Inflacja w listopadzie

chat-dymki
12

Co przeciętny Polak wie na temat inflacji? Tyle, ile usłyszy w telewizji. A co mówią w telewizji? Że inflacja to wzrost cen. Jeśli tak, warto by sobie odpowiedzieć, skąd się ten wzrost cen bierze? Zdaniem reporterów biznesowych kanału CNBC jest on spowodowany…wzrostem cen. To wcale nie żart.

W komunikacie z 13 grudnia 2011 roku słyszymy, że poziom inflacji za listopad 2011 roku wyniósł nadspodziewanie dużo, bo aż 4, 8 procent i spowodowany był wzrostem cen w transporcie, który wyniósł 7,8 procent. Wzrost cen transportu – jak wyjaśniają
wspomniani reporterzy CNBC – spowodowany był…wzrostem cen ropy naftowej i jej pochodnych, czyli paliw. Ceny paliw wzrosły, ponieważ wzrosła…akcyza na paliwa ropopochodne. O ile ceny transportu, paliw wzrosły same z siebie, o tyle akcyza
już sama z siebie nie wzrosła. Została podniesiona przez rząd, który rzekomo (albo i naprawdę) kierował się dyrektywą unijną.  Z powyższego rozumowania wynika, że czynnikiem który wywołał inflację jest albo polski rząd, albo parlament europejski. Jeśli tak, to należałoby definicję inflacji  skorygować; nie jest to bowiem wzrost cen, lecz skutek polityki rządu.

Zważywszy, że inflacja jest czymś powszechnie szkodliwym i pogarsza stan gospodarki, mamy do czynienia z sytuacją dość kuriozalną. Okazuje się bowiem, że to zło, jakim jest inflacja, nie zostało wywołane zrządzeniem Bożym, kataklizmem, czy gromem z jasnego nieba, jak się powszechnie uważa, lecz polityką państwa.  Chyba, że gromem z jasnego nieba określimy obowiązek podporządkowania się dyrektywom unijnym. Obraz komplikuje się jeszcze bardziej w świetle – wyznaczonego przez bank centralny (NBP) – tzw. celu inflacyjnego na poziomie 2,5 procent rocznie.

Dlaczego 2,5 procent? Tego dokładnie nie wiadomo. Być może dlatego, że 2,5 procent wzrostu cen jest mniejszym złem niż 3,5 czy 4,5 procent. W każdym razie ekonomiści zgadzają się co do tego, że inflacja na poziomie 2,5 procent  rocznie, to mały pikuś i nikomu nie szkodzi. Czy by na pewno nie szkodzi? Zakładając, że ceny rosną tylko tyle, ile wynosi cel inflacyjny, na straży którego stoi Rada Polityki Pieniężnej, której głównym celem jest strzec stabilności cen, tak aby nie drożały o więcej niż 2,5 procent rocznie, każdy z nas co 29 lat traci połowę majątku. Przy inflacji 4,8 procent tracimy połowę częściej, co 15 lat. A to już całkiem sporo. Tracimy na przykład połowę oszczędności gotówkowych, także tych, które zgromadziliśmy na spokojną emeryturę. Ktoś, kto zgromadził  na emeryturę 300 tys. złotych, każdego roku zapłaci podatek inflacyjny w wysokości od 2,5 procent do 4,8 procent (trzymając się danych z listopada 2011). W żywym pieniądzu oznacza to stratę w wysokości
od 7500 zł do 14400 zł rocznie! Jest to więcej niż przynosi dobra lokata bankowa, powiedzmy, oprocentowana w wysokości 5 procent rocznie, od której trzeba dodatkowo zapłacić 0,95 proc. podatku. Netto otrzymujemy z niej 4,05 procenta,
czyli dodatkowo stracimy 2850 zł rocznie. Tym bardziej przykre, że tę krwawicę wydziera nam rząd, który rzekomo nas ma chronić przed kaprysami nieprzewidywalnej przyszłości.
W rzeczywistości jest znacznie gorzej. Podana na wstępie argumentacja jest bowiem błędna.

To nie podwyżka akcyzy na ropę naftową i jej pochodne wywołały inflację. Czy zatem rząd jest bez winy? Czy dyrektywy unijne są słuszne? Niestety, nie. Powodem inflacji jest nadmierna podaż pieniądza ze strony banku centralnego i banków
komercyjnych. System monetarny w Polsce „drukuje” więcej pieniędzy niżby wynikało to z wartości dóbr i usług produkowanych przez gospodarkę. Ceny rosną, bo przy rosnącej ilości pieniędzy papierowych spada ich wartość, czyli siła nabywcza. Dlaczego tak się dzieje? Właśnie dlatego, że rząd chce inflacji. Dzięki niej jest w stanie – bez konieczności oficjalnego podnoszenia podatków – sfinansować przynajmniej część swoich rozdętych wydatków, przy pomocy których przekupuje wyborców. Co w takim razie robi Rada Polityki Pieniężnej, która ma nas przed inflacją strzec i
w razie czego spadek siły nabywczej neutralizować? Czasem neutralizuje, czasem – jak choćby właśnie w listopadzie br. – nie. Odbywa się to za pomocą regulowania tzw. bazowych stóp procentowych. Trudno jednak mieć pretensje do Rady.  Nawet najtęższe umysły nie wiedzą, jakie te stopy być powinny. Raz więc zgadną i inflacja jest nisza, innym razem nie zgadną i
jest jak jest. Zamiast pozostawić kwestię stóp procentowych rynkowi, który najlepiej radzi sobie z ustanawianiem wolnorynkowej ceny (oprocentowania) pieniądza, banki centralne (nasz nie  jest tu żadnym wyjątkiem) zgadują. Jakie są skutki tej zgadywanki widać gołym okiem: rosnąca inflacja, gigantyczny kryzys monetarny, a w rezultacie chaos gospodarczy. Najgorsze jest jednak to, że ci, którzy do tego doprowadzili, zbierają się teraz w luksusowych salonach, żeby złu zaradzić.

Jan M Fijor

www.fijor.com

 

 

 

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Stanisław pisze:

    Pisze Pan Jan – „Tym bar­dziej przy­kre, że tę krwa­wicę wydziera nam rząd, który rze­komo nas ma chro­nić przed kapry­sami nie­prze­wi­dy­wal­nej przy­szło­ści.”….
    Panie Janie. Ten rzad chroni Pana i siebie przed Kaczyńskimi oraz trwoni budżetowe pieniadze na siebie i swoich przydupasów, bo po to szedł do władzy, a Pan naiwny jak dziecko myślał , że będzie reformował państwo, obniżał podatki itd.
    Panie !
    Tu i teraz !. – to jest jego dewiza.
    I wszystko się zgadza, bo działa napewno TU. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Teraz , czyli wtedy. Bo teraz Teraz , to już po ptakach…..
    Pereł w korycie mało a świń przybyło….
    Czyli skończyło się Babci słanie.

  2. marcinach pisze:

    Pozwolę sobie zacytować kilka fragmentów z pracy o inflacji mojego dobrego znajomego. Będzie to trochę suche, ale cóż..

    Termin inflacja pochodzi od łacińskiego słowa inflatio i oznacza nadęcie, wzdymanie lub napuchnięcie. Do ekonomii zapożyczony został z medycyny. XIX-wieczni ekono-miści definiowali inflację jako nadmierną ilość pieniądza papierowego w obiegu nie mającego pokrycia w złocie, która powoduje spadek siły nabywczej jednostki pieniężnej oraz zwyżkową tendencję cen. Znacznie później sam proces wzrostu cen zaczęto traktować jako inflację. Wierni klasycznej definicji inflacji pozostali ekonomiści związani z tzw. austriacką szkołą ekonomii, która do dziś funkcjonuje poza głównym nurtem ekonomii. Jeden z jej przedstawicieli, Henry Hazlitt domagał się powrotu do oryginalnego znaczenia terminu „inflacja”. Według tego ekonomisty używanie terminu „inflacja” w znaczeniu „wzrost cen”, „odwraca uwagę od prawdziwej przyczyny inflacji oraz od lekarstwa, które mogłoby ją uleczyć”. Austriaccy ekonomiści pisząc o ekspansji monetarnej jako inflacji, za jej szkodliwe skutki uznają wzrost cen. [Zob. H. Hazlitt, Inflacja. Wróg publiczny nr 1, Fijorr Publishing, Warszawa 2007, s. 23-24].

    Dziś ekonomiści głównego nurtu makroekonomii przez inflację rozumieją (jakiś) ogólny wzrost cen. W podręcznikach ekonomii można spotkać dwie definicje. Pierwszą sformułował Milton Friedman: „Stały i utrzymujący się wzrost ogólnego poziomu cen”. Autorami drugiej są David Laidler i Michael Parkin: „Proces stałego wzrostu cen lub, innymi słowy, proces spadku wartości pieniądza”. Generalnie obie definicje podkreślają stałość i ogólność wzrostu cen. Wynika z tego, że krótkie, właściwe przypadkowe procesy zmian cen nie są w ogóle inflacją. Nie każdy również wzrost cen będzie inflacją. Wzrostowi niektórych cen mogą towarzyszyć odpowiednio wysokie spadki innych cen,
    a wtedy średni poziom cen nie musi wzrosnąć. Oznacza to sytuację, w której wzrost cen nie ma inflacyjnego charakteru. Można więc stwierdzić, iż inflacja będzie wtedy, gdy rosną ceny większości towarów albo gdy podwyżki cen niektórych towarów są silniejsze od obniżek cen innych towarów .
    Podobnie należy interpretować stwierdzenie Miltona Friedmana, że „znaczna inflacja jest zawsze i wszędzie zjawiskiem pieniężnym”. Istnieją silne argumenty empiryczne dotyczące zależności pomiędzy wzrostem pieniądza i inflacją, ale głównie wtedy, gdy poziom cen stale rośnie według wysokiej stopy [na marginesie monetaryści tj. Milton Friedman i Karl Brunner mówiąc o „inflacji historycznej” mieli na myśli zwiększenie ilości pieniądza w obiegu. „Inflacji współczesna” była już wzrostem ogólnego poziomu cen. Ze względu
    na to, że są one ściśle ze sobą związane związkiem przyczynowym, ekonomiści ci uznali, że nie ma między nimi sprzeczności]. Twierdzenie Friedmana mówi więc, że ruch w górę poziomu cen jest o tyle zjawiskiem pieniężnym, jeżeli jest to proces długotrwały. Definiując inflację jako długotrwały i gwałtowny wzrost poziomu cen, większość ekonomistów, bez względu czy są monetarystami czy keynesistami, będzie zgodna z Friedmanem, że winien jest tylko pieniądz.

  3. marcinach pisze:

    CD. pominąłem szczegóły dotyczace miar inflacji. Podaję tylko zakończnie:

    W publikacjach ekonomicznych pod hasłem „inflacja” zazwyczaj występują różne jej miary (w różnych okresach). Ekonomiści nie mówią o jednej właściwej mierze inflacji. Sceptycy są zdania, że jakkolwiek obecnie używana miara jest niewłaściwa. W 2000 roku „The Economist” przedstawił roczny wskaźnik inflacji liczony „starą metodą CPI” (sprzed raportu Boskina) dla Stanów Zjednoczonych, który w sierpniu 2000 roku powinien wynosić około 3,8% zamiast oficjalnego CPI 3,4%. Natomiast wskaźnik rdzenny CPI wynosił 2,6%, a wskaźnik PCE deflator 2,4%. Ówczesny prezes Rezerwy Federalnej Alan Greenspan stwierdził, że wartości inflacji mierzone tymi wskaźnikami są zbyt wysokie. Zasugerował, że dobrą miarą inflacji jest rdzenny PCE deflator, który w sierpniu 2000 roku wynosił tylko 1,8%. Różnice pomiędzy tymi miarami były całkiem duże. Nie dziwi więc fakt, że krytycy Greenspana zarzucili mu chęć ukrycia prawdy o tym, ile faktycznie dolar traci na wartości.

  4. marcinach pisze:

    Monetarna i popytowa teoria inflacji mają ważną wspólną cechę: za źródła inflacji uznają nadwyżkowy popyt. Alternatywną w tym względzie jest kosztowa teoria inflacji. Teoria ta przyczyn inflacji doszukuje się w niezależnym od globalnego popytu na towary wzroście kosztów produkcji. W sytuacji wzrostu kosztów produkcji, przedsiębiorstwa obciążają nabywców poprzez podnoszenie cen wyrobów gotowych. Presja kosztowa jako źródło wzrostu poziomu cen również nie jest nową koncepcją. Brali ją pod uwagę już merkantyliści. Jednak dopiero w XX wieku teoria kosztowa uległa rozwinięciu, a jej najbardziej znanym popularyzatorem był John Kenneth Galbraith. Według teoretyków tej koncepcji rosnące koszty produkcji mogą wynikać z takich przesłanek jak :
     wzrost płac i innych dochodów,
     wzrost cen narzuconych przez monopolistyczne przedsiębiorstwa,
     wzrost cen importowanych surowców i materiałów do produkcji,
     wzrost podatków przerzucanych na ceny.
    Według monetarystów szok podażowy (tj. susza, embargo na ropę) lub wywalczona przez robotników podwyżka płac wprawdzie doprowadzi do przejściowego wzrostu poziomu cen, ale nie do inflacji.
    Natomiast inflacja kosztowa nie może pojawić się bez wprowadzenia przez władze monetarne akomodacyjnej polityki wyższej stopy wzrostu podaży pieniądza. Próby tłumaczenia inflacji poprzez wzrost cen pewnych specyficznych towarów i usług, tj. gwałtowny wzrost cen ropy po interwencji OPEC, jak twierdził Milton Friedman: „pomimo pozornej wiarygodności” wyjaśnienie takie jest „z gruntu fałszywe”, ale dodał – „chociaż nie całkiem”. Friedman przedstawił swoją argumentację w następujący sposób: „Inflacja jest powiązana z ogólnym poziomem cen, a nie z cenami poszczególnych towarów i usług. Wyższe ceny ropy mogą doprowadzić do wydawania przez ludzi większej ilości pieniędzy na ropę. Jeśli nawet tak się stanie, to mają oni mniej do wydania na inne towary, co prowadzi do powstania nacisków na spadek cen tych towarów. Presja na obniżenie pozostałych cen równoważy wzrost cen ropy, tak aby ogólny poziom cen pozostał niezmieniony. Jednakże większość cen dostosowuje się wolno. Wskutek tego nagły skok w górę ceny produktu, który jest powszechnie stosowany, takiego jak ropa, może tymczasowo zwiększyć poziom inflacji, zanim równoważący nacisk na spadek cen zacznie działać. To właśnie jest elementem słuszności w argumencie, że wzrost pewnych poszczególnych cen powoduje inflację” [M. Friedman, R. Friedman, Tyrania status quo, Wydawnictwo Panta, Sosnowiec 1997, s. 97.]

  5. marcinach pisze:

    Wiek XX był wyjątkowy pod względem występowania zjawisk inflacyjnych. Hiperinflacja w Niemczech lat 20-tych i „wielka inflacja” lat 70-tych są wydarzeniami, które na trwałe zapisały się w historii świata. Od 1957 roku do końca wieku niemal co dziesiąty kraj o gospodarce rynkowej doświadczył inflacji wyższej niż 400% rocznie. W co piątym inflacja przynajmniej raz przekroczyła 100%. W co trzecim wystąpiła inflacja wyższa od 50%. Natomiast w dwóch na trzy kraje zdarzały się okresy, kiedy inflacja przekraczała 25%. Zestawiając te wielkości ze słynną szesnastowieczną inflacją wywołaną masowym importem kruszców z Ameryki do Europy, która wyniosła średnio mniej niż 1,5 % rocznie, a przypuszczalnie nigdy nie przekroczyła 15 %, można zauważyć jak łatwo zepsuć powszechny od XX wieku pieniądz papierowy.

    Badania nad różnicami pomiędzy systemem monetarnym, gdzie pieniądz oparty jest o kruszec (commodity money; monety i banknoty mają pokrycie w stałej ilości złota lub srebra), a systemem pieniądza fiducjarnego (fiat money; współczesny system pieniądza papierowego oparty na zaufaniu) wykazały, że w drugim systemie tempo wzrostu różnych agregatów monetarnych jest zdecydowanie silniej skorelowane z inflacją (współczynnik korelacji równy 0,99). Tempo wzrostu podaży pieniądza i tempo inflacji było również wyższe w systemach drugiego typu. [Zob. A.J. Rolnick, W.E. Weber, Money, Inflation, and Output Under Fiat and Commodity Standards, „Federal Reserve Bank of Minneapolis Quarterly Review”, Spring 1998, s. 11-17.]

  6. marcinach pisze:

    Teraz dodam od siebie. Przepraszam za tak dużo tekstu, ale chcialem pokazać jak podchodzą do tego zagadnenia ludzie z uczelni. A sprawa jest dosyć prosta. W 1957 roku sir Frederick Leith-Ross stwierdził szczerze, że „inflacja jest jak grzech: każdy rząd ją potępia i każdy rząd ją praktykuje” .

  7. Jan M Fijor pisze:

    Przerzucanie podatków czy tp. kosztów na konsumenta nie jest możliwe. podwyżka ceny wpływa na popyt, a zatem, co z tego, że podniesiemy cenę o podatek gdy spadnie nam sprzedaż. Tłumaczenie tego fenomentu zob. Interwencjonizm – M.N. Rothbard. A w ogóle, zainteresowanie najlepszym podręcznikiem ekonomii czyli Ekonomią wolnego rynku – jest moim zdaniem zbyt słabe. Rothbard wyjaśnia nie mniej (a może i więcej) zjawisk niż Mises w Ludzkim działaniu. Rothbard jest przy tym bardzo praktyczny.

    pozdr

  8. marcinach pisze:

    Fakt, Rothbard jest niesamowity i rzeczywiscie praktyczny. Właśnie czytam, tym razem po polsku, jego Etykę wolności. A na swieta zostawiam sobie Teorię a historię Misesa. Może do ekonomicznych dzieł Rothbarda wrócę po nowym roku. Ekonomia wolnego rynku ma małe zainteresowanie? Co za czasy, co za kraj. Faktem jest, że wydaje Pan najwięcej wolnorynkowych książek. Dla mnie Fijorr Publishing to znana marka. Dla wielu ekonomistów, konserwatystów i liberałów również. Pytanie jest jak dotrzeć do tych co takowymi nie są? Wśród moich znajomych mialem problem z przekonaniem do Rothbarda, ale Sowella i Landsburga czytali z checią.

  9. Janek pisze:

    Będziecie czytać lata a i tak z tego się nic nie dowiecie.
    Czym jest ILOŚĆ? Czyż nie jest pewną STAŁĄ?

    Dlaczego CZAS nie podlega inflacji? Przecież wzorem nadawania wartości miernikowi wartości jakim jest pieniądz można by pomanipulować czasem i np. skrócić czas żylibyśmy dłużej hehe
    Dlaczego DŁUGOŚĆ nie podlega inflacji? Dlaczego nie skrócić jednostki mierniczej lub nie poddać jej prawom WOLNEGO RYNKU mielibyśmy więcej kiełbasy bylibyśmy wyżsi lub niżsi dowolnie jak kto chce? Nie było by to sprawiedliwsze? Rynek sam by się wyregulował hehehe

    Obudźcie się w końcu i nie dajcie robić z siebie balona.
    Jak w ogóle można umowną jednostkę danej wartości-1 poddać hazardowi, który ustanowi, że 1 nie równa 1 tylko np. 0,9. To chore i świadczy o patologi struktury. Wolny rynek to fikcja, giełda to hazard emocjami a dziś kiedy kapitału skumulowane są już takie ilości by chwiać finansowymi podstawami gospodarki globalnej tylko patrzeć przechyłu, w którym środek ciężkości pociągnie wszystko w dół i będzie koniec tej zabawy.

  10. Paweł pisze:

    Panie Janku, z tą inflacją to rzeczywiście komicznie wyglądają tłumaczenia w telewizji dotyczące jej przyczyn:-) Mam jeszcze pytanie. Szukam biografii wielkich amerykańskich ludzi, żeby chłonąć ich mentalność. Z tymże część z tych książek nie została spolszczona albo jest okrojona- jak biografia Johna D. Rockefellera (cztery razy krótsza od oryginału). Jest jeszcze Gospel of Wealth Andrew Carnegie. Czytałem Henry’ego Forda oraz Benjamina Franklina. Zamówiłem też książkę „Sekrety amerykańskich milionerów”. Czy planuje Pan spolszczanie którejś z tych książek? Jakie inne tytuły może Pan jeszcze polecić? Z góry dziękuję. Nb Bardzo podobała mi się też Pana książka „Jak zostałem milionerem”:-)

  11. Lukasz pisze:

    Szanowny Panie Janie, gdyby mial Pan wolna chwile, moglby napisac nam Pan, co mysli o polityce prowadzonej przez Orbana na Wegrzech?
    Pozdrowienia

  12. Janek pisze:

    Media robią wam (nam) wodę z mózgu i internet nie jest od tego wyjątkiem. Zwyczajnie trzeba się samemu nauczyć myśleć a dojdzie się do rewolucyjnych wniosków bo cała ta dzisiejsza gospodarcza rzeczywistość to jedno wielkie oszustwo. Ta strona też nie jest wyjątkiem. Wszędzie tam gdzie usilnie zaszczepia się gotowe rozwiązania oznacza, że nie ma pola do dyskusji a jak go nie ma to oznacza, że ktoś tu stara się być panem a ktoś niewolnikiem.
    1. Wcale nie musimy pracować po 40h na tydzień, podejrzewam że nawet 20h na tydzień nie trzeba przy obecnych możliwościach technologicznych i osiągniętym komforcie. Zmusza na jedynie do tego niespotykana w historii siata chciwość i spowodowany nią wyzysk głównie są to firmy PRYWATNE rozrośnięte do niebotycznych rozmiarów bo pozwoloną im na tę rynkową :wolność” i teraz robią co chcą,na co ich stać a stać je (nie tylko w finansowym wymiarze) dosłownie na wszystko. Chciwość gubi a mamona wiedzie do szaleństwa.
    2. Inflacja i bezrobocie jest celowe i wynika z powyższego z chciwości. Wystarczy dostosować ilość miernika (pieniądza) do ilości dóbr i utrzymywać w równowadze a inflacja i promile będą w równowadze a ich okresowe wahania to będą promile.
    3. Co to w ogóle za system któremu NIE OPŁACA SIĘ podnieść czegoś co leży gotowe? To paranoja. Jeżeli zboża nie opłaca się zebrać, węgla wykopać bo koszty przekraczają zyski to coś tu jest nie tak. Jeżeli opłaca się przewieźć kontenerowiec danego towaru z innego kontynentu a gdzie indziej ludziom nie opłaca się i wywala się miliardy żeby stworzyć linie logistyczne, statki, zaopatrzenie w paliwa i ich wydobycie i w ten sposób naszą planetę doprowadza się do ruiny dla przyszłych pokoleń w imię kilku % zysku to to jest CHORE. Tych ludzi powinno się izolować od zdrowego społeczeństwa i leczyć jak najprędzej póki nie doprowadzą do nieuchronnej katastrofy.

    A co się proponuje? Więcej wolnego rynku w wolnym rynku. Albo ktoś oszalał albo za swoje opinie otrzymuje jakieś zyski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *