Żużel w Hongkongu

chat-dymki
6

Gdyby Hongkong był w Polsce, to, najprawdopodobniej, byłby nadal wioską rybacką, w najlepszym przypadku, rybackim miasteczkiem jak Łeba czy Ustka.

Zadbaliby o to urzędnicy, którzy niewątpliwie nie zgodziliby się na budowę tam wieżowców, które – jak zakazane w pasie polskiego wybrzeża wiatraki produkujące energię elektryczną – mogłyby stanowić przeszkodę dla lecącego do, lub ze Skandynawii ptactwa czy innych stworzeń, których los jest dla polskiego samorządowca, posła czy innego urzędnika państwowego ważniejszy niż los zamieszkujących na jego terenie ludzi.

Nie do zniesienia byłaby też dla urzędników świadomość, że większość z 7750 wieżowców, średnio po 40 pięter, rozmieszczonych na skałach Victoria Island (obecnie Hongkong Island) czy Kowloonu, znajduje się w tak bliskiej odległości od siebie, iż mieszkańcy sąsiednich budynków mogą sobie zaglądać do okien, a nawet telewizorów. Polskie samorządy terytorialne nie zgodziłyby się na tak wysoką gęstość zaludnienia, przebywania na ich terenie bez zameldowania, czy wydawania pozwoleń na budowę wieżowca w ciągu zaledwie tygodnia. Sam pomysł zaludnienia obszaru o powierzchni wioski rybackiej populacją 7 milionów ludzi wszystkich ras, kolorów skóry, języków, kultur byłby dla polskiego radnego nie do zniesienia, nie mówiąc o zgodzie na jego powstanie i zorganizowaniu służb porządkowych, w tym policji i straży miejskiej czuwających dyskretnie, taktownie i skutecznie nad przestrzeganiem zasad współżycia tak ogromnej masy ludzi na tak niewielkim terenie.

Nie twierdzę, że Hongkong nie ma swoich ograniczeń, bo ma. Mieszkania, z racji skąpej ilości ziemi nadającej się do zabudowy (1100 km kw), są potwornie drogie. Siłą rzeczy drogie są czynsze. Podnosi  to koszty życia do poziomu najdroższych miast planety. Z racji wysokiej gęstości zaludnienia wszędzie widzi się tłok, panują długie kolejki do banku, do kas w supermarkecie, w restauracji, a nawet przed punktami wymiany walut. Albo język; nauczenie się biegle przez białego kantońskiej – czyli dominującej, choć nie urzędowej – wersji języka chińskiego graniczy z cudem. Na szczęście, w Hongkongu działa prawie 12 tysięcy szkół języka angielskiego, którego znajomość stanowi fundament elementarnej edukacji obywateli, co znakomicie ułatwia wszystkim, także licznym przybyszom zza granicy, życie. Czy inna osobliwość miasta, w którym wprawdzie istnieje ograniczenie posiadania samochodu prywatnego do osób i instytucji posiadających udokumentowane prawo własności miejsca do parkowania, jednakże wolny rynek usług taksówkarskich oraz niska akcyza na paliwa ropochodne sprawiają, że korzystanie z taksówek, nie mówiąc o świetnie zorganizowanej sieci transportu publicznego, jest tańsze niż posiadanie prywatnego samochodu. W ostateczności pozostaje unikalny system ruchomych schodów i chodników, którymi dotrzeć można kilka kilometrów od centrum. W praktyce więc, większość mieszkańców Hongkongu podejmuje decyzję o rezygnacji z posiadania samochodu, z rozsądku, nie z przymusu. Dzięki temu w tym molochu nie ma w ogóle korków. To co „skarb miasta” stracił w postaci niskiej akcyzy na benzynę odbija sobie na drogich (paczka kosztuje mniej więcej 23 zł) papierosach czy alkoholu (ceny na poziomie naszych, polskich). Fenomenalnie rozwinięta struktura gospodarcza, której jedynymi regulatorami są w zasadzie uczciwość, poszanowanie własności prywatnej oraz niskie podatki (średnio 10 proc.), pozwala nie tylko na zatrudnienie za dość dobrą pensję (średnia płaca wynosi ekwiwalent ok. 2000 dolarów amerykańskich) chmary obywateli Hongkongu, lecz także kilkuset tysięcy pracowników  sektora usług z Filipin, Indonezji, Wietnamu, Chin Ludowych, nie mówiąc o Europejczykach, Australijczykach, pracownikach ze Stanów Zjednoczonych, a nawet Polakach.

Jest jeszcze parę innych powodów, dla których w Polsce Hongkong by nie powstał. Brak nam wiary w możliwości zwykłego człowieka. Brak wyobraźni w to, że taki twór byłby możliwy, a jeśli już, to że należy go zorganizować tak, aby tym zwykłym ludziom żyło się tam po ludzku.

W Hongkongu każda stopa kwadratowa terenu zagospodarowana jest do maksimum. Żeby nie zajmować bezcennej powierzchni, nad terminalami autobusów buduje się chodniki dla pieszych, parkingi wbudowane są głęboko w skalę, z fenomenalnie rozwiniętym systemie połączeń podziemnych (metro), w tym z oplatającą miasto linią kolejową Airport Express łączącą Hongkong z miejscowym lotniskiem. Nota bene, lotnisko to wybudowano na sztucznej wyspie, wydartej okalającej to okazałe miasto zatoce. Dzięki temu uwolniono pas ziemi w środku miasta, na którym wcześniej stało stare lotnisko, budując na nim kilka centrów handlowych, usługowych, a przede wszystkim tysiące mieszkań. Wszystko jest tam głęboko przemyślane, wszystko działa. Mój sąsiad z samolotu, pan Cheng, hongkongski architekt twierdzi, że to niewielkie miasto posiada nawet tereny rezerwowe na wypadek, gdyby miało się nadal rozwijać. Na wyspie Lantau jest dość miejsca, by zbudować dzielnicę, która będzie w stanie  pomieścić do 1,5 miliona osób. Na razie jednak Lantau i kilka innych wysepek w jej pobliżu stanowią zaplecze rekreacyjne i kulturalne tego cudu świata, jakim jest Hongkong.

U nas stadion narodowy za pół miliarda euro zbudowano tak, że praktycznie jego funkcję ograniczono do imprez typu piłkarskie mistrzostwa Europy lub świata. W okresach między nimi straszyć będzie najprawdopodobniej marazmem i kosztami utrzymania. W Hongkongu, niewielki stadion w okolicach bajecznego Cyberportu, zlokalizowany nad samą zatoką, a więc na najdroższym gruncie w mieście (cena od 10 tys. euro za stopę kwadratową), należący do miejskiego uniwersytetu służy nie tylko piłce nożnej, ale i lekkiej atletyce, bejsbolowi, koszykówce, badmintonowi, tenisowi, nie mówiąc o siatkówce, kolarstwu, wystawom, festynom, a także paru innym instytucjom, bo na tak niewielkim terenie nie można niczego zmarnować. Jeśli kiedyś Chińczycy polubią żużel, to pewnie i tę dyscyplinę można będzie na uniwersyteckim stadionie odbywać.

Pomyśleć, że w takiej Łebie, a więc niedoszłym Hongkongu nad Bałtykiem, od lat problemy stanowi niewielka marina i należyte utrzymanie drogi wychodzenia z portu w morze.

Jan M Fijor

Hongkong, 2 marca 2012

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Blaz pisze:

    Witam,

    nie zgadzam się praktycznie z co 2 zdaniem 🙂 Ogólnie popełnił Pan dużo błędów. Dla przykładu nie było Victoria Island. Od zawsze jest natomiast Hong Kong Island. Imieniem angielskiej królowej nazywano praktycznie wszystko za czasów kolonialnych ale sama wyspa od zawsze była wyspą Hong Kong. Większość też wieżowców rozmieszczona jest na nadbrzeżu a nie na skałach. Proszę rzucić okiem na mapę. Budowanie jeszcze niedawno wieżowców na skałach było za drogie jak i technicznie kłopotliwe.
    Pisze Pan, że tydzień. Poproszę może o jakiś przykład to wtedy uwierzę. Na pewno wydawanie zezwoleń jest szybsze niż w Polsce a nawet jeśli to i tak w chwili obecnej cały proces od nabycia ziemi na rządowej aukcji do wybudowania wieżowca przez dewelopera trwa kilka lat i w tym wszystkim
    ten tydzień nie ma znaczenia.
    Nikt także nie wpadł na pomysł zaludnienia Hongkongu 7 milionami ludzi. Przyczyną tak wysokiego zaludnienia był wysoki przyrost naturalny okresie od zakończenia wojny do jeszcze końca lat 70-tych. Ze wzgl. kulturowych nie używano środków antykoncepcyjnych i rodziny wielodzietne przeważały w Hongkongu.
    I nie wszystkich ras. Bodajże 98% to ogólnie mówiąc Chińczycy. Wystarczy wychylić głowę poza centrum głównej wyspy by się przekonać. Centrum jest inne, międzynarodowe ale takie jest tylko centrum.

    Ufff a to dopiero początek Pana artykułu a już więcej nie chce mi się poprawiać popełnionych błędów 🙂

    Niestety nie jest to dobry artykuł i jeśli nie chce Pan narażać na szwank swojego dobrego imienia, powinien Pan go wykasować 🙂 Szczera rada.

    Pozdrawiam
    Błażej

  2. Jan M. Fijor pisze:

    W moim atlasie z 1960 roku, z ktorego czerpałem swoje wiadomości, jest Hongkong, składający się z Victorii i Kowlun.
    Być może wieżowce są na nadbrzeżu, pod warunkiem, że caly Hongkong jest na nadbrzeżu. Dla mnie centrum miasta to nie nadbrzeże, a tam jest większość wysokich budowli, któryc h ogółem jest ok. 7500 sztuk.
    Nie prowadziłem badań geologicznych, to fakt, opierając się wyłącznie na informacjach od tubylców zajmujących się m.in. deweloperką.
    Chinczycy tez składają sie z wielu ras i narodowosci – Tybet, Mandżuria, Kanton etc.
    Nie wchodzę w metody prokreacji, po prostu stwierdzam, że jest ich ok. 7 mln mieszkańców. Nie twierdzę też, że wieżowce budowano w tydzień, lecz ze procedura biurokratyczna trwała krótko.

    Ukłony

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Czasy kolonialne skończyły się 13 lat temu, a właściwie wciąz trwają.
    Pisząc o zaludnianiu użyłem porównania do warunków polskich, a mnie do procesu jakiegoś
    przemieszczania ludności. To nie jest tekst naukowy, tylko felieton. Mogę sobie pozwolić na licentia poetica.
    Twierdzę, że taksówkarze w HK nie mówią po angielsku, ale wierzę, że może pan znać taksówkarza, który zna
    język angielski. Ja korzystalem co najmniej z 10 taksówek i żaden nie znal.
    Znajomi, którzy mnie orientowali w mieści (3 z nich mieszka tam 20 lat) pisali mi adresy krzaczkami, żebym pokazał taksówkarzowi.
    N.b. krzaczki, to nie nazwa alfabetu chińskiego, a jedynie humorystyczne określenie wynikające z kształtu chińskich znaków.

    Wyprzedzam niektóre pańskie krytyczne uwagi.
    Ukłony

  4. Blaz pisze:

    Witam,

    ‚1. „W moim atlasie z 1960 roku, z ktorego czerpałem swoje wiadomości, jest Hongkong, składający się z Victorii i Kowlun”.

    Od 1960 roku „skład” Hongkongu się nie zmienił. Do zakończenia II Wojny Światowej istniało na wyspie Hong Kong miasto-stolica zwane City of Victoria obejmujące obecne dzielnice: Central, Admiralty, Wan Chai, Causeway Bay, Sheung Wan i Mid-Levels. Używając atlasu szkolnego w latach 80-tych Hongkong nadal miał swoją stolicę, mimo że w samym Hongkongu dawno już o niej zapomniano. Polskie atlasy z ub. wieku jak widać nie są źródłem rzetelnych informacji.

    Fakt, było więc kiedyś miasto zwane Wiktorią i obejmujące znaczny obszar wyspy Hong Kong ale sama wyspa (wg. moich książek historycznych zakupionych lokalnie w Hongkongu) zawsze była wyspą Hong Kong.

    2.
    „Dla mnie centrum miasta to nie nadbrzeże, a tam jest większość wysokich budowli, których ogółem jest ok. 7500 sztuk.”

    W Hongkongu centrum miasta to nabrzeże, systematycznie powiększane o ziemię wydzieraną morzu. I tu nie ma co się sprzeczać. Tak już jest i koniec 🙂

    3.
    „Nie prowadziłem badań geologicznych, to fakt, opierając się wyłącznie na informacjach od tubylców zajmujących się m.in. deweloperką.”

    Wystarczy rzucić okiem na wyspę z The Peak by przekonać się gdzie są wybudowane wieżowce. Badania geologiczne nie są potrzebne. Przekaz ustny natomiast od osób gorzej wykształconych (bo takie często pracują w nieruchomościach w HK), jest bez wartości. A i nawet wykształceni mieszkańcy niewiele wiedzą o samym Hongkongu. Tu wyedukowana osoba ma wiedzieć jak zarabiać pieniądze a nie znać się na historii, geografii czy chemii.

    4.
    „Chinczycy tez składają sie z wielu ras i narodowosci – Tybet, Mandżuria, Kanton etc.
    Nie wchodzę w metody prokreacji, po prostu stwierdzam, że jest ich ok. 7 mln mieszkańców. ”

    OK. Choć pisząc o populacji „7 milionów ludzi wszystkich ras, kolorów skóry, języków, kultur”, można odnieść wrażeniem, że HK to narodowościowy tygiel jak Londyn czy Nowy Jork.

    5.
    „Nie twierdzę też, że wieżowce budowano w tydzień, lecz ze procedura biurokratyczna trwała krótko.”
    OK, Nadal jednak upieram się tutaj, że porównania z Polską nie mają sensu. Bo co z tego, że w tydzień dostanę zgodę na wybudowanie wieżowca/domu jeśli nie mam praktycznie możliwości zakupu ziemi?

    Pozdrawiam
    Błażej

  5. Blaz pisze:

    No właśnie, ta „licentia poetica” 🙂
    No ale też są fakty, bez wiedzy których nawet najlepszy artykuł będzie po prostu zły.

    No bo jak ma się na przykład „licentia poetica” do stwierdzenia: „Na razie jednak Lantau i kilka innych wysepek w jej pobliżu stanowią zaplecze rekreacyjne i kulturalne tego cudu świata, jakim jest Hongkong”?

    Rozumiem, że zaplecze rekreacyjne ale dlaczego kulturalne? Na wyspie Lantau jest tylko jedno znaczące centrum handlowe i jedno kino. Jest też więzienie.
    I jakie pobliskie wysepki? Zapomniane przez Boga Peng Chau czy Hei Ling Chau, gdzie umiejscowiony jest ośrodek odwykowy?

    Albo pisanie o wolnym rynku usług taksówkarskich… To takie rzucanie słów na wiatr nie licząc się z tego konsekwencjami.

    Mieszkam w HK od blisko 5 lat już, lecz interesuję się nim on ponad 10. Codziennie czytam lokalne gazety, oglądam wiadomości, dużo zwiedzam, czytam historyczne książki i… nie odważyłbym się napisać ogólnego artykułu o HK. Bo mam za mało wiedzy. Mogę zaryzykować wypowiedź na jakiś bieżący temat ale to wszystko.

    A zresztą, po co to komu? Dzielenie się wiedzą o Hongkongu miałoby sens w przypadku, gdyby Polska poszukiwała dróg wyjścia z kryzysu, innych dróg rozwoju gospodarczego etc. Tyle, że Polska skazana już jest na Unię Europejską a i mentalnie ma problem z opuszczeniem socjalistycznej przeszłości. Ślepemu i głuchemu nie wytłumaczy się, że można inaczej.

    Pozdr

  6. Jan M Fijor pisze:

    A skąd pan wie, że ludziom nie jest potrzebna wiedza o innym świecie? Gdybyśmy myśleli tak jak pan 25 lat temu, to przecież nikt nie uczyłby sie angielskiego, informatyki, nie jeździł po świecie. Byliśmy w obozie sowieckim, wszystko było jasne i ustalone na wieki, a jednak…Gdybym był arogancki, to bym napisał, że się pan czepia, ale że nie jestem, to tego nie napiszę. Ukłony
    .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *