sekrety

Sekrety amerykańskich milionerów czyli krezusi z sąsiedztwa

chat-dymki
29
  • Autor: Thomas J. Stanley William D. Danko
  • Tłumaczenie: Jan M. Fijor
  • ISBN: 83-97621-79-7
  • Strony: 301
  • Cena: 32 zł (cena hurtowa)
Zamów

(Fragment Wstępu do II wydania)

(…) We współczesnym świecie grant, dotacja, darmowe transfery z kasy publicznej czy wygrana na loterii stały się gwarantem  szczęścia i sprawiedliwości, zaś bogactwo zdobyte ciężką pracą to przeżytek,  niekiedy wręcz przekleństwo. Czy trudno się dziwić, że na skraju bankructwa znalazła się nie tylko Grecja i Portugalia, ale i takie potęgi gospodarcze, jak Wielka Brytania, Belgia, Włochy, a bezrobocie – w, znajdujących się od 4 latach w zapaści gospodarczej, Stanach Zjednoczonych – jest dwucyfrowe.

Zamiast powrócić do starego, sprawdzonego modelu: przedsiębiorczości, odpowiedzialności, oszczędzania i solidnej pracy, którego owocem było zawsze bogactwo narodów, przywódcy polityczni i związkowi odgrażają się, że kapitalizm ukrócą a bogatym utrą nosa. Jaskrawym przykładem takiej filozofii jest ogłoszony przez prezydenta Stanów Zjednoczonych, program odbudowy gospodarki, który ma polegać m.in. na nałożeniu na najlepiej zarabiających Amerykanów, tych których dochód przekracza milion dolarów rocznie, dotkliwego podatku; mówi  się nawet o przedziale marginalnym na wysokości 80 procent.

W USA opresyjne podatki (do 95 procent) od najlepiej zarabiających to żadna nowość. Zaskakujące jest jednak to, że tym razem autorem pomysłu opodatkowania najbogatszych nie jest lewicowy intelektualista czy ambitny populista, lecz jeden z najbogatszych ludzi świata, finansista, multimiliarder, Warren Buffett. Otóż, giełdowy Prorok z Omahy, uznawszy że  zanosi do urzędu skarbowego mniej (17,7 proc.) podatku dochodowego niż jego sekretarka (30 proc.), uderzył się w piersi i zaproponował – zresztą nie on jeden, podobnego zdania są inni amerykańscy nababowie m.in. George Soros czy Bill Gates – by kongres, w imię sprawiedliwości społecznej, obciążył jego i innych najbogatszych super podatkiem.

Tymczasem, „podatek Buffetta”, bo tak go ochrzciły media, nie tylko nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością społeczną, on co gorsza opiera się na błędnych przesłankach. Po pierwsze, nieprawdą jest że Buffett płaci mniej niż jego sekretarka. Dziecko jest w stanie  wyliczyć, że 17,7 procent od 1 miliarda (bo tyle niekiedy zarabia Buffett) to 177 milionów dolarów, podczas gdy 30 procent od dochodu sekretarki, czyli od 50 tysięcy dolarów, to zaledwie 15 tysięcy dolarów. Różnica kolosalna. Po drugie, to że sekretarka pracuje jest możliwe dzięki temu, że Warren Buffett stworzył jej miejsce pracy. Zresztą Bufett płaci sekretarce znacznie więcej.
Będąc jej pracodawcą pokrywa za nią połowę składek ubezpieczenia socjalnego (ok. 8 proc. dochodu sekretarki), ponosi koszty jej urlopu, choroby, ubezpieczenia lekarskiego i wiele innych wydatków. Pomijam już fakt, że z danych amerykańskiego fiskusa (IRS) wynika, iż osoby zarabiające w przedziale od 34 – 50 tysięcy dolarów płacą efektywnie zaledwie 10 procent podatku, a nie jak wyliczył Buffett, 30 procent. A także to, że 5 procent najlepiej zarabiających Amerykanów płaci blisko 30 procent wolumenu podatków, połowa Amerykanów płaci 90 procent podatków, zaś druga połowa nie płaci ich w ogóle.

W umysłach laika pojawia się pytanie: czy to możliwe, żeby Buffett się pomylił? Żeby lekką ręką chciał oddać kilkaset milionów dolarów rocznie? Qui bono? Wszak Ludwig von Mises pisał, że człowiek działa racjonalnie, a więc tak, aby było mu lepiej. Być może Buffett ma wyrzuty sumienia i w ten sposób chce je zmazać? To bardzo prawdopodobne, jednakże zbyt proste wytłumaczenie. A może obawia się o swoje życie? W Stanach Zjednoczonych narasta wrogość wobec najbogatszych, więc guru nie chce podzielić losu krezusów, którzy zginęli na szafotach Paryża czy w kazamatach St. Petersburga. Zwłaszcza, że Buffett nie jest człowiekiem rozrzutnym, wystarczy mu te kilkaset milionów, które ma na książeczce. To też możliwe, choć mało prawdopodobne. A może ten wybitny inwestor nie zna podstaw ekonomii? To niemożliwe. On dobrze wie, że wysokie podatki nie są warunkiem efektywności gospodarczej, skuteczności działania państwa, czy nawet sprawiedliwości społecznej, cokolwiek pod tym terminem rozumieć. Wręcz przeciwnie. Buffett nieraz mówił, że wysokie podatki są źródłem marnotrawstwa, błędnej alokacji zasobów, obniżają motywację do pracy i demoralizują. Wie dobrze, że w krajach mniej liberalnych, gdzie ludzi bogatych traktuje się znacznie gorzej niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie państwo jest „solidarne” i „pochyla się nad ubogimi”, obciążenia podatkowe niżej zarabiających są wyższe niż w USA; biedni płacą całą masę podatków pośrednich (VAT, akcyza itp.), które nakładane są na bogatych w celach redystrybucyjnych po to tylko, aby wystarczyło na wyrównywanie szans ludziom „mniej uprzywilejowanym”. Jednakże samo zabieranie bogatym i dawanie biednym – pisze Bertrand de Jouvenel[1] – nie wystarcza. Trzeba też zabierać biednym, żeby wystarczyło dla mniej biednych.
Lektura „Sekretów….”  dowodzi ponadto, że ludzie zarabiający1 mln dolarów rocznie rzadko kiedy są milionerami. Tylko co ósmy z tej grupy posiada majątek wart milion dolarów lub więcej. Reszta – piszą Stanley i Danco – płaci rachunki i podatki. Dlaczego mimo wysokich  dochodów nie są w stanie dorobić się miliona? Przyczyny takiego stanu rzeczy – wyjaśnia Thomas J. Stanley w swej najnowszej książce – są właściwie dwie: ludzie ci nadmiernie konsumują[2], płacąc przy tym horrendalne podatki. Niemal połowę ich dochodu pochłania fiskus, stąd nie są w stanie zgromadzić majątku trwałego o wartości  przekraczającej 1 milion dolarów. Jeśli zapłacą ponadto „podatek Buffetta” znajdą się – to nie żadna przesada – w sytuacji naprawdę trudnej. Pamiętajmy też, że 1 milion dolarów rocznie nie zarabia się przypadkowo. Takie dochody osiągają wysokiej klasy specjaliści; lekarze, architekci, pisarze, inni twórcy kultury, menadżerowie korporacji – słowem ludzie posiadający unikalną wiedzę, talenty i doświadczenie. Uderzenie ich po kieszeni odbierze im motywację do intensywnej  pracy, albo zmusi do wyjazdu w bardziej przyjazne rejony świata. Takie zjawisko miało miejsce w Wielkiej Brytanii, mniej więcej 60 lat temu. Dotkliwe opodatkowanie elity intelektualnej i gospodarczej kraju doprowadziło jej część do zmiany zawodu, wielu Anglię opuściło, kierując się na drugi brzeg Atlantyku, reszta po prostu wybrała status rentiera. Od tego czasu gospodarka (i kultura) Wielkiej Brytanii stacza się po równi pochyłej.

Aby poznać prawdziwą przyczynę masochizmu fiskalnego Warrena Buffetta wystarczy sięgnąć po liczydło. Gdyby miliarder naprawdę nie chciał dużych pieniędzy mógłby w każdej chwili przeznaczyć wszystko co posiada na cele dobroczynne[3]. On jednak wie, że duża kasa gwarantuje dużą władzę, tym bardziej, gdy ma się życzliwość rządzących. Trudne żeby jej nie miał,  skoro głośno domaga się podwyżki podatku. Politycy to kochają. Buffett, jak każdy normalny człowiek i biznesmen nie cierpi konkurencji. Wie dobrze, że jeśli on od zarobionego 1 miliarda dolarów zapłaci 80 procent podatku, to na rękę zostanie mu nieco ponad 200 milionów, gdy tymczasem Smithowi czy Wilsonowi, którzy zarabiają 1 milion rocznie „tylko” niewiele powyżej 200 tysięcy dolarów. Niby podatek „taki sam”, a jednak różnica ogromna. Przy takiej przewadze, ani Smith ani Wilson nie są w stanie zrobić Buffettowi konkurencji, a jeśli już, będzie im bardzo trudno. I to jest podstawowy powód, dla którego ludzie bogaci nie boją się podatków. Tym bardziej, że mają możliwość pokrywania większości swoich wydatków z przychodów firm, których są właścicielami. Państwo dba o to, aby firmom tym nie stała się krzywda ze strony konkurentów. A jeśli nie daj Boże przydarzy im się kryzys, jak obecny, są na tyle duże, że rząd nie pozwoli im upaść. Super podatek zapłacony od dochodu okaże się wówczas dochodową inwestycją. Dlatego, rację ma Herman Cain, kandydat na prezydenta w nadchodzących wyborach, mówić, że „Okupujący Wall Street” powinni przenieść swoje demonstracje na 1600 Pennsylvania Avenue,  pod Biały Dom, bo tam jest jaskinia zła.

Pisałem, że w ciągu 14 lat od jej wydania książka Stanleya i Danco nie straciła na aktualności. I to jest prawda, gdy chodzi o jej  warstwę filozoficzną. Zmieniły się niektóre realia finansowe i demograficzne. Zastanawialiśmy się nad specjalnymi przypisami aktualizującymi dane sprzed 15 lat, ale i tutaj doszliśmy do wniosku, że jest to właściwie  zbyteczne. Po pierwsze, odsetek ludzi z majątkiem powyżej 1 miliona dolarów, po chwilowym wzroście w początkach XXI wieku do ok. 4 proc., po 2008 roku, kiedy Stany Zjednoczone wpadły w spiralę kryzysu, wrócił do swego normalnego poziomu 3,5 procent, jaki notuje praktycznie od przełomu wieku XIX i XX. W okresie dekady od momentu pierwszego wydania, do końca 2007 roku, zmieniły się drastycznie ceny domów, w niektórych rejonach wzrosły one aż o 80 proc. i więcej. Jednakże obserwowana od 3 lat korekta rynku nieruchomości sprowadza je do normy, a nawet poniżej. Odnosi się to także do relacji dochodu do wartości nieruchomości, która powróciła do proporcji z połowy lat 90. ubiegłego stulecia. Wzrosła natomiast liczba ludzi biednych. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Primo, kryzys, secundo, polityka rządu stymulująca  konsumpcję, tertio, fatalne błędy banku centralnego FED, które niemal kompletnie zniechęciły Amerykanów do oszczędzania. Wreszcie, inflacja, z wszystkimi swoimi konsekwencjami, jak wzrost cen bez wzrostu wartości, czyli spadek siły nabywczej pieniądza rodzący bańki inwestycyjne czy to na rynku surowców czy na Wall Street.

Co prawda, nie do końca udała się autorom prognoza gospodarcza sięgająca roku 2005, nie przewidzieli też głębokiego
kryzysu, jaki owładną Stanami Zjednoczonymi i światem w ogóle, mimo to ludzie, którzy żyją po milionersku, a więc
gospodarni, ciężko pracujący, rzetelni, dobrzy ojcowie i mężowie nadal mają się znacznie lepiej i są szczęśliwsi, od uganiających się w ferrari utracjuszy w garniturach od Armaniego z rolexami na przegubach, a więc tych, którzy po milionersku wyglądają. Termu właśnie zagadnieniu poświęcona jest najnowsza książka Thomasa J. Stanleya, „Przestań zgrywać milionera, lepiej nim zostań”[4].

Jan M Fijor


[1] Bertrand de Jouvenel, Redystrybucja, grabież czy
ignorancja
, tłum. J. Bereta, Fijorr Publishing 2011.

[2] Konsumpcja, zdaniem większości polityków, po obu stronach Atlantyku, ma rzekomo stymulować rozwój gospodarczy. Niestety, są oni w błędzie, który jest powtarzany od blisko 75  lat, czyli od chwili pojawienia się wiekopomnej, choć niestety błędnej, teorii Johna M. Keynesa (Zobacz: Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza).

[3] Z całym szacunkiem dla dotychczasowej działalności filantropijnej Buffetta, który przeznaczył na potrzeby fundacji Państwa Gatesów przeznaczył miliardy dolarów. Każda darowizna daje w USA prawo odpisu jej od dochodu do opodatkowania.

[4] Thomas J. Stanley Przestań zgrywać milionera, tłum. R. Rudowski, Fijorr Publishing Warszawa 2010.

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Marek Łangalis pisze:

    O ile dobrze pamiętam to w Wielkiej Brytanii jakieś potworne stawki pdoatkowe (powyżej 80%) były dla wysokich dochodów w połowie lat 70 XX wieku. Spowodowało to, że muzycy największych brytyjskich zespołów (Rolling Stones, Led Zeppelin, Pink Floyd i inni, którzy zarabiali dobrze powyżej miliona funtów rocznie) musieli udać się na emigrację. Prawo było takie, ze mogli tylko kilka dni przebywać w UK. Stawka od 1974 r. wynosiła 83% dla zarobków powyżej 20 tys. funtów rocznie i została obniżona do 60% dopiero w 1979 r. A ta została obniżona dopiero w 1988 r. do 40% (dla dochodów powyżej 19 300 funtów). Weźmy pod uwagę, ze 20 tys. funtów na początku lat 70 funtów to jest ok. 130 tys. funtów dziś.
    Led Zeppelin poświęciło tej swojej emigracji nawet jedną piosenkę Achilles Last Stand:
    It was an april morning when they told us we should go
    As I turn to you, you smiled at me
    How could we say no?

    Dane dotyczące stawek podatkowych – http://www.hmrc.gov.uk/stats/tax_structure/incometaxrates_1974to1990.pdf

  2. M.J. pisze:

    Ja jestem jeszcze posiadaczem tego pierwszego wydania i muszę przyznać szczerze, że przez to, że odbicie jest prawie „podziemne” to jeszcze jej nie przeczytałem, ale teraz przypomniałem sobie o niej i może w końcu przeczytam, bo wydawała się błyskotliwa.
    Mógłby Pan dać całą nową część wstępu w jakimś pdf?

  3. Jan M Fijor pisze:

    Ta książka to absolutna rewelacja. Co zdanie, to szok, a przynajmniej odkrycie. Byłem zdumiony, jak aktualna jest ona mimo upływu 15 lat od jej wydania amerykańskiego. Sama mądrość. Stosowanie się do wskazań autorów daje więcej kasy niż te wzystkie demoralizujące fundusze unijne.

    Ukłony
    PS. Postaram się wrzucić cały wstęp w pdf.

  4. M.J. pisze:

    Dzięki,
    swoją drogą przeglądam frizonę (robię to rzadko) i natrafiłem na takie coś, co jest chyba podstawieniem do schematu:
    „Znam wielu zwolenników austriackiej szkoły ekonomii, są miłymi ludźmi. Przychodzą do mnie jak do profesora. Bardzo mi ich szkoda i próbuję skierować ich na dobrą drogę. Liczę na ich ocalenie. Rozmawiamy, mówią, że mają problemy z ekonometrią i statystyką, są nieśmiali, chcieliby estymować, kalibrować, symulować i aproksymować. Przecież człowiek potrzebuje ekonomii matematycznej. W niektórych przypadkach mi się udało.”
    No ale to może już w charakterze off topic i lekkiej prowokacji do dyskusji…

  5. M.J. pisze:

    Wybacz podwójny komentarz, ale w związku z frizoną skojarzył mi się jeszcze jeden wątek, mianowicie zarzut braku wkładu w teorię ekonomii obecnych przedstawicieli ASE i ja jako, że interesuję się ASE bardziej hobbystycznie i nie ciągnie mnie do przeczytania wszystkich dostępnych pozycji, nie jestem wstanie jednoznacznie zgodzić się lub zaprzeczyć tej tezie. Bo z jednej strony przecież jest kilku nadal świetnych przedstawicieli tej szkoły, ale nie wydali oni przez ostanie kilkadziesiąt lat dzieł tak przełomowych jak „Socjalizm”, teoria pieniądza Misesa, „Ludzkie działanie”, czy „Man economy and state”. Wprawdzie pojawiają się nadal dobre tytuły, ale albo skupiają się bardziej na analizie, historii bądź delikatnym rozszerzeniu teorii.
    Więc pojawia się takie wrażenie jakby ASE trochę się zatrzymywała na już osiągniętych celach i pytanie: czy ASE odegrała już swoją rolę w historii i poza tą najbardziej kompletną i spójną teorią spośród wszystkich szkół ekonomii wiele się nie wydarzy, czy może jest to chwilowy zastój?
    Proszę się jakoś odnieść, bo zarzut wydaje mi się dość poważny, który jednak jestem bardziej skłonny odrzucić, gdyż teoria jest niezwykle kompleta, a ukazało się kilka podobno mocnych pozycji jednak ich nie znam więc wolę nie oceniać pochopnie, ale na pewno nie ma takich osób jak Rothbard, Mises, Hazlitt, którzy są w stanie porwać i przemawiać do ludzi, chyba, że wymagam za wiele a taka trójka gigantów rodzi się raz na cywilizację.

    PS przepraszam za ewentualne powtórzenia, ale przeczytałem tekst i myślę, że jest wystarczająco klarowny, a z racji późnej już pory, niestety nie chce mi się go poprawiać.
    Pozdrawiam

  6. Jan M Fijor pisze:

    @MJ do jakich zarzutów mam się odnieść? Zę szkoła austriacka uważa człowieka za istotę inną od zwierzęcia czy cząstek elementarnych? Że na człowieku (w odniesieniu do jego działania) doświadczeń fizycznych robić się nie da? Czy to trzeba udowadniać? ASE korzysta z ekonometrii, ale tylko jako narzędzia statystyki (historii), a nie służącego prognozom. Czego szkoła austriacka nie robi? Nie aprobuje interwencjonizmu? chce wolneo rynku? Czy coś w tym złego?

    Ukłony
    JM Fijor
    PS. Jeśli ktoś uważa, że ASE jest mało twórcza niech sięgnie po http://www.mises.org

  7. M.J. pisze:

    Oczywiście chodziło o zarzut braku jakiś kroków milowych w rozwoju teorii ekonomii i, że teraz w ASE jest zastój. (obydwa komentarze nie są powiązane niczym poza firizoną i moją osobą).

    W sumie to na podstawie Twoich słów mogę powiedzieć że sprawdziła się moja opinia, że teoria ASE jest po prostu tak cholernie kompletna, że nie da się już do niej włożyć tyle ile, dało się to zrobić kiedyś.

    Pozdrawiam

  8. Jan M Fijor pisze:

    A czego w teorii brakuje? WASE jest wiecej prawdy i rozsadku niz w innych teoriach. Niech inni popracują trochę, to znaczy przejdą na ASE
    Zgrabnego porównania Austriaków z neoklasykami dokonał de Soto w Szkole austriackiej.

    Ukłony

  9. rafal pisze:

    Zgadza się, ale to już chyba w latach 60-tych były te podatki. G. Harrison o tym opowiada, jak rząd okradł The Beatles i że mimo miliardowych zysków, nie mogą spocząć na tym, co zarobili. Jeśli mnie słuch nie myli, rząd UK zabrał Beatlesom 93% ich zarobków.
    http://www.youtube.com/watch?v=pFQK2XGZOjM

  10. Marek Łangalis pisze:

    @ Rafal

    Obejrzałem ten wywiad z Harrisonem. Wynika z niego dokładnie to co Pan napisał, że Beatlesi płacili 93% stawki podatku dochodowego. SZOK! Wychodzi na to, że stawka 83% w 1974 r. była znaczną obniżką.
    Ale dzięki tak wysokim stawkom podatkowym młodzież amerykańska mogła posłuchać trochę brytyjskiej muzyki na żywo:), a Francja wzbogaciła się o kilka celebrities na Lazurowym Wybrzeżu.

  11. Marek Łangalis pisze:

    Przecież George Harrison napisał piosenkę Taxman na album Revolver. Tutaj ze słowami
    http://www.youtube.com/watch?v=JuiaspFqEyc

  12. Jan M Fijor pisze:

    Tak źle to nie było. 93 proc., to była stawka marginalna. Średnio nie płacili więcej niż 88 procent.

    pozdrawiam

  13. Kamil A. pisze:

    Witam, czy książka ta zostanie wkrótce dodana do oferty sklepu http://fijor.pl/ ? Aktualnie jest tam jedynie widoczne pierwsze wydanie z przypisem „brak!”.

    Pozdrawiam

  14. Jan M Fijor pisze:

    Książka jest już dodana, ale w związku z dość dużym popytem, występowały braki w dostawach. Już nie występują. za niedogodność przepraszamy

    pozdrawiam

  15. Lukas pisze:

    Bardzo ładna szata graficzna, w stylu inwestowania w jednej lekcji. Prosta i schludna. Miło było by widzieć następne ksiązki wydawnictwa stylizowane na taką serię.

  16. ad nastapi pisze:

    a ja nawet nie mam za co zyc a co dopiero podatki placic. A czas na wypowiedź mam?

  17. Jan M. Fijor pisze:

    Nie masz pieniędzy? To idź do pomocy społecznej, albo do kuchni dla biednych. jesttego pełono. jeśli nie masz dochodu, to nie musisz płacić podatków. O jakiej wypowiedzi piszesz? Jeśli ikt ci nie zabroni, to możesz się wypowiadać, tylko co ci z tego przyjdzie?

    pozdrawiam

  18. Radi pisze:

    Jak ktoś ma kilkanaście czy kilkadziesiąt milonów dolarów na koncie to nie zbankrutuje jak kupi sobie Rolexa czy nawet Ferrari. Człowiek powinien zarabiać ale i też korzystać z życia. Tak jak lubi.

  19. Jan M. Fijor pisze:

    No, więc Ludzie, którzy są milionerami – przedsiębiorcami nie kupują Rolexów ani Ferrari, bo nie widzą w tym sensu. Nie potrzebują się dowartościowywać
    w ten sposób. Mimo iż ich na to stać. Nie chodzi jednak o to, czy kogoś stać, lecz o to, jakim systemem wartości człowiek się kieruje.
    Proponuje przeczytać książkę tego samego autora pt. Przestań zgrywać milionera.

    Ukłony

  20. Marek Boss pisze:

    Milioner-przedsiebiorca, który otacza się Rolls-Royce,ferrari, drogim winem, zegarkami i jest zapraszany na porządne bankiety to jest normalny milioner, ale z grona MULTI-milioner, czyli tacy, co mają po kilkadziesiąt/kilkaset mln EURO…
    Typowy milioner z tej ksiazki ma 3-4 mln zł, a takiego nie stać na Rollsa, który kosztuje 3.5mln w jednej z lepszych wersji.

  21. Jan M. Fijor pisze:

    Niestety, a raczej: na szczescie, myli sie pan. Czlowiek, ktory otacza sie rollexami, ferrari itp zbytkami rzadko kiedy jest milionerem.
    Nie ma znaczenia nawet ile zarabia. Posrod osob zarabiajacych (ja caly czas mowie o przedsiebiorcach, o producentach) 1 milion rocznie tylko 12 proc. to milionerzy Ludzie, o ktorych pan pisze, to albo utracjusze (show biznes, lobbysci, politycy) albo rentierzy, zyjacy z pieniedzy odziedziczonych. Czlowiekia posiadajacego majatek rzedu 3-4 mln dol. stac na ferrari czy nawet rollce royce’a, ale nie sa im one potrzebne, jako symbole zamoznosci. Zreszta to dotyczy ludzi z kazdej polki zamoznosci. Dlatego wlasnie Warren Buffett, Michael Dell czy Bill Gates nie jezdza rollce
    royce’ami czy ferrari, lecz zwyklymi, porzadnymi samochodami.

    Uklony

  22. Świetna książka, wydanie II. Szkoda, że aż TYLE literówek jest w środku. Może w wydaniu III będzie mniej 🙂 Polecam wszystkim. Książka powinna być lekturą obowiązkową w szkole (np. na przedmiocie przedsiębiorczość). Swoją drogą ciekawe jak wypadłyby takie badania w Polsce.

  23. Jan M. Fijor pisze:

    Wydanie III jest uaktualnione przez autora, a także poprawione. Polecam. Ukłony

  24. […] i oczywiście książki, których jeszcze nie czytałem: Sekrety amerykańskich milionerów http://www.fijor.com/sekrety-amerykanskich-milionerow-czyli-krezusi-z-sasiedztwa/ lub Sekrety bogacenia się […]

  25. Grzegorz pisze:

    A ja własnie mam majątek ponad milion zł w wieku 30 lat zaczynając od zera. Co ciekawe zdobyłem go pracując w pocie czoła po 300 godzin w miesiącu, (w lipcu pracowałem 375 godzin) oszczędzając każdy grosz i inwestując w nieruchomości. Co ciekawe od lat szukam tego sposobu na ,,łatwą” kasę poprzez dotacje, darowizny czy wygraną w lotto i przyznam szczerze ,że jest on niebywale nieuchwytny. Za to te stare żmudne sposoby są wyjątkowo skuteczne , choć przyznam szczerze bardzo czasochłonne , a o niebywałej determinacji i poświęceniu potrzebnej przy tym nie wspomnę.
    Według mnie najszybszą drogą dla osoby bez grosza przy duszy na zrobienie majątku wartego ponad milion netto jest tworzenie aktywów poprzez umiejętne wykorzystanie dobrego długu do stworzenia łatwych w automatyzacji systemów biznesowych. Następnie odsprzedanie gotowego systemu i ulokowanie gotówki w jakąś bezpieczną inwestycję , lub zachowanie systemu i lokowanie dochodu w bezpieczne inwestycje o stałym i pewnym przychodzie pasywnym.
    Ja np otworzyłem 10 lat temu pizzerię (jeśli można to było w tedy tak nazwać) od pożyczonego kapitału w wysokości UWAGA 6 tys zl za co kupiłem piec,ulotki i towar , a resztę potrzebnego sprzętu zakosiłem mamie z kuchni.Dochód systematycznie odkładałem i stosując pewne techniki kupiłem kamienicę z 18 mieszkaniami. Cięzka praca ludzi wzbogaca 🙂

  26. Jan M. Fijor pisze:

    Jesteś dzielny, pracowity i gospodarny – takie działanie musi się udać.
    choć rzecz jasna na kontestacja.com parę osób szybko by znalazło kontrprzykłady, jak to ich kuzyn/wujek
    itp. pracowali, ale stracili, bo przyszła wichura/tsunami etc. Teraz Grzegorzu spokojnie zajmij sie rodziną
    i pamiętaj, że ona potrzebuje coraz więcej (inflacja) milionów i ojca/męża/syna.

    Pozdrawiam

  27. Grzegorz Łapa pisze:

    Dziękuje Panu za tak miłe słowa 🙂 Swoją drogą chciałbym zauważyć ,że zgromadził Pan tutaj całą masę wartościowej wiedzy. Dziękuję – wiedza to skarb. Miło ,że się Pan nią dzieli.
    Co do paru osób z kontestacji to chciałbym dodać,że każdy czasem upada…Pytanie tylko czy potrafisz się podnieść i próbować dalej, aż ci się uda?
    Ja sam w ciągu tych 10 lat plajtowałem 3 razy i był kiedyś taki moment poprzedziły go 2 lata pracy za darmo, że pracowałem sam. Tak dosłownie prowadziłem pizzerię sam bo kucharz z nudów rzucił szuflą i odszedł. Mogłem w tedy zamknąć , ale sie nie poddałem. Po przyjęciu zamówienia kręciłem pizze, pakowałem do torby , zamykałem lokal i jechałem zawieść… 3x zmieniałem nazwę i ruszałem od początku. W końcu się udało…
    Determinacja i wiara to klucz do każdego sukcesu. Być może wujkom/kuzynom słuchaczy kontestacji zabrakło własnie tego decydującego czynnika?

  28. Jan M. Fijor pisze:

    Mam nadzieje, że twoje doswiadczenia kogoś czegoś nauczą.
    dużo powodzenia ci życzę.
    pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *