Georgioba (I)

chat-dymki
5

Tamada

 

Georgioba, to dzień patrona Gruzji, św. Jerzego, święto obchodzone uroczyście w całym kraju 23 listopada. To szczególna
okazja do spotkań, refleksji, smutków i radości. Od kilku lat w gwarze wznoszonych toastów, przebija nuta rozczarowania.

Georgij nie pamięta już, kiedy po  raz ostatni z dumą i optymizmem obchodził swoje imieniny. Z każdym rokiem powodów do radości jest coraz mniej. Długie niegdyś i soczyste toasty wiejskiego tamady wywoływane przy kieliszku superavi, albo czaczy,
samogonu z którego dom Georgija był sławny w całej okolicy, są coraz krótsze i bardziej ponure.  Nawet toast za rodzinę, od którego co roku rozpoczyna swoje święto. Bo, jakże tu się cieszyć, kiedy zięć Alan, mąż Gwance, najstarszej córki Georgija od trzech lat nie daje znaku życia. Wyjechał za robotą do Moskwy i ślad po nim zaginął. Nad rodzinnym szczęściem, z którego Georgij był zawsze taki dumny, wisi smutek ukochanej córki. Wnuczki pytają, Dziadek, a gdzie nasz papcio, i Georgij nie wie, co im odpowiedzieć. Sąsiedzi pocieszają ich, że pewnie ktoś go w Moskwie ubił, bo Rosjanie kaukaskim ludziom nie dowierzają i napaści na kaukaskich górali zdarzają się często, ale Gwance i Georgij dobrze wiedzą, że chłopak od rodziny uciekł. Georgij chciał pojechać do Moskwy, żeby go odnaleźć, ale nie wystarczyło pieniędzy na wizę. Odkąd prezydent Saakashvili zerwał stosunki z Rosją wiza kosztuje ponad 3000 dolarów. Takich pieniędzy już nie mają. Kontakty w rodzinach rozpadają się.

W podstołecznej wiosce Ahalisopele Alan nie jest pierwszy mężczyzną, który zapadł się pod ziemię. Co rusz słyszy się, że
ten czy tamten wyjechał i przepadł. Wracają na stałe coraz rzadziej. Bo i po co? W Gruzji pracy nie ma, biznes założyć trudno, podatki rosną, banki jak pijawki wysysają z gospodarki każdy grosz, więc ludzie z rozdartym sercem, bo dla Gruzina ojczyzna jest synonimem życia, szukają szczęścia poza granicami. Tym bardziej, że w przeszłość odeszła nadzieja Gruzinów na lepsze życie, którą każdego dnia zabija arogancja gruzińskiej władzy. Nawet zatwardziali bojownicy o suwerenność swego filigranowego  kraju, przyznają się, że tęsknią za czasami Szewardnadze, który co prawda był komuchem, a w kraju brakowało gazu, światła i porządku, ale przynajmniej wolność w nim była. Bo wolność  dla Gruzina to synonim ojczyzny.

Połowa Gruzji żyje z pracy zagranicznej swoich krewnych. Trzy czwarte z nich pracuje w Rosji, a dokładniej w Moskwie.

Alan, przez rok przysyłał do domu co miesiąc po kilkaset dolarów, za co udało się dom wyremontować i kupić samochód dostawczy, który postawiono na taksówce. Dzwonił do żony, mówił, że tęskni, czule pytał o rodzinę, rozmawiał z córkami, potem przekazy były coraz mniejsze, telefony coraz rzadsze, aż w końcu ustały. Lili, żona Gieorgija od 30 lat, jej młodsza córka, Marina, syn Gielo – nie mają dziś życia. Wszyscy gryzą się losem Gwance. Lepiej byłoby, gdyby nie wyszła za mąż. Nie dość, że straciła chłopa, że jest sama i więdnie, to na dodatek jej wstyd, bo ludzie bywają okrutni: szeptają, palcami wytykają. Staropanieństwo jej wróżą. Kto będzie chcieć samotną matkę z dwojgiem dzieci? Panien w Gruzji nie brakuje, to o kawalerów jest coraz trudniej. Czy można się Gwance dziwić, że przestała do cerkwi chodzić, sięga po wino, od
ludzi stroni.

Dzisiaj towarzyscy Gruzini zamykają się w sobie, rzadziej i mniej rozmawiają, patrzą na siebie spode łba, bo władza stała się wyczulona na krytykę i chętnie podsłuchuje, co też naród mówi. Nieostrożnie wypowiedziana opinia może spowodować
przykrości; można stracić pracę, mieć kontrolę skarbową, albo dostać w ciemnym zaułku po gębie. Georgij dziwi się więc w samotności: Michal Saakashvili, prezydent kraju, żył podobno wiele lat w Ameryce, ale niewiele z tego, co tam widział,
swojemu rodzinnemu krajowi przekazał. Gdzie ten wolny rynek, kapitalizm, swoboda? Siedzi w pałacu, który sobie postawił za 700 milionów dolarów, otoczony kamaryllą swoich ludzi – mówi Georgij półszeptem prosto do mego ucha – i szukają
sposobu, jak by tu nam dołożyć . Dwa lata temu wymyślili podatek od grobu, 300 lari rocznie. Ludzie się zbuntowali, bo jak wdowa, której emerytura wynosi 90 – 100 lari czy może zapłacić taki haracz za mogił męża? A gdzie woda, gaz, światło,
jedzenie? Był bunt, decyzję prezydent cofnął. Spokój nie trwał długo. Ot, przyszedł im kilka miesięcy temu do głowy nowy pomysł z piekła rodem. Odtąd za wywóz śmieci rachunek wystawiać będzie elektrownia. Im więcej prądu zużywasz,
tym więcej płacisz za śmieci. Ludzie siedzą więc po ciemku, przy jednej niewielkiej żarówce, zimą lodówkę wyłączają, telewizor oglądają od święta. Na domiar złego, Georgij stracił pracę w kombinacie produkującym dachówki i rury
kanalizacyjne. Komu dziś potrzebne są takie produkty, jeśli – poza pałacami dla rządzących, fasadami dla zagranicznych oficjeli i infrastrukturą dla garstki turystów z Zachodu – prawie nic się nie buduje. Rząd narzuca nowe cła, podnosi podatki i
inne opłaty, jak choćby ta za wywóz śmieci, żeby mieć na wykwintne zachcianki, o zwykłych ludziach zapomina. I dlatego w centrum Kuitasi, Telawi czy nawet Tbilisi na każdym kroku rozpadają się dachy, klatki schodowe, ściany nieremontowanych
od końca II wojny światowej kamienic, zaś ich upokorzeni lokatorzy okutani w ciepłe płaszcze wspominają lipcowe upały, oszczędzając zimą na ogrzewaniu.

Georgij i dziesiątki innych osób, z którymi rozmawiałem zastanawia się co też doradzają prezydentowi te tysiące zagranicznych doradców i ekspertów z Niemiec, Stanów Zjednoczonych, a nawet z Polski, którzy rozbijają się po Gruzji landcruiserami i landroverami, bo przecież normalnym samochodem po gruzińskich drogach jeździć coraz trudniej. Prezydent
chwali Zachód za pomoc, za kredyty, ale gdzieś te pieniądze przepadają. W Gruzji, w każdym razie, ich nie widać.

– Ech, trzeba wypić, wzdycha wznosząc stakan sinego jak bycza krew superavi…Wypijamy. Georgij – rodzinny tamada zastanawia się nad kolejnym toastem. Oczy domowników wpatrują się w niego w oczekiwaniu jakiejś dobrej nowiny. Cisza wypełnia skromny wiejski dom rodziny solenizanta. Korzystam z okazji i sięgam po dopiero co podany placek z sera, chaczapuri. Wykrawam sobie spory, jeszcze gorący kawałek, w tym momencie Georgij jakby odnalazł wątek woła z entuzjazmem:

– Za naszą piękną Gruzję. Chce jeszcze coś dodać, dopowiedzieć, ale jedyna paląca się nad nami żarówka  żyrandola pamiętającego czasy wojny z bolszewikami jęła niebezpiecznie migać. Kilkakrotnie mrugnęła i zgasła. Pokój ogarnia ciemność. Georgij zaklął siarczyście i wybiegł  z pokoju. Wraca zdyszany po kilkunastu minutach.

– Zdążyli dranie odjechać.

Co kilka miesięcy, często właśnie w święto, bo wtedy bardziej boli, „lotna brygada” miejscowej elektrowni, gospodarstwom domowym zalegającym z opłatą za energię wyłącza prąd. Zaległości rodziny Georgija sięgają 1993 roku. Co z tego, ze w 1995 roku syn Gielo zawiósł do elektrowni w zębach całośc, równe 500 dolarów, kiedy pieniądze zostały zmalwersowane przez ówczesnego prezesa elektrowni, obecnie obywatela jednego z krajów zachodniej Europy, z którym Gruzja nie ma, albo nie chce mieć umowy o ekstradycję. Dług więc wisi. Licznik bije. Rachunek urósł już do 3000 dolarów. Georgij mówi, że drugi raz nie zapłaci, choćby miał się z nimi strzelać. Chwilę potem płonie cały żyrandol, działa lodówka, telewizor; Georgij poszedł na calość i wpiął się prosto do słupa.

– Za wolność! – woła nalewając sobie szklankę czaczy.

Cdn.

Jan M Fijor

 

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. łukasz pisze:

    Smutna historia. Pozostaje Gruzinom życzyć możliwości odetchnięcia, odwilży, jaka w Polsce przyszła na początku lat 90tych. I prawidłowych wyborów.

  2. Jan M Fijor pisze:

    Oni są już po kilku odwilżach, a obecny prezydent zdobył władzę w przewwrocie, który miało odmienić oblicze Gruzji. Zamiast reformatora okazał się dyktatorem.

  3. ujemny pisze:

    Byłem pół roku temu w Gruzji, ale mam totalnie inne wrażenia z podróży.
    Rozwój na ulicach widać. Budują się nowe drogi, asfalt tam gdzie nowy jest konkretny.
    Ludzie przyjaźnie nastawienie – a do Polaków szczególnie.
    W mniejszych miastach widać, że bida aż piszczy, ale ludzie nie żebrają chcą pieniądze uczciwie zarobić, chociaż i tak za nocleg czasem pieniędzy nie chcieli brać.
    Teraz wszystko jest – prąd, woda, gaz. Wcześniej tego nie było.
    Teraz jest, ale jest nie dostępne, bo pieniędzy ludzie nie mają gdzie zdobyć i dlatego ludzie wyzywają na Sakashvilego.

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Wszystko co pan pisze,to prawda, ale to co ja piszę też prawda. Niedługo będzie kolejny toast, w kolejnej rodzinie.

    pozdrawiam

  5. Bardzo dobrze się to czyta, czekam na więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *