Po co ta ustawa?

chat-dymki
1

 

Doszło do tego, że to rząd amerykański zabiega o złagodzenie zasad imigrowania do Stanów Zjednoczonych. Chętnych do osiedlania się na północ od Rio Grande jest coraz mniej. Komu więc ma służyć propagowana przez rząd nowa ustawa imigracyjna?

Chętnych brak?

W Ameryce – z wyjątkiem dziedzin wymagających najwyższych kwalifikacji – w większości tradycyjnych zawodów brakuje pracy, zarobki są coraz niższe, kondycja dolara słabnie, najgorsze jest jednak to, że kraj przestaje być symbolem wolności i marzeń o lepszym życiu, upodabniając się w ciągłej ekspansji państwa do sytuacji w krajach, z których ludzie tradycyjnie do Ameryki emigrowali. Charakterystycznym przykładem może być chociażby Kalifornia, miejsce do którego napływ imigrantów był dotąd największy.

Nielegalny imigrant z Meksyku, Azji czy Europy Wschodniej po przybyciu do Kalifornii ma w zasadzie w perspektywie bezdomność albo nocleg w hotelu. Kryzys na rynku nieruchomości oraz nadmiar ustaw regulujących budownictwo i rynek nieruchomości w ogóle doprowadził do dramatycznego braku mieszkań. Media podają, że w skali kraju, procent mieszkań nie wynajętych nie sięga nawet 2,5, zaś w Kalifornii (za wyjątkiem obszarów rolnych na północy stanu, gdzie praktycznie pracy nie ma) wynajęte są praktycznie wszystkie, które znalazły się na rynku.

Na każde mieszkanie czy dom wystawiony na rynek do wynajęcia chętnych jest od 5 – 15 osób/rodzin. Dochodzi często do licytacji ceny. Byłem świadkiem aukcji starego, dość niechlujnie utrzymanego trzypokojowego domu (o powierzchni ok. 90 m kw.) w Santa Cruz, niewielkim miasteczku w środkowej Kalifornii, wystawionego za pośrednictwem zawodowej agencji za 1625 dolarów miesięcznie (plus świadczenia: gaz, woda, elektryczność, wywóz śmieci etc.). Jego cena została w ciągu pięciu dni – bo tyle trwało zbieranie ofert – pobita do 2000 dolarów miesięcznie.

A vista i bez większych trudności można znaleźć w zasadzie tylko mieszkanie w hotelu lub pensjonacie, co jest zrozumiałe chociażby ze względu na poziom cen. Dwusypialniowe kondominium w pensjonacie średniej klasy kosztuje od 120 – 170 dolarów dziennie – od 4000 do 5000 tysięcy dolarów miesięcznie. Imigranta na pewno na coś takiego nie stać. Ale nawet dobrze

zarabiający specjalista ma z tym problemy. Żeby zapłacić za mieszkanie 4000 dolarów (po podatku) trzeba przeznaczyć na to co najmniej 6000 dolarów (72 tysięcy dolarów rocznie). Zważywszy, że najwyższe średnie pensje w Kalifornii wynoszą ok. 75 tysięcy dolarów na osobę (średnia dla całego stanu to niewiele ponad 45 tysięcy), trzeba właściwie pracować na mieszkanie.

Dach nad głową

Przedstawiam tutaj najczarniejszy ze scenariuszy, sam jednak, zanim wynająłem mieszkanie nie miałem lepszego wyboru. Bo miejsce w pensjonacie czy zasoby gotówkowe to nie wszystko. Obowiązujące prawo (a jeśli nawet nie prawo, to taki akurat panujący obyczaj) wymaga, aby wynajmujący lokator okazał się nie tylko zdolnościami płatniczymi. Konieczna jest także historia kredytowa, aprobata ze strony właściciela (kamienicznika) oraz długoterminowe zobowiązanie. Przy tak rozgrzanym rynku właściciela, mało kto decyduje się na wynajmowanie doraźne, z miesiąca na miesiąc. Wiąże się to z kosztami znalezienia lokatora. Większość posiadaczy mieszkań szuka lokatora na dwa, trzy lata. Sprawdzają więc każdego kandydata do podszewki; jego sytuację rodzinną (dzieci, psy, koty nie są mile widziane, choć akurat tego w Kalifornii nikt głośno nam nie powie) historię kredytową, dochody, opinię z miejsca pracy, opinię od poprzedniego właściciela; to, czy przypadkiem nie pali, albo, broń boże, nie pije? Wszystko, rzecz jasna, na koszt potencjalnego lokatora. Każda aplikacja (podanie) o mieszkanie do wynajęcia kosztuje, co najmniej, dodatkowo 50 – 100 dolarów. Zostałeś odrzucony? Straciłeś pieniądze. Szukasz dalej.

Zwracam uwagę, że w przypadku imigranta, czy człowieka (nowo) osiedlającego się na terenie stanu większość wymaganych informacji jest nieosiągalna. Skąd mieszkaniec Polski, Laosu czy Gwatemali ma wziąć swoją amerykańską historię kredytową? Tłumaczenie agentowi od nieruchomości, że jest się tu „nowym”, a w dodatku tłumaczenie tego z obcym akcentem jest z góry podejrzane. Chyba, że ma się dobre referencje. Ale ilu imigrantów je ma?

Co prawda, większość nowoprzybyłych ma na miejscu jakichś krewnych czy znajomych, którzy pomogą im na początku imigracyjnej drogi, przygarniając do siebie, ale tu także na przeszkodzie staje obowiązujące prawo. Ogranicza ono bowiem liczbę osób zamieszkujących na dłużej pod jednym dachem. Nawet we własnym, prywatnym domu. Wujek czy kuzyn może mimo woli sprawić duży kłopot.

Czy tylko Kalifornia?

W Chicago, Miami czy Nowym Jorku jest pod tym względem znacznie łatwiej, bo tam nie ma takich szaleńczych regulacji i ograniczeń budowlanych, dlatego też jest taniej. To znaczy: jeszcze tak jest! Jednakże lobby od dobijania nieruchomości (i chyba całej gospodarki), składające się z polityków, ekologów, antykapitalistów i innych dobroczyńców ludzkości aktywizuje się z roku na rok. Posiadanie mieszkania czy domu z przeznaczeniem na inwestycje, nawet w tych miastach jest coraz mniej opłacalne. Jeśli do wysokiej ceny, w dużym stopniu wywindowanej proinflacyjną polityką banku centralnego, a także wywołanej przez tenże sam FED narastającej niepewności ciągłym załamywaniem się rynku, dodać podatek od nieruchomości wahający się od 1,2 do 2 procent jej wartości, regulacje wysokości czynszów, opłaty za korzystanie z mediów, obsługę otoczenia i inne quasi podatki, to nawet dla kogoś, kto ma nieruchomość spłaconą, czyli nie jest obciążony pożyczką hipoteczną opłacalność wynikająca z posiadania nieruchomości okazuje się iluzją. Nie trudno zrozumieć, dlaczego chętnych do kupowania nieruchomości jest mniej niż osób szukających dachu nad głową.

Eldorado?

Czy sytuacja opisana oznacza automatycznie Eldorado dla właścicieli mieszkań? Na pewno tak. Pod warunkiem, że ktoś posiada pół miliona dolarów i to gotówką. Tyle kosztuje dość skromne mieszkanie/apartament w całkiem średnio atrakcyjnej okolicy. Co prawda gros mieszkań kupuje się w USA na kredyt hipoteczny, który jest dzisiaj historycznie tani (ok. 4 procent rocznie na 30 lat), trudno go jednak dostać. Tym bardziej, gdy chodzi o imigranta, który przeważnie nie posiada historii kredytowej, nie ma poręczeń, niekiedy nie posiada nawet podstawowych dokumentów potwierdzających jego sytuację formalną.

Obserwując aktywność kalifornijskiego rynku nieruchomości, a także liczbę domów przejętych przez tamtejsze banki z powodu niewypłacalności ich właściciela (kredytobiorcy) okaże się, że chętnych do skorzystania z rzekomej „okazji” wielu nie ma. Ceny od kilku lat spadają, nie rosnąc nawet w drugiej połowie 2012 roku, który w innych regionach kraju uchodzi za cezurę odwracającą trend spadkowy na rynku po kryzysie z 2008 roku.

Ameryka zwykle na imigrantach korzystała. Przyjeżdżali, urządzali się od zera, kupowali, pracowali, płacili podatki wzbogacając siebie i kraj. W obecnej sytuacji trudno o takiej tendencji mówić. Cała wrzawa wokół liberalizacji polityki imigracyjnej wydaje się być hucpą na użytek polityków, którzy w ten sposób starają się zaimponować swojemu elektoratowi. Coraz wyraźniej widać, jak wiele się zmieniło od pamiętnej ustawy imigracyjnej z 1986 roku, której promotor, prezydent Ronald Reagan przywracał ducha starej, dobrej Ameryki – kraju miłującego imigrantów i chętnie im pomagającego.

Jan M Fijor

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Marek Zemsta pisze:

    Janku czym prędzej uciekaj z tego zbrodniczego stanu ! Ja, jeśli wybiorę się na wycieczkę do USA to tylko i wyłącznie do NH. Dlaczego?

    http://freestateproject.org/101Reasons

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *