Francuski przewoźnik

chat-dymki
5

       Brak profesjonalizmu, nieuzasadnione prowizje,  nie respektowanie umów i upokorzenia, to w polskim oddziale Air France dzień powszedni.      

Barykada

          Mniej więcej dwa lata temu, Air France, najpotężniejsza linia świata – lubi się tak reklamować – zlikwidowała swoje jedyne biuro w mieście, przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Dokładniej, nie zlikwidowała, a zabarykadowała je przed swoimi polskimi klientami, pozostawiając w formie dostępu alternatywnego: serwis Internetowy on-line, infolinię oraz biuro na lotnisku Okęcie. Powstała duża niewygoda; o ile bowiem Francuzi są narodem wybornych winiarzy, projektantów mody i kosmetyków, do informatyki talentu raczej nie mają. Dość powiedzieć, że należący do Air France internetowy system rezerwacji, sprzedaży i innych usług lotniczych pod względem niezawodności ustępuje tylko LOT-owskiemu. Zawiesza się w najmniej oczekiwanym momencie, wyłącza i jest mało czytelny. Dawniej w takich sytuacjach można było pojechać na Nowy Świat i skorygować świat wirtualny przy pomocy urzędnika rzeczywistego, dzisiaj już takiej możliwości nie ma.

       Nadal jednak istnieje infolinia i biuro na lotnisku. Teoretycznie. Problem bowiem w tym, że najczęstszy komunikat dla dzwoniącego do infolinii Air France brzmi: „wszystkie linie są zajęte, proszę zadzwonić ponownie”. Trzeba mieć ogromne szczęście, żeby w okresie od kwietnia maja do października usłyszeć głos żywego człowieka. Nikt nie żąda, żeby AF miała 1000 linii i 1000 pracowników je obsługujących, ale przecież można zakupić za kilkaset złotych usługę oczekiwania i nie wyłączać ludzi. Tym bardziej ze infolinia darmowa nie jest i płaci za nią pasażer. Jeśli francuski przewoźnik może mieć taki serwis w Johannesburgu i w San Francisco, to w czym Warszawa (Polska) gorsza? Mało to polskich żołnierzy biło się pod Napoleonem o wolność Francji i dobrobyt jej komunardów?  

     Słowem, druga alternatywa ułatwiające sprawne i łatwe kupno biletu jest dla wielu potencjalnych pasażerów również praktycznie wyłączona. Pozostaje biuro na lotnisku. Tym bardziej, że jest ono czynne codziennie i to już o 4.30 rano. Kłopot w tym, że biuro służy do sprzedaży biletów za gotówkę. Za każdą inną formę płatności liczy pasażerowi karę. Nie dość, że jest ono jedyną, jako tako działającą, alternatywą AF, w której można kupić bilet, przewoźnik za sprzedaż biletu elektronicznego każę sobie płacić prowizję, niekiedy w wysokości ponad 20 procent (sic!) ceny biletu. Jest to jawne nadużycie. Przy takiej zawodności systemu on-line biuro na lotnisku jest jedynym wyjściem. Płatność gotówkowa (spopularyzowana jeszcze w czasach Braci Wright) jest bezpłatna, za płatność kartą kredytową, która jest przecież ekwiwalentem gotówki, AF (made in Poland) pobiera ekstra 20 złotych. (Firma VISA powinna zwrócić uwagę Air France, że procedura pobierania opłaty za płatność kartą kredytową jest sprzeczna z regulaminem karty.) Jest to postępowanie godne monopolisty, do czego przyzwyczaiła AF wieloletnia zażyłość z Pałacem Elizejskim i doświadczenia komuny paryskiej[1].

System nie-lojalnościowy

       Szczytem perwersji jest ajefrancuski system lojalnościowy, zwany Flying Blue, co tłumaczyć można o należy jako Latający Smutek.

       W materiałach informacyjnych AF, przy każdym logo przewoźnika znajduje się informacja o możliwości zbierania (i kupowania punktów (mil) w programie lojalnościowym), konie z rz1)ędem temu, kto znajdzie tam informację n.t. możliwości wykorzystania  tych punktów. System przypomina popularną a czasach ZSRS  grę Chruszczówka, której regułą było, że zawsze wygrywał Chruszczow (czyli AF).

     Primo, z góry nie wiadomo, ile bilet kosztuje. W przeciwieństwie do innych programów lojalnościowych, gdzie każdy kierunek posiada swoją cenę w milach (np. lot między krajami Europy – 35 tys. mil, lot na trasie Europa – USA – 45 tys. mil itd.) system ajerfrancuski gra z pasażerem w Chruszczówkę. Np. chcę lecieć do USA, wchodzę na swoje konto milowe i szukam lotu. Podaję więc datę wylotu – jest miejsce, wyskakuje cena: 25 tysięcy mil, zaklepuję, jest OK. Teraz data powrotu – też jest miejsce, wybieram, klikam i…AF mnie informuje, że akurat tego dnia muszę oddać miejsce powrotne za 75 tysięcy mil i dodatkowo kilkaset dolarów.

      Kilka razy darmowy bilet za mile, w systemie lojalnościowym, wyceniony był wyżej niż bilet pełnopłatny. Nowością jest prowizja pobierana za wystawienie biletu w ramach programu lojalnościowego Blue Biz, który miał swoim członkom udzielać zniżki!  

     Jeśli posiadaczowi punktów FB uda się jakimś cudem dodzwonić do infolinii, i nie daj Boże, wymsknie mu się data, na którą chciałby swój darmowy (za mile) bilet otrzymać, ma pewność, że na tę akurat datę miejsca nie będzie, mimo iż komuś, komu AF akurat  odmówiła biletu w innym terminie zostanie ono zaproponowane w dniu, w którym nie było go dla pasażera. System jest złośliwy i to jest chyba robione celowo, w każdym razie niemal od 3 lat nie jestem w stanie skorzystać z nagromadzonych mil, a mam ich tyle, że starczyłoby na kilka niezłych biletów, poza tym, w kwestii terminu lotu jestem bardzo elastyczny.

      Problem jest dość przykry, bowiem do Latającego Smutku (FB) zostałem wpisany niejako pod przymusem, jako członek b. programu lojalnościowego holenderskiego flagowca KLM, którym latanie to prawdziwa rozkosz.  Niestety w wyniku korporacyjno-gabinetowych gierek KLM została wchłonięta przez AF, czy tego chciałem czy nie. Siła wyższa. Na marginesie dodam, że Latający Smutek, to chyba jedyny system lojalnościowy w powietrzu, który stosuje premię nie dla pasażera, lecz dla samego siebie. Pasażer w klasie ekonomicznej otrzymuje (przeważnie) tylko 25 procent przelecianych mil. Gdybym latał innymi liniami – przy czym zwracam uwagę, ze ceny większości głównych przewoźników są podobne – miałbym na koncie co najmniej 4 razy więcej mil. Mógłbym z nich korzystać bez całej masy restrykcji, którymi szafują Francuzi.

Bezpieczeństwo

       Latanie samolotami AF może przypominać ruletkę.

      Główny hub AF mieści się w Paryżu, a ściślej, jest nim lotnisko Charles de Gaulla (CDG), z którego pasażerowie rozprowadzani są po świecie. Czcigodny generał musi się w grobie  przewracać, gdy widzi wyraz twarzy pasażerów, którym na CDG przychodzi zmienić samolot. Ponieważ przejście z terminalu do terminalu jest wyjątkowo pokrętne, odległości znaczne, a oznakowanie praktycznie niewidoczne, tysiące pasażerów z oszalałym z przerażenia wzrokiem biega w te i we wte, szukając swego lotu. Kilkakrotnie zdarzyło mi się, że nie zdążyłem na drugą część lotu. Oliwy do ognia dolewają związki zawodowe, które co jakiś czasu organizują na CDG strajk, nierzadko bez powiadomienia centrali. W takich warunkach rodzą się różne myśli, zwłaszcza jak chodzi o bezpieczeństwo lotu. Bo jeśli linia nie jest w stanie zapewnić elementarnego porządku przed odlotem, jaka jest pewność, że zapewni go w czasie lotu? N.b. na bałagan narzeka nawet, naprawdę świetny, jeden z najbardziej profesjonalnych w lotnictwie cywilnym zespół pracowników pokładowych Air France.           

      Dla  świętego spokoju swojej duszy i sumienia postanowiłem opisać, w jaki sposób Air France traktuje swoich najwierniejszych pasażerów, zwłaszcza w Polsce, gdzie do tradycyjnej francuskiej arogancji i pychy dochodzi ignorancja i chamstwo polskojęzycznego personelu AF. Sam, dla swego świętego spokoju ograniczę korzystanie z francuskiego przewoźnika do minimum. Mam dość upokorzeń i dyskryminacji ze strony AF. Chcę podróżować nie tylko wygodnie, ale i godnie i wiem, że w tej sprawie nie jestem nad Wisłą odosobniony.

 Jan M Fijor

www.fijor.com

 P.S. Udało mi się w końcu dodzwonić do biura Latającego Smutku, gdzie za darmowy bilet do USA policzono  mi ok. 1900 zl plus 50 tys. mil, podczas gdy w Lufthansie kupiłem bilet pełnopłatny za 2100 zł, za co otrzymam (sic!)ponad 6000 mil. Dodam też, że w spośród europejskich miast płatny telefon  do infolinii Air France ma Polska i kilka innych państewek „trzeciej prędkości”.  No więc dla świętego spokoju wybrałem…Lufthansę, i innym rodakom też radzę.


[1] Tajemnicą poliszynela – i to wśród personelu latającego linii AF – są korupcyjne naciski rządu na system doboru personelu kierowniczego linii    

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Przemo pisze:

    Panie Janie, to jest ogólna zasada rządząca francuskim biznesem ! Jeśli przyjrzy się Pan innym francuskim koncernom sytuacja jest dokładnie taka sama. W motoryzacji od dawna znana jest maksyma nie kupować samochodów na F, praktyki TP -sy w naszym kraju i jej ceny jeszcze do niedawna np. za dostęp do internetu ( neostrada) to już legenda. A francuskie instytucje finansowe ( Societe Generale czy Credit Agricole ) w Polsce zasłynęły z brudnej gry ( CA to dawny Lukas Bank ) . Niestety francuskie firmy prowadzą koszmarną politykę – najgorsze dziadostwo za najwyższa możliwą cenę. Dodam tylko że ja do stanów także latam Lufthans’a ewentulanie Alitalią, a na codzień jeżdżę samochodem ze stajni VW. Francuskie firmy odstraszają,

    Pozdrawiam

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Allitalia, najgorsza (obok Spanair) linia w Europie też należy do Air France. Szkoda mi tylko KLM, która na reputacji AF wiele traci.
    Co do koncernów, to ja kupuję swoje ulubione perfumy (w tej branży Francja jeszcze się trzyma, ale to już końcówka)
    w USA po 45 dol. za flaszeczke 100 ml, podczas gdy we Francji 50 ml tej samej marki kosztuje ok. 70 euro.
    Inteligentni, skądinąd ludzie, Francuzi popadli w uwielbienie dla socjalizmu, który przecież nie dba o konsumenta.

  3. Slawek Pisze pisze:

    Mieszkam w Toronto. I Air France to jest najgorsza linia jaka lecialem kiedykolwiek. Ludzi z Ameryki traktuja jak bydlo. Przylecielismy do Paryza z USA i Kanady – zatrzymano nas i przed nosem naszym zaladowali samolot tubylcami z Paryza. Poczym nam powiedziano ze miejsca dla nas zabraklo. A bilety z zona mielismy wykupione pol roku wczesniej. Nic dodac nic ujac. Radze tych linii unikac.

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Mam nowy pasztet. Otóż strona www naszej „ulubionej” linii „chodzi tylko pod explorerem”. Na moje pytanie, co mają zrobić ludzie, którzy nie posiadają explorera, pani z biura warszawskiego zwyczajnie mnie objechała, że jestem ignorantem i nie powinienem mieć pretensji do linii. Usłyszałem to w odpowiedzi na pytanie: gdzie na witrynie AF znajduje się zakładką, w której pasażer może sprawdzić stan swojej rezerwacji? Pomyśleć, że w takich Qatar Airways, na dwa dni przed wylotem, dostałbym maila z pytaniem, jak sie czuję i czy chcę siedzieć przy oknie, czy w przejściu. Pozostaję przy pytaniu: jak taki serwis może linię utrzymać przy życiu? odpowiedź: na dużych rynkach (USA, Niemcy, UK) personel jest uczony należytej obsługi. Nie jest to cała prawda, ale część zagadki wyjaśnia.

    ukłony
    P.S. Słuszne pytanie: po co ja z nimi latam?

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Po kilkunastu latach członkostwa w sojuszu KLM (później, niestety, także AF) w bazie danych nie ma mojego adresu mejlowego, który mam niezmieniony od 22 lat. Bałagan, ignorancja, CGT, Egalite i socjalizm. Zaczynam się bać, wyobrażając sobie jaki jest stan bezpieczeństwa lotu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *