Mit inflacji

chat-dymki
16

Od kilku miesięcy panuje w Stanach Zjednoczonych susza. Niższe od przeciętnych będą tegoroczne zbiory zbóż. Wzrosną ich ceny, już wzrosły. Będzie inflacja – zapowiada zatroskany reporter CNBC. W górę poszła właśnie cena ropy naftowej – informuje w ślad za CBNC prezenter wiadomości TVP. Obaj wprowadzają widzów w błąd.

Wzrost cen, to nie inflacja

Inflacja to nie wzrost cen, a jeśli już, to nie wzrost ceny wybranego dobra, czy kilku dóbr. Inflacja, to ogólny wzrost cen. Wszystkie ceny pieniężne rosną równocześnie, często w takim samym tempie. Już samo to powinno dać nam (a właściwie ekonomistom i politykom) do myślenia. Dlaczego nagle wszystkie ceny zaczynają rosnąć mniej więcej w tym samym tempie? Czyżby przedsiębiorcy się umówili i podnieśli zgodnie wszystkie ceny? To jest zbyt łatwe, żeby nie powiedzieć naiwne wyjaśnienie. Tym bardziej, że nie każda podwyżka cen świadczy o inflacji, i nie każdej inflacji towarzyszy podwyżka cen. Rosnące ceny kolorowych brylantów tylko w niewielkiej części wywołane są inflacją, w głównej zaś ogromna przewagą popytu nad podażą. Spadające ceny niektórych urządzeń elektronicznych, takim jak iphone czy kindle mogą mimo wszystko świadczyć o inflacji. Gdyby nie ogólny wzrost ceny te  spadłyby znacznie niżej. Istnieją też sytuacje, kiedy mimo wzrostu poziomu inflacji, ceny nie rosną. Tak się może dziać wówczas, gdy równocześnie z inflacją rośnie podaż dóbr, wydajność produkcji, albo spada popyt na nie.

Wróćmy do cen.

Dlaczego ceny nagle rosną? Musi być jakiś powód. Zgódźmy się i pomijając wspomniane powyżej przypadki wyjątkowe przyznajmy, że powodem rosnących cen jest jednak inflacja. Nie znaczy to jednak, że inflacja to synonim wzrostu cen. Czym w takim razie jest inflacja? Jest to spadek siły nabywczej pieniądza; za tę samą jednostkę monetarną możemy kupić mniej, albo ten sam towar kosztuje więcej jednostek monetarnych. Wzrost cen jest zatem skutkiem inflacji, czyli spadku siły nabywczej jednostki pieniądza.

Najczęstszym powodem wystąpienia inflacji, jest wzrost podaży pieniądza powyżej popytu na niego. Znaczy to, że w obiegu znajduje się więcej pieniędzy niż towarów i usług, które można za nie kupić. Należy zwrócić uwagę, że żyjemy w świecie dóbr rzadkich, co oznacza, że wszystkiego nam brakuje. Nie możemy, ot tak sobie, zwiększyć produkcji, żeby ją posiadaczom tego nadmiaru pieniądza odsprzedać. W sytuacji wyższej podaży pieniądza przy stałym popycie na niego, jego wartość jednostkowa spadnie. 1 „nowy” dolar nie będzie już wart 1 „staremu” dolarowi, lecz mniej. Ceny wyrażone dotychczas w „starych” dolarach w „nowych” dolarach wzrosną.

Spadek siły nabywczej

Pieniądz jest takim samym towarem, jak wszystkie inne. Jeśli jest go więcej, tanieje. I tu zaczyna się różnica w stosunku do innych dóbr, bo co to znaczy tańszy pieniądz? Jeśli iphone jest tańszy, klienci się cieszą. Tańszy pieniądz, to martwienie. Znaczy bowiem, że jest on mniej wart. Pieniądz nie jest dobrem finalnym, konsumpcyjnym, lecz środkiem wymiany. Możemy go wymienić w zamian za dobra konsumpcyjne (i produkcyjne również). Za tę samą jednostkę pieniężną (złoty, forint czy funt) kupimy mniej dóbr/usług. Ich ceny rosną, bo trzeba ten spadek wartości (siły nabywczej) zrekompensować. I to jest kwintesencja inflacji: spadek siły nabywczej pieniądza. Nie żaden wzrost cen, lecz spadek wartości pieniądza wywołany jego nadmiarem.

Skąd się nagle bierze nadmiar pieniądza? I co to znaczy nadmiar/ w stosunku do czego? Innymi słowy, zadajmy sobie pytanie, jak to się dzieje, że nagle podaż pieniądza rośnie? Aby to wyjaśnić trzeba się cofnąć mniej więcej do osiemnastowiecznej Francji. Jest 1815 rok, profesorem prestiżowej Conservatoire ds. Arts et Metriers zostaje mało znany (tak wtedy, jak i dzisiaj) ekonomista, Jean Baptiste Say. Jego zdaniem to nie konsumpcja stymuluje podaż czyli produkcję, lecz jest odwrotnie. Konsumenci nie zaczną wydawać pieniędzy – mówi Say – dopóki robotnicy nie pójdą do pracy, a producenci nie zaczną osiągać zysków. To spostrzeżenie  doprowadziło go do bardzo ważnego – chociaż wciąż bagatelizowanego – odkrycia, mianowicie:

      Produkcja jest przyczyną konsumpcji albo, innymi słowy, rosnąca produkcja prowadzi do wyższych wydatków konsumpcyjnych.

Gdy tylko produkt jest wytworzony, w tej samej chwili uruchamia on rynek innych produktów do wysokości swej wartości. Kiedy producent wytwarza i sprzedaje produkt, natychmiast staje się kupującym, który posiada dochód do wydania. Aby kupić, najpierw trzeba sprzedać”.  Prawidłowo sformułowane prawo Saya brzmi następująco:

      Podaż produktu X stwarza popyt na produkt Y.

„Im większe zbiory płodów rolnych, tym większe zakupy rolników. Złe zbiory, przeciwnie, uderzają w sprzedaż wszelkiego rodzaju towarów” .

Przyrost pieniędzy w obiegu, czyli wzrost podaży pieniądza ma być proporcjonalny do ilości wytworzonej podaży. Jeśli będzie większy niż podaż, siła nabywcza pieniądza spadnie. Jeśli mniejszy, siła nabywcza wzrośnie.

Cena pieniądza

Od chwili ustanowienia bankowości centralnej, doktryna wolnego rynku, a więc zasada głosząca, że ceny ustalane są w warunkach wolnej gry popytu i podaży, w odniesieniu do pieniądza została generalnie zawieszona. Pieniądz nie jest traktowany jako dobro wolnorynkowe. Jego ceny nie ustala rynek, lecz prezesi banków centralnych, jak w przypadku centralnego banku USA (Fed) czy Europejskiego Banku Centralnego (ECB), bądź gremia, zespoły doradcze  jak np. w przypadku NBP i polskiej Rady Polityki Pieniężnej. W oparciu o wyszukane algorytmy i magiczne formuły, bankierzy centralny decydują ( a dokładniej: zgadują) jakie ma być aktualnie oprocentowanie pieniądza, czyli wysokość podstawowej stopy procentowej. Jeśli bankierzy ustalą, że stopa ta ma pójść w górę, czyli gdy bank (np. w celu zahamowania inflacji) chce powstrzymać ludzi od wydawania pieniędzy, zmniejszają podaż pieniądza i mówimy wtedy, że pieniądz (kredyt) staje się droższy. Jeśli zaś chcą zwiększyć akcję kredytową, wówczas obniżają stopy, zwiększając tym samym podaż pieniądza.

Formalnie chodzi o kontrolę cen, czyli utrzymywanie inflacji na założonym w tzw. celu inflacyjnym poziomie, de facto jednak  są to decyzje polityczne umożliwiające manipulację pieniądzem. Ponieważ przyjmuje się, iż niższe stopy są dla gospodarki dobre, a wyższe nie dobre, ignoruje się rynek na rzecz decyzji politycznej. Jak każda kontrola(regulacja) cen, także i ta ma swoje negatywne konsekwencje. Primo, wynikają one z fundamentalnych zasad ekonomii,  mianowicie, że tylko rynek wie, jaki jest prawdziwy koszt kredytu. Secundo, bankier podlega pokusie zaniżania stóp, czyli zwiększania podaży. Nie wchodząc w detale teorii cyklu koniunkturalnego, która procesy te opisuje, właśnie owo zwiększenie akcji kredytowej, czy to poprzez obniżenie stóp, albo (gdy, tak jak ostatnio w USA czy Japonii, dalsze obniżenie jest niemożliwe) poprzez modne ostatnio QE z numerkiem, co jest zwyczajnym drukowaniem pieniędzy bez względu na to, czy ich podaży towarzyszy produkcja, czy nie, wywołuje inflację czyli spadek siły nabywczej pieniądza.

Pieniądz z powietrza

Zdrowy kredyt ma swoje źródło w oszczędnościach będących pochodnymi produkcji i pracy, a nie w papierze, który bank centralny lub rząd zadrukował bez względu na to, czy podaży tej towarzyszyła, czy nie towarzyszyła produkcja. Taki zadekretowany pieniądz nie powstaje z wysiłku, z pracy, lecz z powietrza. Nie kryją się za nim dobra i usługi. Pretekstem do tej podaży z powietrza jest konieczność stymulowania konsumpcji, będącej rzekomo źródłem wzrostu gospodarczego, ale jest to złudne przekonanie, którego autorem jest największy szkodnik gospodarczy w dziejach, brytyjski ekonomista John M. Keynes. Widzieliśmy przecież, że (prawo Saya) źródłem wzrostu jest podaż dóbr, a nie podaż pieniądza. Taka sztuczna podaż doprowadzi do spadku siły nabywczej pieniądza, czyli do inflacji, a ta z kolei do wzrostu cen.

Po co ta cała skomplikowana konstrukcja? Czy nie lepiej zmobilizować ludzi do oszczędzania, a tym samym tworzyć podaż kredytu? Pewnie, że lepiej. Problem w tym, że oszczędzanie wiąże się – zdaniem polityków i bankierów centralnych – z rezygnacją z konsumpcji, a ściślej, z odłożeniem jej na jakiś czas. Każdy człowiek woli skonsumować za swoje 100 złotych dzisiaj niż za rok, chyba że za tę powściągliwość zostanie nagrodzony i zamiast 100 złotych, dostanie za rok, przykładowo, 106 zł. Wtedy może sobie odmówić. A czy odmówiłby sobie za 104 złote? Być może. A za 101 złotych? O, to już może być za mało. Widzimy więc, że wektor oszczędzania skierowany jest przeciwnie do wektora pożyczania.  Im wyższe oprocentowanie, tym ludzie chętniej oszczędzają\, ale mniej chętnie pożyczają. Stymulując oszczędności hamujemy kredyt, czyli wzrost gospodarczy. Co prawda, w miarę wzrostu oszczędności (podaży kredytu) oprocentowanie pieniądza (jego cena) zacznie spadać i ustali się realna równowaga podaży pieniądza i popytu nań, ale po co czekać, denerwować się, ryzykować. A nuż ustali się ona na zbyt wysokim poziomie – myśli sobie zatroskany premier kraju. Wzywa więc prezesa banku centralnego i mówi mu z bólem w głosie: rośnie nam bezrobocie, spada produkcja, zróbcie prezesie coś. I prezio robi. Obniża stopy procentowe, a kiedy już są tak niskie, że nikt nie chce oszczędzać i pieniędzy na kredyty brak, to uruchamia drukarnie, pardon, on uruchamia mechanizm QE3, albo QE4, a jeśli mało będzie papieru, to może nawet dojść do QE100, i drukuje dzień i noc.

Dzięki temu społeczeństwo, chcąc nie chcąc, składa się na kampanię wyborczą premiera, który z wdzięczności zatrzyma na fotelu obecnego prezesa banku centralnego, który tylko marzy, by jak najdłużej wykonywać tę dobrze płatną, nie wymagającą ryzyka, a właściwie i wysiłku posadę.

Wszyscy się cieszą?

Inflacja to właściwie kradzież, to oszustwo tym groźniejsze, że dokonywane w majestacie prawa. Z pozoru korzystają na nim wszyscy, z wyjątkiem większości obywateli. Łańcuch korzyści zaczyna się od rządu, który za pieniądz wydrukowane z powietrza opłaca swe zobowiązania personelowi urzędów państwowych, wojsku, policji, nauczycielom, budowniczym  szkół, dróg, listonoszom, lekarzom etc. Im wcześniej ktoś te pieniądze dostaje, tym bardziej na inflacji korzysta, gdyż kupuje za nie towary i usługi po cenie jeszcze sprzed inflacji. Z czasem jednak, gdy środki te rozleją się po gospodarce, ceny będą rosły, bo przecież (papierowego) pieniądza przybyło, a produktów/usług niekoniecznie. Następny w kolejce zadowolonych jest bank centralny, który ma dzięki temu władzę nad pieniądzem. Kontrola nad najważniejszym dobrem ekonomicznym, pieniądzem, to bardzo łakomy kąsek. Po bankierach centralnych przychodzi kolej na zwykłe banki komercyjne,  które dostają tani pieniądz, mogą go pomnożyć dzięki niewysokiej rezerwie obowiązkowej, więc mają co pożyczać. Na inflacji mogą też skorzystać biznesmeni, którzy tani kredyt zainwestują w swoje fabryki, biura i salony sprzedaży. Inflacja, a konkretnie  ekspansja kredytowa wywołana zaniżeniem stóp procentowych może również zaowocować wzrostem konsumpcji. Niskie oprocentowanie zniechęca przecież do oszczędzania, więc ludzie zamiast ciułać, konsumują. Z czasem, wzrosty cen wywołają presję na wzrost zarobków. Cieszą się związki zawodowe. Żony aktywistów związkowych kupują sobie futra, mężowie łodzie motorowe. Wzrost płac podnosi jednak ceny. Rośnie presja na płace. Karuzela kręci się aż do momentu, gdy okaże się, że cały ten wzrost produkcji był równie sztuczny, jak pochodzenie pieniędzy, z których został sfinansowany. Gospodarka hamuje, ustaje, zaczyn a się najpierw spowolnienie, potem recesja, następnie spada zatrudnienie (czyli rośnie bezrobocie), nasila się niewypłacalność dłużników, którzy tracą na rzecz banków swoje domy, samochody, łodzie. Tracą też biznesmeni, którzy wzięli kredyt na budowę hali fabrycznej, czy salonu sprzedaży których nikt nie potrzebował, ale pieniądz był taki tani, że byłoby grzechem nie skorzystać. Przegrani są nawet politycy, którzy namawiali bankierów do uruchomienie tej karuzeli. W obliczu kryzysu wybory wygrywa….opozycja. Co prawda w sytuacji trudnej znajdują się również bankierzy, ale oni mają w razie czego zakładnika w postaci podatników, którzy złożą się fundusz ratunkowy, nie mówiąc o przejętych za długi domach, samochodach i łodziach, a co ważniejsze o możliwości tworzenia pieniędzy z powietrza. W razie czego jest też nowy rząd złożony z byłej opozycji, który niedługo zwróci się do bankierów z propozycją uruchomienia karuzeli inflacyjnej.

Bankierzy odzyskają wtedy swój wigor i zaczną kusić tanim kredytem z powietrza. Tylko ciężko pracujący Polacy zastanawiać się będą, gdzie podziały się owoce ich ciężkiej pracy w minionych okresach prosperity. Zachęceni tanim kredytem zaczną odbudowywać swoje zasoby…Niedouczony naród winą za istniejący stan rzeczy obciąży banki biznes i kapitalizm. Od wyborów do wyborów, da capo al fine.

Czy można to zmienić?

Z powyższego widać, że przyczyną inflacji nie jest kryzys w Grecji czy susza w USA lecz błędne decyzje monetarne rządu/banku centralnego. Dlatego właśnie tam należy szukać lekarstwa na obłędne koło inflacyjne. Co prawda, przyzwyczajenie jest drugą naturą bankiera, jednakże w ostatnich latach doszło do tak gigantycznego zadłużenia rządów i innych instytucji publicznych, że jeśli nie chcemy aby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli, konieczne będą zmiany. Jakie to zmiany? Na pewno musi dojść do decentralizacja podaży pieniądza, odpolitycznienia decyzji monetarnych, do likwidacji systemu rezerw cząstkowych oraz powrotu do skutecznego, odpolitycznionego systemu kontroli podaży pieniądza, czyli do standardu złota. Bez tego z kryzysu nie wyjdziemy, a jeśli już, to z roku na rok będziemy wychodzić na coraz krócej. Jeśli nie zmienimy obecnego systemu produkcji pieniądza, nie odbierzemy władzy bankowi centralnemu, nasza cywilizacja może upaść. System bankowy nie może mieć więcej praw niż inne branże czy biznesy. Jeśli tworzenie pieniądza z powietrza (czy papieru) jest fałszerstwem, nie wolno tego robić także bankom czy rządom. Wszystkie te zmiany są trudne, ale możliwe, tym bardziej, że takie zasady funkcjonowały z powodzeniem jeszcze 100 lat temu.

Jan M Fijor

www.fijor.com

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Torunianin pisze:

    Bardzo ciekawe! Dziękuję!

  2. Jarosław pisze:

    Inflacja w swietle powyzszego wydaje sie nie slowem, pojeciem ale jakims zakleciem.
    Wytlumaczenie inflacji tylko monetarystycznie jest wygodne acz wiele niedokladne. Skad wiemy ile jest pieniadza na rynku ? Badajac wklady terminowe. A co z handlem nielegalnym i podziemnym ?

    Druga strona medalu jest taka, o czym Pan zdaje sie nie wspomina, ze niska inflacje mozna uzyskac poprzez podniesienie bezrobocia.. (krzywa Philipsa).

    Zastanawiam sie czy mozna w ogole realnie zbadać inflację. Praktycznie tylko badając ceny i uslugi, wtornie oczywiscie poprzez dostepnosc kredytow i ilosc wkladow.

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Do czego panu potrzebna znajomość iości pieniądza? Ilość pieniądza nie ma znaczenia, o ile nie powstaje on z powietrza, w wyniku ekspansji kredytowej narzucanej przez bank centralny. Dodatkowym źródłem nadmiernej podaży jest system rezerw cząstkowych. bez nich nie będzie ekspansji, a przynajmniej nie aż taka, żeby wywoływać inflację. Krzywe Phillipsa, to wydumany chybiony koncept któremu rzeczywistość przeczy. Naczytał się pan Keynesa, stąd podejrzliwość. Polecam „Tajniki bankowości” Rothbarda i teorię cyklu koniunkturalnego Hayeka-Misesa.

    Ukłony

  4. Jaroslaw pisze:

    NIE SWIECI GARNKI LEPIA
    czyli jak filozof z wyksztalcenia red.K.Skowronski rozwiazal problem inflacji

    Podczas audycji w radiu WNET z nauczycielem akademickim dr ekonomii Wojciechem Rogowskim red. prowadzacy odkryl wazna zaleznosc wywolujaca inflacje.
    Najpierw zapytal: A inflacje w czym sie mierzy ? Standartem zlota ?\
    Nastepnie doktor wyjasnil ze inflacja to wskaznik cen detalicznych ustalanych w kilku supermarketach.
    Na to red. Skowronski: to co by sie stalo gdybysmy zbadali ceny u producenta. Gosc odpowiedzial ze gdyby byly nizsze niz w markecie to ceny by spadly i obnizyly inflacje.

    Wniosek: wystarczy poprawic redystrybucje i inflacja zniknie..

    P.S Mam nadzieje ze Pana cykl o inflacji bedzie kontynuowany, bo jest jeszcze kilka rzeczy do dodania. Inflacja kazdej waluty zaczyna tracic wartosci z uplywem czasu. Skaladaja sie na to : percepcja wartosci rzeczy, prawo popytu i podazy.
    Percepcja wartosci rzeczy: jesli waluta jakies kraju z dnia nadzien straci wartosc do dolara to zaufanie do tego kraju spadnie ale i wartosci dolara tez spadnie.

  5. Krzysztof K. pisze:

    W Japonii drukują coraz wiecej pieniedzy. Dlaczego tam ceny spadają a nie rosną?

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Ogólnie należy stwierdzić, że jest to efekt stagnacji. Ekspansja kredytowa (niskie stopy procentowe) powoduje nietrafione inwestycje, które gospodarki nie rozwijają, stwarzając jedynie złudzenie rozwoju. Bez rozwoju ludzie nie mają pieniędzy, więc spada popyt, a stąd do deflacji tylko krok. Z drugiej strony, niskie stopy procentowe zniechęcają do oszczędzania. Spadają inwestycje, rośnie konsumpcja. Jeśli netto ceny spadają może to oznaczać, że proces wprowadzania w błąd silniej wpływa na gospodarkę niż proces konsumowania. Innego wyjaśnienia nie jestem w stanie wymyślić. Może ktoś jest w stanie to wytłumaczyć? Kłania się Keynes, z tą różnicą że trwającemu już w Japonii przez 25 lat kryzysowi nie towarzyszy inflacja tylko deflacja. Poza wzystkim nie widzę w tym niczego złego.
    Ukłony

  7. asd pisze:

    Większość tych dziwów powinno wytłumaczyć pojęcie sterylizacji pieniądza..

  8. Jan M. Fijor pisze:

    Krzywa Phillipsa jest błędnym przybliżeniem relacji między inflacją a bezrobociem. Podobnie, jak błędne jest rozumowanie Keynesa w tym zakresie.

    ukłony

  9. Adam Hilaruk pisze:

    Szanowny Panie, nie trudno przewidzieć, że inflacja może być coraz wyższa. Proszę powiedzieć, czy biorąc tylko pod uwagę aspekt ochrony przed inflacją jest jakaś różnica pomiędzy lokatami, obligacjami i funduszami inwestycyjnymi z jednej strony oraz np kruszcami i nieruchomościami z drugiej? Czy jest jakiś rodzaj aktywów na które inflacja nie działa?

  10. Jan M. Fijor pisze:

    Niestety, nie ma sposobu ucieczki przed inflacją.
    Moim zdaniem niewielką ochronę daje udzielenie komuś pożyczki zabezpieczonej jakimiś indeksami.
    a także posiadanie ziemi i produkcja żywności. W warunkach chaosu inflacyjnego spadają obroty rynkowe,
    najmniej elastyczna jest jedna żywność. I dlatego ja w dzisiejszych czasach stawiam na grunty rolne (Polska, Afryka)
    i produkcja żywności.

    Ukłony

  11. abc123 pisze:

    Mi sie wydaje, ze banki centralne moga spowodowac zwiekszenie podazy pieniadza ale nie musza. Nawet jak zjada ze stopami procentowymi do zera i zwieksza baze monatarna (np tzw. programy QE1-3) to podaz pieniadza wzrosnie tylko wtedy gry ludzie zaczna brac kredyty.
    Jesli ludzie sa po uszy zadluzeni to nie mysla o braniu nowych kredytow tylko o splacie starych. Stad pojawila sie deflacja a nie inflacja w USA.
    Prosze sobie porownac wykresy obrazujace wzrost monetary base i podazy pieniadza M3. Tak nawiasem mowiac USA przestala pokazywac M3 w 2006 r.

  12. Preply pisze:

    http://preply.com/pl/lodz/oferty-pracy-dla-nauczycieli-języka-japońskiego bank pracy dla nauczycieli japońskiego w Łodzi

  13. Definicja CPI pozwala rządowi fałszować inflację w biały dzień, a okradani ludzie i tak nie wiedzą o co chodzi.

  14. Jan M. Fijor pisze:

    Przede wszystkim ciemny naród cieszy się z inflacji, bo mu rośnie wartość
    aktywów, a poza tym, skandalem jest to, że nie pochodzący z wyboru bankier centralny
    okrada nas w żywe oczy. Zresztą nie tylko u nas. na całym świecie obowiązuje pompowanie płynności,
    które jest jawnym złodziejstwem.

    Ukłony

  15. tom pisze:

    inflacje powoduja banki tworząc z niczego kredyty bezgotówkowe zalewajace świat na potegę.

  16. Jan M. Fijor pisze:

    To jedni z winowajców. Powodów inflacji jest więcej: sztuczny boom tworzony przez bank centralny,
    a generalnie nadwyżka podaży pieniądza ponad naturalny popyt na niego.
    Ukłony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *