Palce dobre i złe

chat-dymki
6
 
 
Hitem drugiej połowy 2012 roku jest w Hongkongu luksusowy apartament (około 1000 m. kw.) zlokalizowany na wzgórzu, z widokiem na zatokę i wyspę (Hongkong), wystawiony za rekordową sumę 1 miliarda dolarów hongkońskich, co odpowiada mniej więcej kwocie 100 milionów euro. Nawet na miejscowe standardy[1]jest to cena wysoka, choć akurat to, że ceny nieruchomości w Hongkongu (mimo stosunkowo niewielkiej inflacji) nieustannie rosną nikogo specjalnie nie dziwi. W tym sześciomiolionowym mieście-państwie trwa od kilku lat budowlany boom, potężne dźwigi niemal stykają się ze sobą, brakuje rąk do pracy, a to jest gwarancją, że Chińczycy zamieszkujący wrota do Chin kontynentalnych nie specjalnie się kryzysem przejmują. Tylko czekać jak padnie kolejny rekord, gdy na niegościnnej skale Nowych Terytoriów, wyspy Kowlun czy Hongkong stanie wieżowiec numer 8000!

 Chińskie lęki

Nie trudno zrozumieć, dlaczego w słowniku kantońskich Chińczyków
zamieszkujących Hongkong słowo kryzys nie istnieje. W przeciwieństwie do sąsiada z północy, Chin właściwych, gdzie lęk przed załamaniem gospodarczym zagląda już nawet członkom Komitetu Centralnego, który wkrótce ma wybrać kolejnego przywódcę Wielkiego chińskiego Skoku w XXI wiek. I znowu, oddajmy Chińczykom sprawiedliwość. Na standardy europejskie Chiny Ludowe są w fazie boomu, o którym Europa czy Stany Zjednoczone mogą jedynie pomarzyć. Niepokój wiąże się ze spadkiem dynamiki wzrostu, a właściwie obawą o to, czy Chiny wraz z resztą państw Azji są w stanie przetrzymać spadek koniunktury w świecie zachodnim, który mimo wszystkich swoich ułomności nadal jest nie tylko największym odbiorcą chińskiej pracy i chińskiej produkcji, ale i inwestorem. Innymi słowy, czy rynek azjatycki wchłonie bez większych ofiar energię i ambicję jakie go od 20 lat rozsadzają. Wyraźną wypadkową tych wątpliwości i lęków jest spadek ruchu turystycznego i współpracy gospodarczej między Chinami ludowymi a Hongkongiem, co szczególnie wyraźnie widać na lotnisku. O ile jeszcze wczesną wiosną kupno biletu do Szanghaju czy Pekinu graniczyło z cudem, o tyle dzisiaj w samolotach lecących na północ jest luźno. Pesymizm rośnie po wylądowaniu na lotnisku Pudong w Szanghaju, finansowej stolicy drugiego co do wielkości imperium gospodarczego świata.
Prawie 40 procent powierzchni biurowej świeci pustkami. Bankrutują biura zajmujące się leasingiem. Od prawie roku, mimo spadku cen za najem prawie o połowę, znalezienie nowego najemcy jest wręcz niemożliwe. Nadprodukcja na rynku nieruchomości komercyjnych stała się faktem. Niewiele lepiej dzieje się w budynkach mieszkalnych i rezydencjach.

Winy cudze i własne

Co sprawiło, że po niemal dwudziestu latach nieprzerwanego wzrostu w tempie dwucyfrowym, gospodarka chińska zwalnia? Czy jest to efekt kryzysu ogólnoświatowego, czy może skutek własnych błędów. Mark Skousen, który odwiedził Chiny w lipcu b.r. z serią wykładów poświęconych szkole austriackiej uważa, że co prawda spowolnienie gospodarcze wywołane zostało pośrednio błędami Zachodu, zamiast podążać – jak dotąd – drogą realnego rozwoju: silnego stabilnego pieniądza, oszczędności, inwestycji produkcyjnych i zrównoważonego budżetu, Chińczycy pozazdrościli tym, od których się dotąd odcinali, a więc Amerykanom, i Bank of China zaczął uprawiać gospodarkę sztuczną, opartą na ekspansji kredytowej, tanim pieniądzu i inflacji. Najlepszy dowód – mówi Skousen, że tempo wzrostu podaży pieniądza przekracza ostatnio 30 procent. Konsekwencją polityki sztucznego boomu jest wzrost inflacji, przegrzanie gospodarki i wejście w fazę cyklu spowolnienia, które właśnie obserwujemy.

Powrót do korzeni

Na szczęście nie we wszystkim kopiują Chińczycy demokratyczny Zachód. W przeciwieństwie do etatystycznych gospodarek Unii Europejskiej, Japonii i Stanów Zjednoczonych, w Państwie Środka modny staje się liberalizm gospodarczy, stąd właśnie szkoła austriacka. Co prawda zainteresowanie ekonomią libertariańską ogranicza się raczej do elit gospodarczych, jest jednak nadzieja, że pod naciskiem rządzących, którzy załamania koniunktury obawiają się, jak diabeł święconej wody, liberalizacja sięgnie salonów Pałacu Prezydenckiego. Wbrew swym proletariackim, komunistycznym korzeniom chińscy komuniści bardziej zafascynowani są szybkimi pieniędzmi i bogactwem niż siermiężnym egalitaryzmem. Stąd duże, jak tak egzotyczny kraj zainteresowanie nie tylko pismami Misesa, Rothbarda i Skousena, lecz także Adama Smitha i Henry Hazlitta. Yen Fu, chiński ekonomista i filozof, który w 1902 roku (a więc dopiero w 126 lat po ukazaniu się brytyjskiego oryginału) przełożył Bogactwo narodów na język chiński dostrzegł w systemie naturalnej wolności szansę na wyciągnięcie ubogich w owym czasie Chin z wielowiekowego zastoju i marazmu despotyzmu i ciemnoty. Uznawał niekwestionowaną wyższość Smitha nad dominującym w chińskiej mentalności Konfucjuszem. Podkreślał Smithowski szacunek dla bogactwa i dostatku, przedkładając go nad konfucjańskim potępieniem pieniądza, chciwości, bogacenia się i dostatku materialnego. Starając się przybliżyć Smitha chińskiemu inteligentowi, podkreślał to, co obu myślicieli – Smitha i Konfucjusza – łączyło, mianowicie: liberalizm w handlu, leseferyzm, oraz skłonność do ograniczonego rządu, który wielki chiński filozof zawarł w aforyzmie; „z rządzeniem jest jak z gotowaniem ryby, a dużo majstrowania może tylko kolację popsuć’.

 Smith kontra Marks

Niestety, mimo wielu wysiłków, pierwsza chińska edycja Bogactwa narodów nie zdobyła uznania czytelników, z winy samego tłumacza; jego przekład był po prostu nieudolny. Na domiar złego, mniej więcej 20 lat później, ukazało się w Chinach pierwsze wydanie Kapitału Marksa i to ono na blisko 70 lat zawładnęło umysłami i ambicjami Chińczyków, budujących pod wodzą Mao Ze Donga najlepszy ustrój świata. Skutkiem tego był doktryna Wielkiego Skoku…do tyłu, z wszystkimi jej atrybutami: terrorem, biedą, głodem i rewolucją (anty) kulturalną. Zatrzymanie rozwoju Chin, a potem cofnięcie gospodarki tego kraju o kilka dekad wstecz, było prostą konsekwencją adaptacji filozofii Marksa. Z innych popularnych efektów kolektywizmu wymienić należy usunięcie z chińskiego środowiska wróbli, szczurów, much i komarów – szkodników, które – zdaniem Przewodniczącego Mao – niszczyły plony. Zaowocowało to plagą szarańczy i koników polnych, które – dopiero pod nieobecność wróbli – dokonały na wiele lat spustoszenia chińskich upraw i pól. Tylko w latach 1958 – 1962 z powodu eksperymentów Mao zmarło w Chinach z głodu, na skutek gwałtu i aktów kanibalizmu ponad 45 milionów ludzi.

Wszystkie palce

Z jakiego powodu rząd chiński z uporem godnym lepszej sprawy drukuje podobiznę Mao na banknotach, buduje niezliczoną ilość jego pomników, wychwalając myśli Przewodniczącego Mao pozostaje słodką tajemnicą członków politbiura KC KPCh. I chociaż obecne Chiny są w dużym stopniu zaprzeczeniem wskazań Przewodniczącego, a rządzący krajem komuniści odcinają się nieoficjalnie od jego dokonań, nadal nie doszło do osądzenia dokonań epoki Mao i samego Przewodniczącego, „najstraszliwszego potwora” w dziejach tego wielkiego narodu. Nadal komunistyczna propaganda wychwala zasługi przywódcy, który miał „siedem dobrych palców, a tylko trzy złe”. Te trzy palce, to i tak duży kompromis ze strony partii komunistycznej. Jeśli jednak współczesne Chiny chcą podążać drogą naturalnej wolności Adama Smitha, jak deklaruje rząd, nie można pozwolić nawet na choćby jeden zły palec.

(jmf)

 

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 

 



[1] Znalezienie przyzwoitego domu jednorodzinnego, w interesującej lokalizacji, to znaczy z widokiem na zatokę, za mniej niż 10 mln dolarów uważane jest za darowiznę.

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Błażej pisze:

    Hm… nie jestem ekspertem od Chin więc na ten temat się nie będę wypowiadał. Natomiast co do Hongkongu to parę tylko sprostowań. Pisząc o tym drogim apartamencie zapewne miał Pan na myśli nowy budynek Opus (architekt Frank Gehry). Niedawno apartament 576 m.kw. sprzedano w nim za 61 mln USD. Gdyby był tam apartament o powierzchni 1000 m.kw. to rzeczywiście na lokalne pieniądze to byłby miliard ale jakoś nigdzie nie mogę znaleźć by był taki… Dwa, słowo kryzys oczywiście w języku kantońskim istnieje a mieszkańcy Hongkongu kryzysu boją się wręcz panicznie. To samo dotyczy wzrostu cen nieruchomości. O tym się mówi na okrągło i każda większa zwyżka obecnie jest szokiem dla mieszkańców, a rząd wręcz ostrzega przed kupowaniem mieszkań w okresie nagłych wzrostów cen. Spierałbym się boomu budowlanego jakoby się on zaczął kilka lat temu. Przypomina się mi tutaj film z Bruce Lee, który zwiedzając Rzym narzekał na bezsens pięknych fontann, no bo w takim HK to on już dawno postawiłby jakiś wieżowiec i żył z wynajmu. Boom budowlany w HK trwa od dziesiątek lat i dlatego to miasto jest takie jakie jest. Miasto liczy już ponad 7 mln mieszkańców i wielkimi krokami zmierza ku 10 mln. Ost rzecz, te dźwigi… są miejsca gdzie stoją, gdzie coś się buduje ale bez przesady. W Warszawie częściej napotykam na dźwigi. Pozdrawiam z HK.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Jasne, żę pozwoliłem sobie na pewną licentia poetica. Słowqo kryzys istnieje, ale nie istnieje kryzys euro, czy
    kryzys w takim sensie, w jak czuje się go w USA. Chińczycy obawiają się, żeby nie popełnić błędu samemu i nie wpakować się w kłopoty. Dla mnnie jest to fascynujące miasto, najbardziej sprawnego systemu komunikacji publicznej (po Buenos Aires) oraz najbardziej sprawnego na świecie systemu transportowego. Kraju ludzi wielkiej gospodarności, przezorności, wyobraźni i aktywności, którzy mimo ogromnych cen nieruchomości wciąż wolą mieszkać na tej niewielkiej skale niż w innych, bardziej przestronnych miejscach. Ciekawy jestem kiedy zaczna zasiedlać masowo wyspę Lantau i budowąc man-made wyspy. Pozdrawiam z Warszawy

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Błażeju, nie powiesz mi, że mówisz po kantońsku!
    pozdrawiam

  4. Błażej pisze:

    Plan zasiedlenie na większą skalę Lantau jest już od dłuższego czasu, choć czas potrzebny na dotarcie np z takiego Tai O czy Mui Wo na wyspę HK to godzina,a godzina dla przeciętnego mieszkańca HK jest wiecznością. Nie ma też potrzeby budować nowych wysp gdyż dużo jest nadal niezasiedlonych.

    Czy wolą? Nie sądzę. Raczej nie mają wyboru. Można się oczywiście przeprowadzić do Kanady, Australii czy USA i tak wiele osób robi. Niektórzy ryzykują nawet przeprowadzkę do Chin.

    Nie każdy jednak może się przeprowadzić, w końcu nie wszyscy w HK mówią biegle po angielsku czy mają uniwersyteckie wykształcenie, dwa traci się wtedy kontakt z wyjątkową atmosferą tego miasta. To bardziej już socjologiczny problem.

    Nie zgodzę też się z tą gospodarnością mieszkańców HK. Bo czy gospodarną jest osoba, która gdy lodówka po upływie okresu gwarancji się zepsuje to zamiast oddać ją do naprawy odpłatnej, lodówkę wyrzuca na śmietnik i kupuje nową? (jak tak się zastanowić to znajdzie się z sporo przykładów świadczących o ich niegospodarności ale już prawie 1am i trzeba iść spać). Zgadzam się co do aktywności i przezorności 🙂
    A kantońskiego się uczę. Bardzo powoli…. 🙂

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Jestem przekonany, że wyrzucenie lodówki wychodzi taniej niż naprawa. inaczej by tego nie robili.
    Chińczycy głupi nie są.
    Dobrej nocy
    jmf

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Właśnie dowiedziałem się od zaprzyjaźnionego człowieka, że apartament za 1 miliard nie został jeszcze wystawiony na sprzedaż,
    a tylko mówi się o takiej możliwośći. Narazie najdroższe mieszkanie to, tak jak piszesz, 576 m kw za 470 milionów dolarów hongkońskich, czyli ok. 62 mln dol. USA. Mój rozmówca twierdzi, że 1 miliard pęknie nie prędzej niż za rok, dwa.

    ukłony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *