Spready do nikąd

chat-dymki
8

      Regulacja wysokości spreadów walutowych zarządzona  właśnie przez Sejm nie tylko nie obniży kosztów kredytów walutowych, ale może je jeszcze bardziej podnieść. Nie znaczy to wcale, że Sejm nie jest w stanie poprawić sytuacji polskich kredytobiorców.

1.

      Nie po raz pierwszy politycy, a posłowie to przecież politycy, znaleźli lekarstwo na chorobę gospodarczą, które jest równie szkodliwe, co sama choroba. Dowiedli tym samym – po raz kolejny – że należy im zakazać zajmowania się gospodarką. Chyba że będą to robić za własne pieniądze.

       Co tym razem wymyślili posłowie?

      Aby przeciwdziałać spadającej sile nabywczej złotego w stosunku do franka szwajcarskiego i nadmiernej swobodzie polskich banków, posłowie znowelizowali ustawę i pozwolili dłużnikom na spłatę kredytów zaciągniętych w walucie szwajcarskiej. Do tego bowiem sprowadza się zezwolenie na zakupu waluty szwajcarskiej w kantorach. Posłowie mają nadzieję, że w ten sposób dłużnik kupi walutę taniej, unikając represyjnie wysokich różnic między kursem kupna a kursem sprzedaży.

       Wprawdzie ograniczenie wysokości spreadów walutowych jest działaniem w dobrym kierunku, to jednak nie w spreadach tkwi problem, lecz w regulacjach, które umożliwiały dotąd bankom zmowę i eliminowanie konkurencji. Zamiast zajmować się technologią wymiany walut posłowie powinni zadać sobie pytanie, jak to możliwe, że niemal wszystkie z 70 polskich banków komercyjnych i kilkuset spółdzielczych, jak jeden mąż, stosują wysokie spready walutowe? A jest to możliwe dlatego, że polskie banki cieszą się przywilejami niespotykanymi w żadnym innym biznesie. Dzięki nim mogą nie tylko robić ze swoimi spreadami co zechcą, to na dodatek wolno im umawiać się w tej kwestii z innymi bankami, tworząc kartel, czy nawet monopol. W ramach tego monopolu wszystkie polskie banki zabroniły swoim klientom kupowania waluty na wolnym rynku, co w kontekście niechęci kartelu bankowego do wolnego rynku jest całkiem zrozumiałe. Dlaczego zatem posłowie i Urząd Ochrony Konsumenta nie zabronią bankom tworzenia monopoli pozostaje słodką tajemnicą naszych parlamentariuszy. Tym bardziej, że ani producentom farb, TP S.A. czy sprzedawcom sprzętu elektronicznego nie wolno tworzyć karteli i hamować konkurencji.

2.

       Sama likwidacja monopolu nie wyczerpuje jednak problemu spreadów walutowych, a konkretnie rosnących kosztów spłaty kredytu zaciągniętego we frankach szwajcarskich.

Sytuacji nie zmieni także uchwalona właśnie nowelizacja. Zwłaszcza, że nawet w regulowanych bankach spready walutowe bywają niekiedy niższe niż 1 procent, w kantorach zaś – które cieszą się nieskrępowaną swobodą ustanawiania cen walut – spready nie zawsze są niskie. Np. w połowie lipca 2011 kantorowy spread na rosyjskiego rubla sięgał momentami 20 procent, zresztą w przypadku większości walut b. ZSRR jest on zwykle dwucyfrowy. Dotyczy to także wielu innych walut, nawet tych najwyżej notowanych jak yen czy dolar kanadyjski. Dopuszczenie kantorów do konkurencji na rynku walutowym doprowadzi być może do chwilowej obniżki spreadu na franku, a jeśli nawet z czasem spready się wyrównają na niższym poziomie niż obecny poziom bankowy, nie oznacza to wcale, że kredytobiorcy na tym skorzystają. Banki mające pozycję monopolisty w dziedzinie pieniądza wprowadzą jakieś inne opłaty czy tricki, dzięki którym będą mogły odbić sobie upokorzenia jakich doznały z tytułu wspomnianej uchwały sejmowej.

3.

         Dobrym dla dłużników rozwiązaniem byłoby prowadzenie konta kredytowego w walucie kredytu. Wtedy to kredytobiorca miałby możliwość spłacania swojego długu rzeczywistego (jeśliby tego chciał) bez kosztownego przeliczania, najpierw ze złotych na franki czy inne waluty, później z waluty na złote. Tym bardziej, że wtedy korzystałyby także i banki, które miałyby zapewniony większą podaż walut. Obecna zmiana nie przyniesie kredytobiorcy jakiegoś znaczącego zysku. Nadal bank będzie dyktować wysokość spreadu, gdyż w kantorze nie da się wszystkiego załatwić. Tam tylko nieco taniej kupimy walutę, ale to połowa problemu. Druga część spreadu, a więc ta wynikająca z bankowej procedury przeliczenia kwoty spłaty (raty kredytu) z franków (uzyskanych choćby w kantorze) na złotówki, w jakich prowadzone jest konto kredytowe, obciąży dłużnika.

       Byłoby dobrze, gdyby Sejm poszedł na całość i zezwolił na udzielanie kredytu kantorom i wszystkim innym podmiotom zainteresowanym, co wzmogłoby konkurencję na rynku przyczyniając się do potanienia serwisów kredytowych. Podnosząc przy okazji obowiązkowe rezerwy do 100 procent, co uchroniłoby nas od niebezpiecznej kreacji pustego pieniądza, ale tak się jednak jeszcze długo nie stanie, gdyż uprzywilejowana pozycja banków leży w interesie polityków. Sojusznikiem w walce z wyjątkowo szkodliwymi przywilejami banków jest nadchodzący kryzys finansowy, jest to jednak sojusz przykry, którego cenę zapłcą także ofiary bakowości opartej na kartelizacji i rezerwie cząstkowej.   

4.

       W istniejących warunkach ani spready, ani kantory nie są jednak najważniejszymi głównymi czynnikami wpływającymi na koszty kredytu we frankach. Równie ważna jest relacja popytu i podaży. Każde dziecko wie, że przy rosnącym popycie na jakieś dobro, jego cena zależeć będzie od podaży tego dobra. Jeśli będzie ona rosła szybciej niż podaż, cena spadnie, jeśli będzie przeciwnie,  dobro podrożeje. W tym konkretnym przypadku takim dobrem jest frank szwajcarski, na którego popyt jest większy niż jego podaż. Dlaczego? Bezpośrednio dlatego, że w obecnych warunkach gospodarczych frank cieszy się, i to nie tylko w Polsce, znacznie większym powodzeniem (popyt) niż złotówka, dolar czy nawet euro. Dlatego właśnie posiadacze franka – banki, a od teraz także kantory – mają znacznie więcej nabywców na walutę szwajcarską niż chętnych do pozbycia się jej. Proste! Czy zatem nie ma dla kredytobiorców ratunku?

      Ależ jest!

      Jeśli posłowie naprawdę – a nie na niby, jak robią to dotąd – chcą ulżyć niedoli polskiego kredytobiorcy spłacającemu długi zaciągnięte w walucie szwajcarskiej niech sobie odpowiedzą na pytanie: dlaczego popyt na franka szwajcarskiego jest większy niż podaż tej waluty? Dowiedzą się wtedy, że dzieje się tak dlatego, że Szwajcaria przyjęła model państwa minimum z niewielką liczbą urzędników i regulacji. Ingerencje rządu w gospodarkę są mocno ograniczone chociażby dlatego, że udział sektora państwowego jest tam bardzo niewielki. Jeśli nawet ktoś chce uchwalić ograniczenia czy zastosować środki przymusu, to robi to w drodze referendum, a nie przymusu tzw. demokracji reprezentatywnej. Bo w Szwajcarii od demokracji pośredniej (za pośrednictwem posłów) woli się demokracja bezpośrednią. Skutkiem czego rządzą tam obywatele a nie, jak u nas, elektorat. W Szwajcarii podatki są niskie, a mimo to nie ma deficytu budżetowego, bo tak zabrania go tamtejsza ustawa zasadnicza. Siłą rzeczy szwajcarscy politycy mają ograniczone możliwości kupowania głosów meneli i innych darmozjadów, przekupywanych w innych krajach, także w Polsce, przy pomocy tzw. świadczeń socjalnych i absurdalnych a kosztownych przywilejów.

    Skoro zatem p. premier Pawlak, który jest pomysłodawcą omawianej nowelizacji chce ułatwić życie dłużnikom, niech najpierw uwolni polską gospodarkę od ministerstwa gospodarki, pozwoli ludziom decydować o swoim losie, ograniczając bariery na drodze do życia na własny rachunek i przedsiębiorczości. To z powodzeniem wystarczy, aby o polską walutę zabiegały rynki równie zdecydowanie, co o walutę szwajcarską. Z chwilą, gdy decyzję wyboru waluty podejmuje sam dłużnik (zainteresowany), to wszystko inne jest  wyłącznie jego sprawą. Jeśli podjął błędną decyzję, tylko on ma ponieść konsekwencje jej skutków. Negatywnych także. Obciążanie społeczeństwa konsekwencjami czyjegoś wyboru jest nie tylko szkodliwe gospodarczo kosztowne, ale i niemoralne. Model węgierski, gdzie państwo (czyli podatnicy) składając się na rzecz wspierania bogatych banków i nie tak biednych przecież kredytobiorców zaciągających dług w walutach zagranicznych to kolejna paranoja redystrybucyjna, która przynosi splendor jedynie politykom. Państwo zabiera jednym, że ulżyć drugim. Pod tym względem nie różni się od mafii, czy innych rabusiów.

        Zapewnienie wolności obrotu finansowego, które jest skądinąd fundamentem założycielskim Unii Europejskiej wyeliminuje problemy spreadów i wiele innych. Obywatel będzie miał więcej swobody, mniej kosztów, problem w tym, że w ten sposób premier Pawlak i jego liczna rodzina mogą stracić pracę. Zresztą nie tylko oni. W warunkach zbliżonych (chociażby) do wolnego rynku większość polityków czekałoby zasłużone bezrobocie.

Jan M Fijor

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. mgic pisze:

    Nie odpowiedział Pan wprost dlaczego w Polsce spready są takie wysokie

  2. Jan M Fior pisze:

    Napisalem:
    1. słaba konkurencja na rynku bankowym (kartele);
    2. slaba konkurencja na rynku kredytowym;
    3. drogi frank;
    4. za dużo państwa w gospodarce.

    pozdr
    jmf

  3. mac pisze:

    Spread w kantorach jest b. mały, tylko trzeba negocjować ! To, co wystawione jest „na tablicy”, ma znaczenie wyłącznie informacyjne. Przy w miarę stabilnym rynku (brak nagłych skoków kursu przez 2-3 dni), spread np. na euro to najwyżej 4 grosze, dolar może 5, frank szwajcarski-6. Jeżeli negocjuje się zaciekle, popierając to znajomością bieżącego kursu, można uzyskać jeszcze węższe widełki. Tylko trzeba udać się do „poważnego” kantoru…

  4. mgic pisze:

    Panie Janie, świetny atykuł.
    Co do konkurencji bankowej to się nie zgodzę: od niedawna działają w Polsce nowe banki np. idea bank (8% na lokacie dla przedsiębiorcy), meritum bank, fm bank.
    Co do konkurencji w zakresie kredyt w CHF – jak Pan słusznie zauważył CHF jest mało na rynku, i trudno na tak płytkim rynku robić promocje.
    Co do ingerencji Państwa w działalność banków – nie zgodzę się. Uważam że gdyby u nas bankowość była tak „nowoczesna” jak w USA to być mieli przechlapane. PISowskie ustawy, co jest bardzo śmieszne, uratowały nas przed szambem. U nas cały czas się patrzy na ręce ludziom, bada ich zdolność kredytową, analizuje czy są w stanie spłacić kredyty. I te solidne zasady, zbudowane przy współpracy ustaw państwowych, nie zrobiły Polakom szkód jak w USA.

    Historia ze spreadem to musztarda po obiedzie. Aktualnie mogę spłacać kredyt gotówką tj. kupując w kantorze. We Wrocławiu w kantorze kupię franki po 3,53 (3,54) – np. http://www.feldman-kantor.pl/ , w moim banku tjGE 3,5280 (http://kalkulatory.gemoneybank.pl/WebCalc/Exchange.do).

    Ciekawą sytuację zaobserwowałem porównując wartość kursów kupna, sprzedaży i śr. NBP.
    Pokażę na przykładzie dawnego GE Money w którym mam kredyt:
    03.11.2008 – kurs kupna 2,4605, kurs NBP 2,4805, kurs sprzedaży 2,6147 – spread 6,3%
    31.12.2009 – kurs kupna 2,6782,kurs NBP 2,7717, kurs sprzedaży 2,8212 – spread 5,33 %
    29.07.2011- – kurs kupna 3,3486, kurs śrNBP 3,4795, kurs sprzedaży 3,5280 – spread 5,35%
    03.11.2008 widać ogromną dysproporcję między kursem kupna, a kursem NBP (2 grosze), i kursem NBP a kursem sprzedaży (około 13 groszy)
    31.12.2009 sytuacja odwróciła się w drugą stronę tj. różnica między kursem kupna a NBP wynosi 9 groszy, a kursem NBP a kursem sprzedaży około 5 groszy.

    Jak to skomentujecie?

  5. Jan M Fior pisze:

    Spready w kantorach mogą być małę, ale mogą być i wysokie. Negocjować można także w banku. Negocjacje doradzam przed podpisaniem umowy, a nie po. Banki stosowały duże spredady, ponieważ miały z klientami umowy, na które ci ostatni się zgodzili. W kantorach umowy pisemnej nie ma. Ja wymieniałem kilka razy duze sumy walut w bankach (bez umowy, na gębe) i dostawałem mniejszy spread (niższą cenę) od kantorowegopp. Zresztą od spreada ważniejsza jest cena. 1 frank za 2,50 przy spreadzie 20 proc. jest tańszy niż 1 frank po 3,50 przy spreadzie 1 procentowym. I to jest najważniejsze w tej kwestii.
    pozdr

  6. marcinach pisze:

    Wiem, ze zabrzmi to jak demagogia, ale nie ma zadnych porzadnych dowodow – oprocz biadolenia na „niesprawnosc rynkow” i tego, ze regulacje i dobra publiczne musza byc, bo juz sa panstwowe – i przykladow na „bardzo dobre” panstwowe regulacje. W rzeczywistosci to tak, jak z podatkami, nie ma dobrych panstwowych regulacji, lecz sa mniej lub bardziej zle. Najlepsze rozwiazania oparte sa na rynku. Bez wzgledu o jakiej dziedzinie zycia gospodarczego piszemy. Po kryzysie finansowym w USA, znany montarysta Alan Meltzer zwrocil uwage, aby ci co chca kolejnych regulacji panstwowych pamietali o prawie niezamierzonych konsekwencji. Bo jak tlumaczyli Bastiat i Hazlitt, checi i plan swoje, a rzeczywsitosc pokazuje swoje. Wszystko ma swoje niezaplanowane konsekwencje. Opisany wyzej w artykule przypadek nie jest wyjatkiem.

    Wracajac do regulacji to nawet taki promajsterkowiczowski Bank Swiatowy publikuje coroczny raport dot. regulacji Doing Business (ranking i konsekwencje). Wnioski z nich sa oczywiste, co wczesniej wykazal Simon Djankov. Glownymi beneficjentami panstwowych regulacji sa biurokraci i politycy, a to ze jakas grupa osob skorzytsa przez chwile na tym nie ma wiekszego znaczenia.

    Przypomne to co napisal mistrz piora i wnikliwy obserwator gospodarki Henry Hazlitt (2004): „Sztuka ekonomii polega na tym, by spoglądać nie tylko na bezpośrednie, ale i na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, ale jakie przynosi wszystkim”.

    Zyczeniowa teoria „pocnej dloni panstwa” nie znalazla potwierdzenia w rzeczywistosci, choc wielu ekonomistow i doradcow ekonomicznych ja wspiera, oczywiscie w swoim dobrze pojetym interesie. Historia gospodarcza i historia prawa czesto rowniez ma sie nijak do teorii dobr publicznych i panstwowych regulacji (zob. de Soto, Driscoll). Historia i doswiadczenie pokazuje, ze lepiej pozostawic regulacje wolnemu rynkowi (Djankov, Driscoll, Friedman, Hoskins, Hayek, Sowell czy mistrz Rothbard).

    wybrana litertura;
    Blundell J., Robinson C. (2000), Regulation without the State: The Debate Continues. London: Institute of Economic Affairs.
    de Soto H., (1991), Inny szlak, Warszawa.
    Djankov S i in., (2000) The Regulation of Entry, NBER Working Paper, Nr 7892.
    Friedman D. (2008), Ukryty lad, Fijorr Publ., Warszawa.
    Hazlitt H. (2004), Ekonomia w jednej lekcji, Znak, Krakow.
    O’Driscoll G, Hoskins L. (2007), Argumenty na rzecz regulacji opartych na rynku, Tlumaczenia FOR, Warszawa.
    Rothbard (2009), Interwencjonizm, Fijor Publ., Warszawa.
    Sowell T. (2004), Ekonomia stosowana, Fijor Publ, Warszawa.
    World Bank, Doing Business (rozne lata), Washington, DC.

  7. marcinach pisze:

    Moim poprzednim komentarzem chialem tylko podeprzec wnioski p. Jana, ktory zwrocil na to co dla ekonomistow i komentatorow gospodarczych powinno byc oczywiste. Czytajac artykuly na innych portalach (gazety, poratle bankowe) mozna odniesc wrazenie, ze „ekonomisci” nie wiedza o czym pisze, albo o co w tym chodzi..

    Czasami odnosze wrazenie, ze eksperci to sa jak ci analitycy rynku z kawalu, w ktorym analityk finansowy mowi, ze nie rozumie modelu gospodarczego (zmatematyzwoanego oczywiscie). Na to jego kolega mowi, ze moze go dla niego zinterpretowac. A ten jemu odpowiada, ze on tez to moze, ale go nie rozumie. Najwidoczniej niektorym to wystarcza.

  8. marcinach pisze:

    Przepraszam za bledy i zjadanie liter. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *