Demokracja w Ameryce?

chat-dymki
3

Jak to możliwe, że w Stanach Zjednoczonych, w kraju uchodzącym za twierdzę demokracji i praworządności, ogromna większość obywateli wyraźnie nie akceptuje tego, co robi wybrana przez nich władza.

Oto garść informacji dostarczonych przez Instytut Gallupa, a świadczących o tym, że  preferencje polityczne i gospodarcze Amerykanów rozmijają się z tym, co za słuszne i sprawiedliwe uznają elity: Kongres, Federal Reserve Board, Biały Dom, media i autorytety intelektualne.

Blisko dwie trzecie (63 proc.) głosujących w listopadowych wyborach (2012) Amerykanów uważa, że nowo wybrany Kongres nie powinien nigdy pozwolić na finansowanie (lub inne formy ratowania) upadających firm prywatnych przy użyciu pieniędzy podatnika. Tylko 10 procent głosujących opowiedziało się za prawem rządu do subsydiowania bankrutujących firm prywatnych z grupy „za dużych, żeby mogły upaść”.  Zważywszy, że mówimy o setkach miliardów dolarów wydanych z kieszeni podatnika, problem nie jest bagatelny.

Aż 68 % głosujących jest zdania, że głównym czynnikiem, który wywołał ostatni kryzys finansowy (rok 2008, i dalsze) była korupcja na najwyższych poziomach władzy. Przy czym aż 47 procent głosujących uważa, że była ona niemal wyłącznym czynnikiem kryzysowym.         Taki sam procent głosujących nie wierzy informacjom podawanym na temat subsydiowania upadających firm, znajdującym się w posiadaniu Departamentu Skarbu. Domagają się, aby prawdziwe dane znalazły dostęp do wiadomości obywateli. Tylko 13 procent głosujących zgadza się na utrzymywanie danych w tajemnicy. Stosunek kwestionujących pracę rządu do tych, którzy go akceptują wynosi jak 5:1.

O tym, czy mamy do czynienia wyłącznie z brakiem zaufania świadczą dane na temat oceny sposobu sprawowania władzy.

Aż 82% aktualnie glosujących uważa, że korupcja na najwyższych szczeblach  amerykańskiej władzy, w ciągu ostatnich kilku lat wzrosła (43%) lub znajduje się na tym samym, co poprzednio poziomie (39%). 68 procent aktualnie głosujących jest zdania, że w ciągu kolejnych dwóch lat poziom korupcji w rządzie wzrośnie (tak twierdzi 24 procent), lub pozostanie ten sam (44 procent).

Aż 50 punktów procentowych dzieli grupę obywateli, którzy uważają, że Amerykanie posiadają zbyt mało informacji na temat sposobu wydawania pieniędzy podatnika, od tych, których zadowala istniejący stan rzeczy. Tych pierwszych jest aż 71 procent, drugich zaledwie 21 procent. Stosunek tych, którzy są zdania, że zarówno program stymulujący rozwój gospodarczy, jak i największe “osiągnięcie” obecnej administracji, czyli ustawa o powszechnej, państwowej opiece zdrowotnej przyczynią się do poprawy sytuacji gospodarczej, do tych, którzy uważają przeciwnie, wynosi 2:1 (pierwszych jest 62 procent, drugich 28 procent). Zaś 80 procent wyborców uważa, że w ciągu ostatniej kadencji w Białym Domu doszło do bezprecedensowego rozrostu rządowej biurokracji, ponad 51 procent obywateli uważa ten wzrost za czynnik negatywny.

Gdzie są Nobliści?

Ilość wpisów internetowych krytykujących obecną politykę banku centralnego (Rezerwy Federalnej) ma się tak do liczby wpisów aprobujących dalsze zaciąganie kredytów i wywoływanie  inflacji, jak 6:1, a mimo to prezes Rezerwy Federalnej (FED) Bob Bernanke, który tę politykę uparcie forsuje, nie zająknie się, że być może jednak nie ma racji. Nie pomaga negatywny przykład Japonii i jej doświadczenia z trwającą blisko ćwierć wieku recesją wywołaną niemal identyczną polityką Bank of Japan.

Podobnie ma się rzecz z tzw. płacą minimum. Prawie połowa Amerykanów uważa, że prowadzi ona do wzrostu bezrobocia. Zresztą procent ludzi zarabiających stawkę minimalną nie przekracza w Stanach Zjednoczonych 15. Są to przeważnie uczniowie i studenci wykonujący prace wakacyjne oraz, przez krótki czas, osoby na początku swej drogi zawodowej.  Mimo to, co kilka lat kolejni przywódcy z dumą podnoszą płacę minimum, a wraz z nią stopę bezrobocia. Niemal identyczny jest stosunek większości obywateli do rozrastającego się z roku na rok długu publicznego, polityki zasiłków dla ubogich i innych form redystrybucyjnej ingerencji państwa. I co? I nic. Karawana idzie dalej.

Blisko 60 procent Amerykanów nie może zrozumieć, jak to możliwe, że w kraju, w którym pracuje dwie trzecie żyjących laureatów Nagrody Nobla z ekonomii, panuje taka ignorancja w dziedzinie sterowania gospodarką przez rząd i parlament. O ile 2/3 ekonomistów to zwolennicy wolnego rynku, o tyle wśród jego przeciwników znajduje się blisko 80 procent przedstawicieli mediów i elit akademickich, intelektualnych i innych. Jak na ironię, to właśnie wśród przedstawicieli środowisk uniwersyteckich i ludzi kultury, procent aprobujących interwencjonistyczną i redystrybucyjną politykę rządu jest równy udziałowi Amerykanów, którzy jej się sprzeciwiają. Wygląda tak, jakby miłujący demokrację intelektualiści nie zgadzali się z wyborem rządzącej większości.

Elity równie chętnie opowiadają się za polityką, przeciwko której wypowiadają się zwykli obywatele.

Amerykanie, będący z natury ludźmi konserwatywni i zwolennikami kapitalizmu i równości szans stworzyli mocno lewicujące i antykapitalistyczne elity, które uważają się za są autorytet narodu. Nie wierzycie? Posłuchajcie PBS – amerykańskiego radia publicznego.  Najdziwniejsze jest jednak to, że pośród kongresmenów, którzy krytykowaną politykę  wdrażają w życie, grubo ponad połowa nie podziela poglądów swojego elektoratu, a więc tych, którzy ich wybrali; których mają przecież reprezentować.

Większość, czy co?

Stany Zjednoczone powstały jako republika, a więc kraj, w którym doktryną wiodącą jest prawo, a nie wola większości. Odkąd jednak zaczęto kwestionować najwyższą ustawę kraju, jaką jest Karta Praw (Bill of Rights), czyli Konstytucja, Ameryka weszła na drogę demokracji. Więcej Amerykanów oburzy się dzisiaj, gdy zakwestionujemy demokratyczny charakter ich kraju, niż ucieszy z tego, że Stany Zjednoczone to republika. Można więc powiedzieć, że USA to kraj demokratyczny, czyli taki, w którym rządzi większość. Jeśli tak jest, to dlaczego wola tej większości nie jest szanowana? I dlaczego większość widząc, że jest ignorowana, godzi się na to, wybierając do władz ludzi, którzy jej nie reprezentują?

Myślę, że podobne pytanie można by zadać w stosunku do wielu innych narodów, Polaków z tej grupy nie wykluczając.

Jan M Fijor

www.fijor.com

 

 

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Kuba W pisze:

    Proszę Pana, media w USA I Europie są lewicowe, dziś promowane są zdania mniejszości niż większości, co często jest absurdalne szczególnie w Unii.

    Ja tylko zastanawiam się jak to się wszystko skończy, ponieważ cały czas jest przykracana nam śruba, organicznie praw obywatelskich, inwigilacja etc

    przy okazji polecam ten ciekawy filmik o tym jak bailouty wzbogaciły 1% ludności w USA:
    https://www.youtube.com/watch?v=QPKKQnijnsM

  2. Jan M. Fijor pisze:

    No, niestety ostatnimi czasy rządzenie polega na zabieraniu biednym i dawaniu bogatym i wpływowym.
    Obawiam się, że to się skończy rewolucją, ale niestety znowu socjalistyczną. Bo biedni są niedoinformowani i myślą, że to wina kapitalizmu.
    Tymczasem, to zwykły rabunek w majestacie demokracji.

    Zasmucony

  3. Witam,

    Panie Janie, dziękuję za wpis.
    Jednocześnie pozwolę sobie się z Panem niezgodzić w kwestii tego, że USA jest krajem demokratycznym – nie jest.
    Podobnie jak w Polsce, obywatele co prawda wybierają władze w sposób demokratyczny tj. w wyborach powszechnych, ale brak im w zasadzie jakichkolwiek systemowych instrumentów dyscyplinowania wybranych przez siebie przedstawicieli.

    Reprezentanci kongresu, senatu oraz prezydent są nieodwoływalni, a zatem nie jest to demokracja, gdyż lud po akcie głosowania traci całkowicie kontrolę nad „zarządem” swojego kraju na kilka lat, aż do następnych wyborów.

    Wadliwy jest system wyborczy, który po pierwsze faworyzuje bi-polarność sceny politycznej oraz wspomniany wyżej brak możliwości odwoływania reprezentantów działających wbrew woli wyborców.

    Odpowiedzią na te problemy jest zatem zmiana systemu wyborczego.

    Po pierwsze należy umożliwić odwoływanie przedstawicieli na szczeblu federalnym, tak jak to jest obecnie na szczeblu stanowym.

    Po drugie, w celu eliminacji systemu dwu-partyjnego i rozbetonowania sceny politycznej należy wprowadzić JOW z listą rankingową, czyli tzw. Alternative Vote. Obywatel wtedy, zamiast wybierać tylko jednego posła/senatora, zaznacza na karcie do głosowania kilku kandydatów szeregując ich zgodnie ze swoją preferencją – wygrywa ten kandydat, któremu jest najbliżej do poglądów większości. System ten działa bardzo sprawnie np. w Australii.
    Szczegóły systemu Alternative Vote: http://youtu.be/3Y3jE3B8HsE

    Podsumowując, sam fakt przeprowadzania powszechnych wyborów absolutnie nie jest podstawą do uznania kraju za demokratyczny. Władza ludu polegająca na wyrażeniu niewiążącej nikogo opinii raz na kilka lat, to żadna władza.
    Swoją drogą, dokładnie ten sam problem i to samo jego rozwiązanie ma zastosowanie także w realiach polskiego systemu politycznego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *