Wolność, czyli rynek. Wstęp do anarchokapitalizmu

chat-dymki
6

Wprowadzenie

Anarchokapitalizm jest filozoficzno-polityczną próbą opracowania systemu, w którym państwo zastąpione zostało rynkiem, a innymi słowy – w miejsce demokracji politycznej pojawia się demokracja konsumencka. W nurcie tym, który można określić jako czysty leseferyzm, to nie politycy, lecz konsumenci decydują o kierunkach rozwoju gospodarczego i cywilizacyjnego. Anarchokapitaliści wychodzą bowiem z założenia, że decyzje konsumenckie, za które konsumenci płacą własnymi pieniędzmi, są (z tego właśnie powodu) znacznie bardziej obiektywne i racjonalne niż decyzje polityczne, za które i tak w ostatecznym rozrachunku odpowiedzialnością obarczeni zostają podatnicy. W anarchokapitalizmie odpowiedzialność znajduje się tam, gdzie umieszczony jest tzw. obszar decyzyjny.

Nie ma działalności gospodarczej, która realizowana przez instytucję państwową (czy nawet quasi-państwową), byłaby prowadzona sprawniej, lepiej, taniej niż taka sama działalność w wydaniu prywatnym. Dzieje się tak, ponieważ systemy kolektywne, takie jak komunizm, socjalizm, interwencjonizm i wszystkie inne systemy państwowe, w których dobrobyt jednostki podporządkowany jest formalnie tzw. dobrobytowi ogółu (faszyzm, nazizm), ignorują realia otaczającego nas świata i pomijają niemal kompletnie podstawowe cechy natury ludzkiej. Ich utopijność polega na tym, że ani natury otaczającego nas świata, ani natury człowieka zignorować czy zmienić nie można. Co gorsza, w każdym z tych rodzajów systemów nikt nie określił, czym jest dobrobyt ogółu; co to jest ogół i wedle jakich kryteriów należałoby wprowadzać zmiany na lepsze[1].

 

Otaczająca nas rzeczywistość

Biorąc pod uwagę podstawowe prawa natury, ale i swoistość człowieka jako istoty zarówno społecznej, jak i racjonalnej, możliwe jest wskazanie następujących cech, zarówno odwołujących się do natury świata zewnętrznego, jak i specyficznie ludzkiego. Uwzględniając pierwszą płaszczyznę, okazuje się, iż po pierwsze: żyjemy w świecie dóbr rzadkich (niedoborów). Deficyt ten sprawia, że z jednej strony trzeba rzadkie zasoby i dobra reglamentować, z drugiej zaś – tak ich używać, aby reglamentacja ta była optymalna. Nie zapominajmy, że każde dobro ma jakieś alternatywne wykorzystanie, błędna jego alokacja nie tylko pozbawi nas tego alternatywnego wykorzystania i wszystkich korzyści z tego płynących, lecz także doprowadzi do marnotrawstwa, co jeszcze bardziej pogorszy sytuację społeczeństwa. W ten bowiem sposób dobra już ograniczone stają się jeszcze bardziej rzadkie. Po drugie: o ile potrzeba reglamentacji (racjonowania, dystrybucji) dóbr rzadkich jest niekwestionowanym faktem i wszyscy zgadzają się co do takiej konieczności, o tyle panuje niezgoda w kwestii sposobów prowadzenia tej reglamentacji. W tym zakresie – w zależności od wyznawanej ideologii czy stopnia wiedzy – istnieje kilka „szkół”, według których dobra rzadkie reglamentować (dystrybuować) można poprzez: zdobywanie ich siłą, oczekiwanie na nie w kolejce, losowanie – loterię, przyznawanie ich przez kolektyw; poprzez system kartkowy (racjonowanie) czy wreszcie poprzez mechanizm cenowy, gdy są one kupowane/sprzedawane na rynku. Po trzecie: każda z powyższych metod reglamentacji skażona jest wadami marnotrawstwa, błędnej alokacji, niesprawiedliwości, subiektywnych preferencji i przywilejów. Niekorzystne jest także to, że pięć pierwszych metod demotywuje człowieka do działania. Z niechlubnych i nieefektywnych dziesięcioleci doświadczeń związanych z implementacją elementów marksizmu i leninizmu wiemy jednak, à rebours, że najsprawniejszym sposobem dystrybucji jest mechanizm cenowy, a więc taki, który kieruje dobra do jednostek ceniących je najwyżej. Co odbywa się w zgodzie z zasadą, że im wyżej coś cenimy (czyli im więcej za to zapłacimy), tym bardziej o to dbamy (żeby tego nie stracić). Mechanizm ten motywuje także do wyższej wydajności, pośrednio do zwiększenia podaży dóbr[2].

Odwołując się zaś do podstawowych cech charakteryzujących naturę ludzką, wspólnych dla wszystkich „normalnych” ludzi, warto zwrócić uwagę, iż po pierwsze: człowiek jest jedyną istotą, która działa, czyli podejmuje racjonalny wysiłek w celu poprawy swego bytu. Żadna inna istota, czy to zwierzę, roślina, skarb państwa, Polska Akademia Nauk, czy Komitet Centralny, działać nie potrafią. Działać może tylko żywy człowiek! Ponadto – i to należy uznać jako drugi dowód – celem działania człowieka jest poprawa jego sytuacji, czyli przeniesienie się ze stanu obecnego do stanu lepszego. Dlatego (pośrednio) motywatorem działania człowieka jest jego własny dyskomfort: tylko ja naprawdę wiem, co jest dla mnie dobre, słuszne i sprawiedliwe. Co nie znaczy, że nie mogę się w tej wiedzy mylić”. Po trzecie: człowiek jest egoistą i inaczej być nie może. Ludzie zrównoważeni mentalnie najczęściej wyżej stawiają własne dobro niż dobro innych. Najlepszy dowód: nieznany jest ani jeden przypadek, aby zdrowy człowiek oddał innym ludziom obie swoje nerki czy oba płuca do przeszczepu. Egoistyczny interes człowieka składa się najczęściej na dobro ogółu. Adam Smith nazwał to fundamentem tzw. niewidzialnej ręki rynku. Po czwarte i po piąte: człowiek chętniej i sprawniej działa w warunkach wolności wyboru niż poprzez system zakazów i nakazów (z niewolnika nie ma pracownika) oraz działa w warunkach niepewności, czyli nieprzewidywalności. Nikt z nas nie wie na pewno, co się wydarzy. Jednakże pewni ludzie (nazwijmy ich przedsiębiorcami) przewidują przyszłe zdarzenia lepiej niż inni. Umiejętność trafnego przewidywania to dobro rzadkie. Przewidywać może tylko człowiek. Im lepiej przewidzi przyszłość, tym gospodarniej alokuje rzadkie zasoby, a z tej umiejętności korzysta całe społeczeństwo[3].

Co więcej, we wszystkich systemach kolektywnych, bez względu na ich rozmiar, cel działania czy stopień złożoności, decyzje kluczowe podejmuje jeden człowiek. Widać to było wyjątkowo wyraźnie na przykład w czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości. Zgodnie z konstytucją – Polską rządził rząd wyłoniony przez Sejm, zdominowany przez większość parlamentarną, którą z kolei rządził prezes, Jarosław Kaczyński. Czy było tak, jak mawiali dobrze poinformowani, że prezes ulegał silnym wpływom matki? – nie jest to całkiem wykluczone. Dzisiaj (w czasie rządów koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego), choć łańcuch przyczynowo-skutkowy jest mniej czytelny, co do zasady nie ma różnicy. Ta zasada (albo teoria) nosi nazwę żelaznego prawa elit.

Wymieńmy dla porządku jeszcze, traktując to jako siódmą okoliczność, że człowiek chętnie konsumuje i jeśli już trzeba coś z tą jego konsumpcją robić, to raczej ją powściągać niż stymulować. Człowieka nie trzeba do konsumpcji zmuszać stymulatorami politycznymi, czyli za pośrednictwem rządu. Po ósme: rynek nie jest tworem idealnym, także potrafi być zawodny, jednakże jego zawodność i subiektywność jest znacznie mniejsza niż w przypadku demokracji politycznej. Na rynku głosujemy wykładając własne pieniądze czy własność niejako z góry. W demokracji politycznej, ze względu na to, że ewentualną cenę własnych decyzji płacimy znacznie później, pokusa nadużycia jest większa. Wskutek tego nasze decyzje nie są tak dokładnie przemyślane, jak w przypadku decyzji rynkowych. Tym samym demokracja polityczna jest znacznie bardziej ryzykowna i marnotrawna[4].

Jako dziewiąty z kolei argument można przywołać fakt, iż systemy kolektywne opierają się na monopolu państwa i jego sile, co oznacza, iż są agresywne. Systemy rynkowe oparte są natomiast na współpracy i wolnym wyborze człowieka, z mechanizmem wolnej konkurencji wbudowanym w ten wolny wybór. I jako ostatni już wątek (dziewiąty): warto zwrócić uwagę, iż ekonomia jest nauką społeczną, a nie tworem matematycznym. W niczym jej to zresztą nie ujmuje. Ekonomia jest bowiem nauką aprioryczną, której prawdy nie mogą być wywiedzione na drodze empirycznej, jak w fizyce czy chemii.

Implikacje negacji podstawowych zasad natury ludzkiej

Teoretycznie kolektywizmy, czyli systemy, w których środki produkcji – w całości lub znacznej części – znajdują się rękach państwa, będącego zarazem mniej lub bardziej centralnym planistą – powinny być nie tylko bardziej wydajne, ale i tańsze dlatego, że z zasady rezygnują one z części (faszyzm, interwencjonizm) lub całości (komunizm, socjalizm) zysku. W dyspozycji państwa (rządu) znajduje się gros środków wypracowanych przez obywateli, które mogą zostać skierowane na zaspokojenie potrzeb tych ostatnich.

W dużym uproszczeniu, na cenę dobra wytwarzanego w kapitalizmie składają się: koszty pracy, energia, surowce, organizacja, wiedza i inne zasoby plus zysk. W socjalizmie (komunizmie) zysku nie ma, są tylko zasoby. Dlatego socjalizm powinien być tańszy, tym bardziej, że w socjalizmie (komunizmie) istnieje tylko jeden podmiot (płatnik) zaopatrujący  wszystkich we wszystko. Ma to wpływ na efekt skali. Organizacja służby zdrowia, zakupy mąki, stali, asfaltu, bawełny itd. w tak dużych ilościach wpływają na cenę zakupu, zaniżając ją. Centralny Zaopatrzeniowiec jest równocześnie Centralnym Producentem i kupuje od siebie dobra nieobciążone zyskiem (czy wyzyskiem) i dlatego tańsze.

Czynnikiem wpływającym na wyższą efektywność gospodarki kolektywnej powinna być silna koncentracja kapitału. Dzięki kumulacji majątku państwo ma go więcej niż jakikolwiek podmiot prywatny. Kapitał też podlega efektowi skali. Duża jego koncentracja wpływa na obniżenie kosztów kapitału. Co więcej, pośrednią zaletą może być też brak podatku. Podatek jest bowiem zbędny. Państwo dysponuje prawie całym majątkiem obywateli. Wpływa to na rozłożenie ryzyka błędnej alokacji kapitału, a tym samym na jego (ryzyka) minimalizację. Podobna zasada odnosi się do wiedzy. Państwo w systemie kolektywnym ma do dyspozycji znacznie więcej wiedzy niż prywatny – i to nawet duży – podmiot w kapitalizmie. Rząd dysponujący setkami miliardów stać na kosztowną ekspertyzę, która nawet dla koncernów Microsoft, General Motors czy General Electric może się jednak wydać nieosiągalna, a nawet zbyteczna[5].

Jednakże przewaga konkurencyjna socjalizmu, że tak się niesocjalistycznie wyrażę, zaczyna się chwiać na etapie centralnego planowania – mamy tu na myśli to, że Ludwig von Mises wykazał (a Oskar Lange nie potrafił tego obalić), iż pod nieobecność mechanizmu cenowego Centralny Planista nie wie, jak kalkulować poszczególne koszty, nie wie nawet, jaka kalkulacja (a pośrednio, cena) powinna być prawidłowa, nie mówiąc o tym, że Centralny Planista ma zbyt dużo na głowie, aby zaplanować wszystko należycie; jest przecież tylko człowiekiem. Teoretycznie, w dobie superkomputerów planowanie nie jest aż tak wielkim problemem. Zamożny rząd stać na sporządzenie programu, który nie tylko Centralnego Planistę wyręczy, ale wręcz przezwycięży niedoskonałości ludzkiego planowania. Na takie programy czy komputery może sobie pozwolić tylko wyjątkowo potężny i wykształcony kapitalista. Dlatego w systemie kapitalistycznym planowanie podejmowane przez pojedynczych przedsiębiorców również bywa niedoskonałe, żeby nie powiedzieć – błędne. Ma to głębokie implikacje gospodarcze, gdyż wskutek złego planowania rzadkie zasoby mogą być – i bardzo często są – marnotrawione, stając się jeszcze rzadsze. Może się zdarzyć, że źle planujący producent cynowych żołnierzyków wyprodukuje ich zbyt dużo albo o zbyt dużych rozmiarach, w efekcie zabraknie cyny na puszki do konserw, co może skutkować mniejszą liczbą wypraw wysokogórskich, a tym samym zmniejszeniem produkcji lin, czekanów, haków, raków i innego sprzętu do wspinaczki[6].

Ostatnim, chociaż wcale nie tak mało ważnym elementem przewagi systemów kolektywnych nad kapitalizmem i wolnym rynkiem powinien być monopol, czyli brak konkurencji. Każdy, nawet najbardziej chciwy kapitalista przyzna, że tym, co go w działalności gospodarczej najbardziej męczy, jest ciągłe dostosowywanie się do warunków rynkowych; gonitwa za konkurentami, nieustanne próby dotrzymania im kroku i pokonania ich. Podobnie ma się rzecz ze zwykłymi ludźmi, którzy w obawie przed utratą obecnej pozycji (stanowiska, dochodu, prestiżu) muszą się starać być lepszymi od innych. W systemach kolektywnych tego nie ma. Tam nie ma z kim konkurować, a jeśli już, wynik tej konkurencji nie zależy od uczestników współzawodnictwa, lecz od polityków. Centralny Planista sam ustanawia rolę każdego z obywateli w społeczeństwie i w przypadku jakichś odchyleń od planu, korekcji także dokonuje osobiście. Nie wymaga to wysiłku ze strony obywatela, a jeśli już, nie jest to aż tak przykre, jak w kapitalizmie, gdzie swoją pozycję każdy musi sobie wywalczyć sam w (często bezlitosnej) walce konkurencyjnej. Systemy kolektywne są więc bardziej człowiekowi przyjazne, ponieważ mniej go stresują, mniej wymagają. Wysiłek i ryzyko niepowodzenia, analogicznie do sposobu zaspokajania potrzeb materialnych, rozłożone są na większą liczbę osób (efekt skali)[7].

Dlaczego zatem systemy kolektywne, pomimo tych wszystkich zalet są jednak bardziej opresyjne, a przez to mniej ludzkie; produkowane w nich dobra są de facto droższe, owych dóbr jest mniej i są przeważnie jakościowo gorsze (buble), podaż nie odpowiada popytowi, czego skutkiem jest ogromne marnotrawstwo zasobów, zaś ludzie są znacznie biedniejsi. Dlaczego socjalizm (komunizm; kolektywizm) przegrywa z kapitalizmem? Odpowiedź jest właściwie prosta: socjalizm i jego pochodne przegrywają, bo nie uwzględniają specyfiki natury ludzkiej. Systemy kolektywne są wręcz gwałtem zadanym na niej. Dotychczasowe przypadki implementacji takich systemów (Związek Radziecki i europejskie kraje tzw. demokracji ludowej, Wietnam, Kuba, Korea Północna i in.) były próbą zmiany (w skali życia jednego pokolenia albo nawet i krócej) czegoś, co powstawało przez tysiące lat i jest sumą doświadczeń (ewolucji) wieluset pokoleń całego gatunku ludzkiego. Siłą rzeczy musiały to być systemy realizowane siłowo, pod przymusem, wbrew ludziom, gdyż tylko w ten sposób można było osłabić (choć na szczęście nie złamać) wielowiekowe trendy, obyczaje i przyzwyczajenia. W efekcie – pomimo wspomnianej powyżej hipotetycznej przewagi ilościowej – nie ma ani jednej dziedziny życia gospodarczego, która w wydaniu kolektywistycznym byłaby prowadzona lepiej, taniej, skuteczniej niż w sektorze prywatnym[8].

Co więcej, socjalizm, komunizm czy interwencjonizm są systemami, które nie są w stanie konkurować z wolnym rynkiem i kapitalizmem. Jaka jest tego przyczyna? Aby wyjaśnić w najbardziej przystępny sposób ów stan rzeczy, przydatna wydaje się być lista najprostszych zasad, których systemy kolektywne nie uwzględniają lub które starają się ignorować. Skutkiem tego, systemy te stają się mniej skuteczne lub wręcz nieskuteczne gospodarczo w porównaniu do systemów opartych na wolnym rynku, czyli na dobrowolnej wymianie, wolnej konkurencji i niepodważalności własności prywatnej. I tak:

  1. Wbrew przekonaniu twórców socjalizmu, najsilniejszym motywem działania przedsiębiorcy nie jest żądza zysku, lecz strach przed stratą. Człowiek, który zainwestował w swoją działalność gospodarczą własne pieniądze, czas, wiedzę, energię i nadzieje, najpierw dba o to, by nie stracić swej inwestycji (wkładu), a dopiero potem szuka z niej zysku. Potwierdzają to nie tylko doświadczenia autora artykułu, ale także doświadczenia szeregu przedsiębiorców. Do takiego wniosku doszli też psychologowie amerykańscy, badający na zlecenie spółki Dow Jones zachowania ludzi w biznesie, gdzie lęk przed stratą sprawia, że przedsiębiorca stara się jej uniknąć. Inaczej jest w socjalizmie, w tym bowiem systemie osoba odpowiedzialna za nadzorowanie procesów gospodarczych nie ponosi osobistego ryzyka – słowem – nie wykłada własnych pieniędzy, które wskutek błędnej alokacji mogłaby stracić. Co prawda w systemie kolektywnym osoba odpowiedzialna za nadzór i efekty procesu produkcyjnego może zostać zwolniona z pracy lub ukarana, jeśli jednak nie działała z premedytacją albo nie dopuściła się rażących zaniedbań lub nadużyć, trudno jej winę udowodnić. W przypadku przedsiębiorcy prywatnego winy nie trzeba nawet dowodzić. Kara zostaje wymierzona bez względu na to, czy ktoś popełnił błąd świadomie, w dobrej bądź złej wierze, czy też nie. Jest nią „strata w kieszeni”. W ten również sposób społeczeństwo podlega ochronie nie tylko przed marnotrawstwem, ale i przed złymi przedsiębiorcami. Takiej tarczy ochronnej w systemach kolektywnych nie ma. Tymczasem najczęstszym źródłem straty, i to bez względu na to, czy działalność gospodarcza ma miejsce w systemie kolektywnym, czy w warunkach wolnego rynku, jest błąd w oszacowaniu poziomu ryzyka, marnotrawstwo zasobów, zły dobór personelu, zła praca albo za mało pracy, brak zainteresowania i zaangażowania itp. Znakomitym, choć bolesnym przykładem są tu perypetie z „ratowaniem” polskich stoczni.
  2. Przeciwieństwem paraliżu decyzyjnego jest pokusa nadużycia. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy ktoś kto podejmuje decyzje nie ponosi odpowiedzialności za ich konsekwencje. Co prawda w systemie wolnorynkowym właściciel może mieć mniejszy wpływ na funkcjonowanie firmy niż jej menedżer, jest to jednak wybór właściciela. Jeśli popełnił błąd, poniesie tego konsekwencje. W systemach kolektywnych odpowiedzialność za przebieg przedsięwzięcia ponosi przeważnie ktoś inny, niż osoba podejmująca ryzyko. Najczęściej ofiarą jest ktoś, kto nie miał na przedsięwzięcie żadnego lub prawie żadnego wpływu (obywatel). Na przykład wszyscy obywatele, dla jakiejś iluzorycznej korzyści wspólnej czy misji, łożą na budowę stadionów piłkarskich, z których korzysta garstka zamożnych sportowców i aktywistów.
  3. Nie chodzi wcale o to, że ludzie w socjalizmie są gorsi, a w kapitalizmie lepsi, bo tak nie jest. Chodzi o to, że mechanizmy działające w tych systemach wydobywają z ludzi różne wartości. Dając im wolność wyboru i odpowiedzialność, pozwalają się realizować. Nie dając, tłumią ich aktywność. Ci sami Polacy, Czesi, Chilijczycy czy Litwini, którzy przez prawie pół wieku (czasem krócej) zmagali się z niewydolnością socjalizmu, zaledwie 20 lat później dokonali skoku gospodarczego dzięki wolnemu rynkowi. Jeszcze 30 lat temu panowała w Irlandii nędza, a niekiedy głód. Dziś – pod wpływem reform wolnorynkowych – jest to czołowa potęga[9] gospodarcza Europy. I odwrotnie, ci sami Argentyńczycy, którzy w latach 1920-1930 zbudowali jeden z najzamożniejszych krajów świata, pod wpływem fatalnej polityki (peronizm) już w 20 lat później potrafili go wpędzić w tarapaty, z których kraj ten nie może wyjść do dzisiaj[10].
  4. Promotorzy systemów kolektywnych nawołują do opamiętania: nie wolno wszystkiego przeliczać na pieniądze! Ważna jest misja, posłannictwo, humanizm itd. To prawda, ale pamiętajmy, że wszystko można przeliczyć na pieniądze. Misja kosztuje. Jeśli wydamy na ambitny teatr telewizji, to zabraknie na leczenie chorych na SM (stwardnienie rozsiane – sclerosis multiplex). Dobrym przykładem jest katastrofa w kopalni Halemba, mająca miejsce w 2006 roku, która skłoniła senatora Kazimierza Kutza do refleksji, iż poświęcono życie w zamian za złom, którego wydobycie zakończyło się śmiercią dwudziestu kilku górników. To prawda, ale jednocześnie trzeba pamiętać, iż ów złom pozwala wydobyć węgiel, bez którego w mroźną zimę zemrzeć może kilkaset osób. Poza tym wydobywanie określonego produktu daje górnikom pracę, którzy w ten sposób utrzymują swoje rodziny. Wiadomo, jaka była cena życia (śmierci) 23 górników, nie wiadomo jednak, jaka byłaby cena śmierci staruszek i dzieci, które zamarzłyby w swoich nieogrzewanych domach[11].
  5. Wybitny ekonomista amerykański Milton Friedman powiedział kiedyś, że wbrew tezom marksistów, biznes nie składa się tylko z zysków, ale i ze strat. Strach przed stratą istnieje tylko w firmach prywatnych. W państwowych nie jest on wbudowany w mechanizmy gospodarcze.
  6. W systemach kolektywnych decyzje podejmują tacy sami ludzie, jak w systemie wolnorynkowym. Problem w tym, że tak jak osobnik goniony przez wściekłego psa potrafi wykrzesać z siebie niespożyte siły i otrzeć się o sportowy rekord, tak decydent w warunkach konkurencji, zagrożenia, strachu, motywacji, ale i chciwości jest w stanie wydobyć z siebie znacznie więcej energii, pomysłowości i pracy niż przy braku tych bodźców. Pomijam już taki fakt, że do biznesu idą najzdolniejsi, polityka przyciąga zaś nieudaczników, nie licząc coraz rzadziej spotykanych mężów stanu, takich jak: K. Adenauer, Ch. de Gaulle, R. Reagan, M. Thatcher i kilku innych.
  7. Rynek – wbrew temu, co uważają etatyści – nie jest bezdusznym tworem, gdyż zarówno uczestniczący w nim ludzie, jak i dokonywane przez nich wybory są przejawem ludzkich umiejętności podejmowania decyzji, wrażliwości na określone kwestie czy w końcu są efektem dobrowolności. Osoby dokonujące wyborów na wolnym rynku to często ci sami ludzie, którzy w systemie demokracji politycznej składają się na elektorat. O ile prawdą jest, że jedni i drudzy ponoszą skutki swoich decyzji, o tyle w przypadku demokracji politycznej wielu z nich nie zdaje sobie z tego sprawy. Osoby podejmujące decyzje gospodarcze na wolnym rynku przeważnie same za nie płacą. W demokracji politycznej rachunek przekazywany bywa przez decydentów do zapłacenia innym[12].

 

Zakończenie – dlaczego zatem nie jest wybierane to co lepsze?

Skoro może być tak dobrze, dlaczego większość wybiera system gorszy, droższy, mniej wydajny i mniej ludzki? Wyjaśnieniem tego „fenomenu”, a może raczej paradoksu, niech będzie tragiczny przypadek niedźwiadka zabitego w Tatrach (rzekomo w obronie własnej) przez turystów. Zwierzę, karmione początkowo łakociami przez jego zabójców – turystów, z chwilą zaprzestania podawania mu jedzenia zaczęło się buntować. Przejawem niezadowolenia wobec karmiących go była agresja. Reakcja była tak gwałtowna, że turyści uznali, iż w obronie własnej trzeba zwierzę zabić, w przeciwnym razie – najprawdopodobniej – sami zginą. Przypadek ten – może w nieco alegoryczny sposób – dowodzi, jak trudne jest pozbycie się balastu kolektywnego myślenia, postaw roszczeniowych i państwa opiekuńczego.

Jeśli kiedyś mamy takiego myślenia zaprzestać, trzeba do tego dochodzić stopniowo. Znaczący krok w tym kierunku zrobiła np. Nowa Zelandia, gdzie państwu opiekuńczemu po prostu zabrakło pieniędzy. Jak na ironię, u władzy byli akurat „labourzyści”, którzy dla ratowania finansów państwa zmuszeni (powtarzam: ZMUSZENI!) zostali do reform: obniżyli cła, sprywatyzowali oświatę, obniżyli składki na ubezpieczenie społeczne, ograniczając przy tym przywileje socjalne i związkowe. W krótkim czasie zmiany te doprowadziły do sukcesu. Dziś system gospodarczy Nowej Zelandii podawany jest za przykład roztropności i dowodzi skuteczności uwolnienia gospodarki z „gorsetu” ustawodawstwa tzw. państwa opiekuńczego.

Współcześnie politycy nadal niechętnie korzystają z rozwiązań wolnorynkowych i trudno im się dziwić, gdyż system wolnorynkowy ujawnia ich zbędność, pozbawiając źródeł łatwej, mało odpowiedzialnej, bezpiecznej i dobrze płatnej pracy. Jednakże casus Nowej Zelandii, wbrew pesymizmowi leseferystów i optymizmowi socjalistów, rodzi nadzieje na wyjście z „zaklętego kręgu” redystrybucji dochodu i przymusu w stosunkach państwo – obywatel. Tą nadzieją jest upadek tradycyjnego modelu państwa kolektywnego, poprzez jego bankructwo – w pewnym momencie rządom kolektywistycznym zabraknie pieniędzy, a obywatele nie zgodzą się na wyższe podatki, bo ich już na to nie stać. Jeśli więc jakaś władza liczy na cud, że mimo wszystko uda jej się bez reform gospodarki, bez uwolnienia ludzkiej inicjatywy, czyli bez prywatyzacji państwa doprowadzić do poprawy sytuacji – nie lamentujmy. Poczekajmy, aż zabraknie jej pieniędzy[13]. Wtedy właściwa rola rządu, a więc instytucji, której obowiązkiem jest zapewnienie jednakowych warunków rozwoju obywateli, zostanie niemal automatycznie przywrócona. Z tą różnicą, że – pod nieobecność reform – automatyzmowi temu towarzyszyć będzie wybuch niezadowolenia społecznego, depresja gospodarcza i zemsta na tych, którzy do kryzysu doprowadzili[14].

 Jan M. Fijor

Literatura:

Boaz D., Libertarianizm, Poznań 2005.

Cukiernik T., Prawicowa koncepcja państwa, Wrocław 2004.

Friedman M. i R., Wolny wybór, Sosnowiec 1996.

Hoppe H.H., Demokracja – bóg, który zawiódł, Warszawa 2006.

Mises L. von, Biurokracja, Lublin 1998.

Mises L. von, Interwencjonizm, Kraków 2005.

Mises L. von, Ludzkie działanie. Traktat o ekonomii, Warszawa 2007.

Mises L. von, Mentalność antykapitalistyczna, Wilno 1994.

Mises L. von, Planowany chaos, Lublin-Rzeszów 2002.

Murray Ch., What It Means to be a Libertarian, New York 1997.

Nock A.J., Państwo – nasz wróg. Klasyczna krytyka wprowadzająca rozróżnienie między

„rządem” a „państwem”, Lublin-Rzeszów 2004.

Nozick R., Anarchia, państwo, utopia, Warszawa 1999.

Rand A., Capitalism: The Unknown Ideal, New York 1966.

Rand A., Cnota egoizmu, Poznań 2000.

Rothbard M.N., O nową wolność. Manifest libertariański, Warszawa 2004.

Tannehill, L. i M., Rynek i wolność, Warszawa 2003.

Teluk T., Koncepcje państwa we współczesnym libertarianizm



[1] Zob. szerzej np.: T. Teluk, Koncepcje państwa we współczesnym libertarianizmie, Warszawa 2006, s. 13-19; D. Boaz, Libertarianizm, Poznań 2005, s. 44-81; R. Nozick, Anarchia, państwo, utopia, Warszawa 1999, s. 17-41; L. von Mises, Planowany chaos, Lublin-Rzeszów 2002, s. 81-105; M.N. Rothbard, O nową wolność. Manifest libertariański, Warszawa 2004, s. 45-70; A. Rand, Cnota egoizmu, Poznań 2000, s. 5-10; Ch. Murray, What It Means to be a Libertarian, New York 1997; A. Rand, Capitalism: The Unknown Ideal, New York 1966, s. 11-34.

[2] Zob. L. von Mises, Ludzkie działanie. Traktat o ekonomii, Warszawa 2007, s. 9-60; D. Casey, Wprowadzenie do wydania z 1993 roku, [w:] L. i M. Tannehill, Rynek i wolność, Warszawa 2003, s. 9-12.

[3] Por. H.H. Hoppe, Demokracja – bóg, który zawiódł, Warszawa 2006, s. 11-84.

[4] Ibidem; M. i R. Friedman, Wolny wybór, Sosnowiec 1996, s. 9-34.

[5] A.J. Nock, Państwo – nasz wróg. Klasyczna krytyka wprowadzająca rozróżnienie między „rządem” a „państwem”, Lublin-Rzeszów 2004, s. 13-33; M. i R. Friedman, op. cit., s. 35-65.

[6] L. von Mises, Ludzkie…, s. 584-604.

[7] Ibidem, s. 605-726; zob. także: idem, Interwencjonizm, Kraków 2005.

[8] Idem, Biurokracja, Lublin 1998, s. 35-74.

[9] Nadmierna etatyzacja i zawierzenie doktrynie państwa opiekuńczego doprowadziło Irlandię w 2010 roku na skraj upadku.

[10] Idem, Mentalnośc antykapitalistyczna, Wilno 1994, s. 10-37.

[11] Por. ibidem, s. 68-95.

[12] L. i M. Tannehill, op. cit., s. 15-76.

[13] Tekst ten pisany b ył we 2007 roku, na rok przed wybuchem obecnego kryzysu niewypłacalności państwa.

[14] Zob. T. Cukiernik, Prawicowa koncepcja państwa, Wrocław 2004, s. 39-77; 175-178

Powyższy tekst ukazał się w książce „Współczesne państwo. Idee i rozwiązania instytucjonalne” pod redakcją  Ewy Ganowicz i Alicji Lisowskiej. Uniwersytet Wrocławski 2012.

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. premier pisze:

    dla zainteresowanych polecam także „Jednostka wobec państwa” H.Spencera

  2. pawel-l pisze:

    Ciekawy tekst.
    Tu chyba jest nieścisłość:
    ” iż ów złom pozwala wydobyć węgiel ”
    Robotnicy demontowali stemple z nieczynnego już korytarza, więc złom miał iść do huty.

  3. Jan M. Fijor pisze:

    A dlaczego nie zostawili tego złomu, żeby sobie rdzewiał? Ponieważ wiązałoby się to z dużą stratą, na którą kopalni nie było stać. A zatem złom stanowił środek produkcji, w tym wypadku, środek prowadzący do mniej kosztownej eksploatacji węgla. Odzyskanie złomu było sposobem na zmniejszenie kosztów, albo może strat, a więc uczynienie produkcji węgla bardziej dostępną. Tańsza produkcja oznacza większą sprzedaż, a więc wyższą efektywność. Myślę zresztą, że takich zależności było więcej. Podaję pierwszą z brzegu.

    ukłony

  4. Kamil pisze:

    Artykuł zbiorczy moich wszystkich przemyśleń… z pewnością przeczytam go jeszcze kilka razy i wtedy jak zobaczę jakąś nieścisłość to swoje dopowiem…

    Gratuluje i dziękuje…

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Pochlebia mi pan, ale skoro tak, czekam na bezkompromisową krytykę. Ukłony

  6. robert woźniak pisze:

    inflację powoduja banki tworzeniem z niczego kredytów bezgotowkowych .
    dystrybucja powinna sie odbywac od dołu . skoro gospodarka danego państwa wytworzyła więcej dobra niz rok temu ta kwota powinna byc rozprowadzona
    np. zwrotem zaliczki na podatek dla osób fizycznych. wartość dobra dodatkowo wytworzonego powinna mieć pokrycie w dodatkowej emisji pieniadza papierowego. kreacja czyli oszustwo kredytów bez pokrycia w depozytach powinno być zabronione prawem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *