do Afryki latać.

         

 W porze suchej Afryka jest o połowę droższa, ale też ma do zaoferowania atrakcje, jakich w czasie deszczu nie uświadczysz. Latem jest upalnie, a to oznacza brak zielonej masy i suszę. Spragnione lwy, zebry, słonie, nosorożce nie włóczą się już po wyschniętej sawannie lecz w skupieniu szukają nielicznych zbiorników wodnych, resztek rzek czy jezior, żeby zgasić pragnienie. Wystarczy znaleźć się w pobliżu jednego z czterech czy pięciu takich zbiorników pozostawionych przez naturę na obszarze 200 tysięcy kwadratowych, by sfotografować w jednym ujęciu 2560 słoni, 327 lwów, 6509 antylop i do tego ze 67 krokodyli. W porze deszczowej można o czymś takim jedynie  pomarzyć. Chyba…Chyba, że ktoś odnajdzie w sobie żyłkę zdobywcy. Co to za sztuka sfotografować kilka tysięcy zwierząt upokorzonych przez przyrodę, spragnionych, wysuszonych, cierpiących, pozbawionych radości życia! Sztuka to znaleźć, podejść wielką piątkę z bliska w czasie deszczu. I nie na prywatnej fermie krokodyli czy nosorożców, ale w dzikiej sawannie, po ośmiu godzinach penetracji, wypatrywania, wzdychania, śledzenia.

      Co prawda, z wielkiej piątki udało nam się namierzyć jedynie słonia i lwa, ale słoni było już co najmniej 30-40, lwów zaś sześć czy siedem. Ktoś, kto podchodził lwa w gęstej soczystej trawie wysokiej na 2 metry, zanurzonego w woni ziół, a na dodatek figlującego ze swą wybranką wie o czym mówię. I dlatego, nie mam kompleksów, że jak sztubak, amator pojechałem na safari w porze deszczowej, bo za to widziałem zwierzęta pełne życia; dumnych gospodarzy sawanny, przebierających w listkach i kwiatach, a nawet – tak mi się wydawało – szczęśliwych, uśmiechniętych i wzdychających ze wzruszenia.

        Dla porządku dodam, że jak na porę deszczową mieliśmy niezły fart.
        Napotkaliśmy ponadto kilkadziesiąt żyraf, trzy rodziny hipopotamów, płochliwe i trudne do sfotografowania zebry i antylopy (kudu, gnu, impala), dzikie krokodyle wylegujące się z jednym przymkniętym okiem obok stadka ibisów czczonych, żółwie, surykatki, guźce; widzieliśmy ogromne sumy i okonie z Zambezi, setki kolorowych papug, kolibrów, czapli, czarnych bocianów, ptaków dziobami w kolorze tęczy, w kształcie sierpa, orłów, sępów i innych członków z brygad oczyszczania Afryki. A nawet kobrę, czarną mambę, ptasznika i parę innych okropności, których nikomu nie życzę, choć są piękne i intrygujące. Jednakże prawdziwych dreszczy emocji dostarczył mi operator komórkowy, Era, obecnie T-mobile, który już na wstępie podróży wyłączył bez słowa wyjaśnienia – nie po raz pierwszy, zresztą – mój roaming, pozbawiając nas kontaktu ze światem. Na szczęście w Afryce w dziedzinie telefonii komórkowej panuje absolutnie wolny rynek. Pomogła karta miejscowego operatora, MTS, którą można kupić pod każdym baobabem.  

         Nie tylko telefonia komórkowa, także i główne drogi są w Afryce, a ściślej w Zambii, Zimbabwe, nie mówiąc o Botswanie, Rwandzie i Kenii lepsze niż w Polsce. O ile u nas Chińczycy wstrzymują budowę autostrad, o tyle tam dwoją się i troją, żeby jak najszybciej połączyć Kinshasę z Kapsztadem, a Johannesburg z Kairem. Po skończeniu autostrad, mówi pastor Chanshi Chanda z Lusaki – mają się wziąć za boczne drogi.

W drogę

          Wcześnie rano zjadamy lekkie śniadanie – owsianka, chleb z dżemem, cierpka herbata i jedziemy. Bierzemy ze sobą dużo wody pitnej, owoce, o. Wojtek, werbista, kupuje nam na drogę dwa bochenki wspaniałego chleba, którego zapach roznosił się po naszej toyocie na długo po zjedzeniu go. Krótka instrukcja na co uważać, na co nie trzeba. Dostajemy czarny kamień, miejscowy medykament na wypadek, gdyby kogoś dziabnął wąż i jedziemy. Jedziemy z Lusaki do Livingstone, nad wodospady Wiktorii, ponad 500 km pustą, asfaltową drogą w poprzek której od czasu do czasu przebiega jakaś flora. Po czterech godzinach przerwa na siusiu i drugie śniadanie. Skręcając na pobocze drogi, przejeżdżamy w poprzek, naprawdę niechcący, czarną mambę, która jest koloru zielonego. Nikt tego jednak nie komentuje. Zastanawiamy się, co by nam groziło, gdyby mamba była na poboczu zanim po niej przejechaliśmy. Z czarnym kamieniem czujemy się bezpieczniej, ale to chyba nadmiar optymizmu. Uważajcie wysiadając z terenowego wozu; zanim postawicie nogę na trawie rozglądnijcie się dobrze. Po przeciwnej stronie zatrzymała się toyota z trójką miejscowych. Patrzą nas bez żadnej emocji, zainteresowania, jesteśmy sobie obojętni. Dziwne, bo to pierwsi podróżni, których mijamy w drodze. Wokół coraz głośniejszy szum cykad, nieomylny znak nadchodzącego upału. Połykamy trzylitrowy baniak wody. Zjadamy bochenek chleba i dalej w drogę.

        Pod wieczór dojeżdżamy do Livingstone, ruch na ulicach niewielki. Poboczem wracają ze szkoły szpalerem uczniowie, przy supermarkecie garstka turystów wychodzi obładowana skrzynkami namibijskiego piwa Windhoek Lager, w milczeniu wsiadają do landcruisera i odjeżdżają. W planie mamy odwiedziny farmy krokodyli, zakupy i kolację z polskim misjonarzem, który z okazji naszego przyjazdu złowił na Zambezi dwunastokilogramowego suma. Farma krokodyli imponująca. Karmimy sześciometrowe gady świeżo zarżniętymi kurczakami. W czeluściach anemicznych, pozbawionych języka gardzieli koloru żółto-zielonego ptaki nikną bez śladu w sekundzie. Żadnego rozsmakowywania się, ucztowania. Być może dlatego krokodyl jedzą tylko raz w tygodniu, a jak je przyciśnie, to podobno rok mogą wytrzymać bez żywności.

      Syte zwierzęta nurkują w sztucznych stawach. Jest ich 56. Większość osobniki małe; od roku do dwóch. Takie właśnie najlepiej nadają się na buty kowbojskie. Za skórę krokodyla – wyjaśnia przewodnik – kontraktorzy płacą 150 dolarów, robi się z niej dwie pary boots, w sklepie każda z nich kosztuje po ok. 400-600 dolarów. Nie wiem jak właściciel fermy na tym wychodzi, a może przewodnik coś ściemnia. W każdym razie krokodyl – szczeniaczek kosztuje od 60 – 100 dolarów, plus karma przez rok czy dwa, służba, weterynarze. Mięso sprzedają do eleganckich restauracji, ale to nie więcej niż 20-30 dolarów. Po zakończeniu show organizatorzy zapraszają nas do lokalnej kafejki na degustację krokodyliny. Niestety,  akurat wyłączono prąd i nie ma na czym przyrządzić crocq-burgera. Proponują herbatniki. Dziękujemy. Mamy swoje. Wracamy na kwaterę. Po drodze zakupy: cztery szóstki piwa Windhoek, flaszka bardzo przyzwoitej szkockiej made in South Africa; smażonego suma dostarczy Leszek. Właśnie kroi rybę, rzuca ją na rozgrzany tłuszcz, opowiadając z udawaną obojętnością wędkarskie historyjki znad Zambezi. Szkocka na głodny żołądek rozkosznie burzy krew. Ryba bosko pachnie. Z ulicy dochodzą dźwięki przesterowanej gitary. Chórek mężczyzn śpiewa afrykańskie reggae. Kobiety z pobliskiego burdeliku wesoło zapraszają przechodniów. W uszach słychać śpiew cykad. Jemy, pijemy, w końcu padamy na łóżka. Zasypiamy w trakcie wczołgiwania się pod moskitierę. Na szczęście komarów jest niewiele. Może i dla nich jest za gorąco? Livingstone położony jest o ponad 1000 metrów poniżej Lusaki, temperatura w nocy dochodzi do 30 stopni, wilgotność sięga 300 procent. Rano, po przebudzeniu jest chyba nawet wilgotniej i goręcej.  

Cdn.

Jan M Fijor

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Sebastian Bigos pisze:

    Zgaduje tylko, że sprzedaje jeszcze osobno zęby krokodyla jakieś kości etc :D. Dałoby się pewnie na tym sensownie zarobić :-). Zwłaszcza jak da się je jakoś rozmnażać :D.

    Poza tym myślałem że max wilgotność to 100% :D. A ten krokodyl ze zdjęcia wpatruje się w fotografa niczym w przekąskę :D. Ciekawe czy tam była jakaś siatka 😛

  2. Jan M. Fijor pisze:

    jasne ze 100 procent, ale chciałem podkreślić wyjątkową wilgotność, więc napisałem 300 procent.
    Tak, ona miał na mnie smaka, ale ostatecznie wybrał kurczaka. Siatki nie było, z tym że ja byłem o 1,5 m wyżej.

    pozdrawiam

  3. Maciej Ordon pisze:

    Bardzo ciekawe. Szkoda, ze mnie tam nie bylo. Jak juz Ci wiele razy mowilem powinienes opublikowac zbior felietonow ze swoich podrozy!

  4. Jan M Fijor pisze:

    A co u ciebie?
    nad jakim kierunkiem pracujesz?
    Powoli skoncze ksiazke o podrozach i wtedy wysle ci do pierwszej korekty.
    pozdr

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *