Nie jest dobrze

chat-dymki
9

Jeden z polskich portali internetowych ogłosił właśnie wybuch wojny walutowej. Pretekstem do niej ma być decyzja rady Polityki Pieniężnej, która właśnie obniżyła tzw. stopy procentowe. Powodem zaś to, że „W Polsce, bez względu na to co powiedział Marek Belka, nie dzieje się dobrze”. I to ma do wojny wystarczy. Nie wiadomo wprawdzie, co to jest ta wojna walutowa, między jakimi walutami się toczy i i o co się ona toczy, ale można się domyślać; nie jest dobrze.

Co też takiego niedobrego dzieje się w Polsce akurat dzisiaj, co nie działo się wcześniej? Zresztą nie tylko w Polsce, bo na świecie także – a może zwłaszcza na świecie – toczą się wojny walutowe. I tu autor informacji ujawnia tajemnicę wojenną:

(…) Obniżenie stopy procentowej pokazuje chęć rozluźnienia polityki kredytowej przez polskich finansistów. To z kolei oznacza, że aktualny poziom inwestycji Polaków w narodową gospodarkę jest niewystarczający i potrzebny jest dostęp do taniego kredytu, aby ten popyt pobudzić (…).

Pomijając fakt, że rozluźnienie polityki kredytowej może w równym stopniu gospodarce pomóc, co jej zaszkodzić, autor – dla którego ekspansja kredytowa jest jednoznacznie czymś dla gospodarki korzystnym – powinien się przecież cieszyć. Stało się bowiem to, czego on nawet nie oczekiwał, i dlatego jest tak zaskoczony, że aż poszedł na wojnę walutową. A że – jego zdaniem – dowodzi to słabości gospodarki, zatem tylko przyklasnąć. Tym bardziej, że – jak pisze dalej – „Politycy ewidentnie szukają metody na rozkręcenie pogrążającej się w stagnacji gospodarki. Recesja w Europie i Niemczech nie pomaga, więc tną stopy procentowej”.

Bardzo pokrętne to rozumowanie. Można się jednak domyślać, że autorowi chodzi o to, aby bank centralny, a ściślej Rada Polityki Pieniężnej jeszcze bardziej poluzowały politykę kredytową, doprowadzając np. do tego, co dzieje się w USA pod szyldem QE, czyli frywolnego drukowania pieniędzy, mającego pomóc gospodarce. W polskich warunkach sprowadzałoby się to do dalszego obniżania stóp procentowych. Autor uważa bowiem, że im niższe stopy, tym lepiej dla gospodarki.

Miałby rację, gdyby cenę pieniądza ustalał rynek. Niestety, w warunkach, w jakich żyjemy, stopy ustalane są przez dziesięcioosobową grupkę ludzi i to arbitralnie, czyli wedle widzimisię. No, bo jak inaczej? Szklaną kulę mają?

Załóżmy nawet, że ludzie od stóp procentowych wiedzą lepiej od rynku, jak kosztowny powinien być pieniądz. Ale nawet oni nie mogą obniżać stóp procentowych w nieskończoność. Zwłaszcza, że zerowe stopy procentowe, ustanowione przez Bank of Japan w końcu lat 80. XX wieku nie zdołały wydźwignąć gospodarki japońskiej z trwającego prawie 25 lat kryzysu, a jest ona znacznie od polskiej potężniejsza. Dlaczego ręczne obniżanie stóp nie działa? Bo cena pieniądza, podobnie jak każdego innego dobra nie może być ustalana wedle widzimisię polityków czy bankierów. Cena kredytu jest rezultatem ludzkich preferencji (np. preferencji czasowej) i wypadkowej rynkowych sił podaży i popytu. Ustalenie za niskiej ceny pieniądza (kredytu) doprowadzi do tego, że nikt nie będzie chciał oszczędzać. Skąd w takiej sytuacji wziąć pieniądze (oszczędności), z których finansuje się kredyt? Nie będzie oszczędności, nie będzie kredytu; nie będzie kredytu, nie będzie inwestycji, a przecież ta obniżka stóp procentowych miała być panaceum na brak inwestycji. Miała je pobudzić.

Lekarstwo okazuje się szkodliwsze od choroby.

Wciąż nie jest dobrze.

Jedynym wyjściem wydaje się w takiej sytuacji oprzeć podaż pieniądza na drukowaniu papieru. Ale taki zabieg jest ryzykowny. Łatwo może wywołać inflację, która doprowadzi do spadku poziomu oszczędności, tym samym kredyt, tym samym inwestycji. Pożre więc wszystko, co posiadamy. A jeśli nawet nie pożre, bo powstrzyma ją decyzja o podniesieniu stóp procentowych (ceny pieniądza), to znowu zacznie się narzekanie, że stopy procentowe są za wysokie. I co? Wrócimy do punktu wyjścia i zaczniemy domagać się niższych stóp? Może politycy i bankierzy liczą na to, że inflacja doprowadzi do wzrostu konsumpcji? Rosnąca konsumpcja przy spadku inwestycji to recepta na krach. Też źle.

Czy nie ma wyjścia z tej matni i potrzebna jest wojna?

Skądże znowu. Wystarczy, że zamiast nieudolnie naśladować mechanizm, który w sposób naturalny wbudowany jest w (wolny) rynek, lepiej pozostawić go (wolnemu) wyborowi obywateli, czyli uczestników tego rynku. Oni dobrze wiedzą, ile pieniądz (kredyt) ma kosztować, a jeśli się mylą, to na pewno mniej niż robi to Rada Polityki Pieniężnej czy prezes Bernanke. Tym bardziej, że za tymi ostatnimi stoją naciski polityków, których jedynym interesem jest wypaść dobrze przed wyborcami. A jakie to ma konsekwencje wszyscy wiemy. Każdy obiecuje więcej niż podatnicy są w stanie na swoich barkach unieść. To jest recepta na kryzys, na krach!

Najpierw jednak trzeba sobie zdać sprawę z realiów, a realia są takie, że ktoś, kto nie ma pieniędzy musi zaciskać pasa i ciułać. A żeby ciułać musi oszczędzać, a nie zadłużać się. To co uciuła może zainwestować i z tej inwestycji rozpocząć produkcję/usługi. Osobnik, który chce poprawić swoją sytuację materialną zwiększaniem zadłużenia i konsumpcji, ma – bez względu na zajmowane stanowisko – nierówno pod sufitem. I wtedy, rzeczywiście, pozostaje wyłącznie wojna.

 

Jan M Fijor

www.fijor.com

 

 

Niskie stopy to słaby pieniądz, więc może go wzmocnić, ale wtedy droższy kredyt. Czy jest jakieś wyjście z tej matni? Poza, rzecz jasna, wojną walutową? Jest. Nazywa się rynek.

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. pawel-l pisze:

    „Kredyt wykreowany, nie mający oparcia w oszczędnościach, któremu nie towarzyszy jednoczesna utrata siły nabywczej przez kogoś innego prowadzi do nadmiernej konsumpcji oraz błędnych inwestycji.”

  2. Jan M Fijor pisze:

    Nie rozumiem, dlaczego musi towarzyszyc spadek sily nabywczej. Wymiana oszczednosci za kredyt na wolnym rynku nie rodzi strat. Uklony

  3. Jan M Fijor pisze:

    Przepraszam, błędnie odczytałem. Rzecz jasna ma pan rację i ja właśnie kreowanie kredytu z nie-oszczędności krytykuję. To chwilowe zaciemnienie. Przepraszam. Ukłony.

  4. john galt pisze:

    może jeszcze obniżą stopę rezerw obowiązkowych ?

  5. pawel-l pisze:

    Powinienem dodać, że był to cytat Johna P. Cochrana.

  6. Jan M. Fijor pisze:

    W Polsce wiele obnizyc sie nie da. jest 3 procent. 3.3 razy mniej niż w USA (10 proc.)
    Co ciekawe, ze w walce z inflacja nigdzie nie podniesiono rezerwy obowiazkowej.
    Bowiem nie chodzi o to, żeby inflację zwalczyć, ale zeby z nią walczyć.

    ukłony

  7. Tomek pisze:

    W drugi czy trzeci dzień po obniżce stóp będąc w pracy słuchałem w „tok Fm” dyskusji na ten temat gdzie w studiu byli sami prominentni działacze polskiego biznesu niekryjący entuzjazmu dla decyzji NBP. Na pytanie prowadzącego, że poskutkuje to wycofaniem depozytów z baków bodajże wiceprezes „Wyborowej” bezczelnie się wypowiedział, iż mogą sobie poszukać innych sposobów na lokowanie oszczędności. To zdanie uświadomiło mi, że tym ludziom nie zależy na „kredycie” tylko na tym, aby przy pomocy inflacji zmonetaryzować sobie dług i obniżyć koszty. Podobnie w „tvn cnbc” gdzie podekscytowani prezesi banków opowiadają jak to sobie znakomicie poradzą z niższymi marżami odsetkowymi, co chyba według dziennikarzy tej stacji jest obecnie głównym zmartwieniem bankowców. Ale bankierzy i przedsiębiorcy przynajmniej orientują się w mechanizmie polityki monetarnej, najgorsze jest tłumaczenie tego zwykłym ludziom gdzie trzeba zderzyć się z zakorzenionymi w umysłach mitami. Niestety, ale polityka „taniego pieniądza” ma dziś silne poparcie opinii zwykłych ludzi, którzy ze względu na towarzyszącą jej redystrybucje dochodów i cykle powinni stawiać jej największy opór. Na koniec dodam, że w mojej opinii nasza polityka jeszcze nie jest najgorsza jak porównać ja z resztą Europy gdzie stopy są znacznie niższe i kryzys trwa od 2007 r. i końca nie widać, jeszcze cztery lata i będziemy mieli całą dekadę oraz swoje „stracone pokolenie”.

  8. traj pisze:

    „..zerowe stopy procentowe, ustanowione przez Bank of Japan w końcu lat 80. XX wieku nie zdołały wydźwignąć gospodarki japońskiej z trwającego prawie 25 lat kryzys..”

    daj nam Boże taki „kryzys” … mówienie o kryzysie w przypadku Japonii wydaje mi się być nieporozumieniem. Sytuacja Japonii zdaje się jedynie potwierdzać że PKB nie jest optymalnym wskaźnikiem rozwoju gospodarek / społeczeństw i poziomu dobrobytu. Podobna sytuacja miała miejsce z gospodarką Niemiecką – przez długi czas dynamika PKB Niemiec (nie licząc ostatnich lat kiedy to stali się oni beneficjentami waluty euro) była słaba – i co z tego ??

  9. Jan M. Fijor pisze:

    Ma pan rację. Patrząc jednak z perspektywy Japonii to mocno im się pogorszyło. Z II gospodarki świata spadli na 4 miejsce.
    pieniądz osłabł. BoJ wprowadza właśnie politykę proinflacyjną. Przy takim poziomie oszczędności, jak w Japonii zerowe stopy procentowe to jednak cios w ciułaczy. Padły banki, padł rynek nieruchomości. To jednak jest kryzys. A to, że PKB nie jest miarą rozwoju, to nie ma wątpliwości.

    Ukłony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *