Nowa szansa, czy science fiction?

chat-dymki
4

Mimo rosnących indeksów giełdowych, spadającego deficytu budżetowego oraz spadku ceny złota i zapowiedzi walki z inflacją, nastroje wśród profesjonalnych inwestorów są raczej pesymistyczne. Jedynym pomysłem jest lokowanie środków na giełdach, bardziej jednak jest to ucieczka przed słabnącym pieniądzem i obawa przed bańką spekulacyjną niż nadzieja na prawdziwe ożywienie gospodarcze i wzrost. Świat finansów nie ma właściwie żadnego wyraźnego pomysłu na najbliższą przyszłość. A czy w ogóle przyszłość wiążę się z jakąś wielką szansą na zarobienie pieniędzy?

Po przeanalizowaniu pliku wstępniaków z Wall Street Journal oraz komentarzy odredakcyjnych The Economist z ostatnich 6-8 miesięcy wygląda na to, że jednak światowa gospodarka obroni się przed manipulacjami polityków i banków centralnych.

Interwencjonizm

Nie ulega wątpliwości, że w ostatnich 5 latach, czyli z grubsza od początku kryzysu na rynku kredytów hipotecznych w Stanach Zjednoczonych gospodarka światowa (może z wyjątkiem Azji i Afryki) poddawana jest coraz większym naciskom politycznym, co skutkuje ekspansją monetarną (kredytową) i ręcznym sterowaniem gospodarką, a w rezultacie prowadzi do inflacji. Jeszcze jako tako trzyma się Unia Europejska, która dzięki niemieckiemu bankowi centralnemu hamuje rozwiązłość kredytową, ale i to się skończy, bo Paryż, Rzym, Atney i kilka innych rządów potrzebują inflacji, więc albo się EBC rozleci, albo im poluzuje.

Z perspektywy inflacji większość inwestorów widzi jedyny ratunek w tradycyjnej ucieczce przed słabnącym pieniądzem i rosnącymi cenami, polecając inwestycje w nieruchomości i surowce, w tym – głównie – w złoto. Co prawda ten ostatni kruszec stracił w ciągu ostatniego roku pawie 30 procent swojej wartości z przełomu roku 2011/2012, i ma stracić w najbliższych 2 latach (lub wcześniej) kolejne 30 procent, giełdowi guru wielu lepszych pomysłów nie mają. Prócz złota, może też srebro, platyna, a nawet – cieszące się ostatnio pewnym wzięciem tzw. metale rzadkie (Cez, Gadolin, Rubid etc.).

Spadający parytet dolara wobec innych walut doprowadził już do wzrostu cen ropy naftowej i kilku innych surowców, ale to dopiero preludium prawdziwych skoków cenowych. Zwiastunem tego, co się stanie jest bańka spekulacyjna na amerykańskim rynku akcji. W tej niszy gromadzi się kreowany z powietrza po kilka miliardów dziennie dolar, sprawiając wrażenie niskiej inflacji i iluzję wzrostu gospodarczego. Do niedawna taką niszą były również amerykańskie obligacje skarbowe, ale one powoli zaczynają tanieć. Zjawisko bańki spekulacyjnej jest szczególnie widoczne właśnie w USA. Złoto, metale szlachetne i nieruchomości to dziś główne wehikuły inwestycyjne prawie we wszystkich rozwiniętych gospodarkach globu. Raz, że mają charakter hedge’u antyinflacyjnego, dwa że na ich rynkch panuje wciąż tendencja spadkowa. Rodzi ona, wśród liczących na ich przyszłe wzrosty inwestorów, nadzieje. Ale to jest iluzja. Jeśli nawet te wzrosty będą, zostaną okupione późniejszym zahamowanie gospodarczym, czego uczy austriacka teoria cyklu koniunkturalnego, a także inflacją.

Czyli złoto odpada

Jim Rogers jeden z najbardziej utalentowanych specjalistów giełdowych jak chodzi o wybór sektora, który dobrze rokuje przewiduje, że cena złota spadnie w ciągu najbliższych 20-30 miesięcy o połowę. Dlaczego? Ponieważ złoto rośnie w cenie tylko wtedy, gdy jest wykupywane jako schron (hedge) spekulacyjny przeciwko inflacji. Tymczasem dziś nawet dzieci wiedzą, że to żaden schron. I mają rację.

W takich okolicznościach przypomina mi się opowieść Felixa Zandmana, któremu dziadek wręczył w czasie okupacji sztabkę złota z poleceniem zamiany jej na ziemniaki i cebulę. Wnuczek wrócił z zakupów z workiem zawierającym 10 kilo ziemniaków, 5 kilo cebuli i kilka buraków. Zapłacił za tę żywność 100 gramów złota, które rodzina tezauryzowała na czarną godzinę. Podobnym schronem są dzieła sztuki, kontrakty surowcowe, a nawet nieruchomości. O ile łatwo je dobrze kupić, o tyle sprzedaż czyli zamiana na bardziej użyteczny towar wiąże się z dużą stratą. Starzy kamienicznicy warszawscy pamiętają, jak śmiesznie tanie były ceny domów i mieszkań w czasie okupacji. Analogicznie, niskie były czynsze w mieszkaniach na wynajem. Ktoś, kto zainwestował w nieruchomość z myślą o tzw. dochodzie pasywnym w przyszłości, jeśli akurat nie miał szczęścia do przyszłości, srogo się pomylił.

Trend spadkowy w latach 1939 – 44 dotknął nawet rynek amerykański, gdzie praktycznie wojny nie było. Trzeba o tym pamiętać zwłaszcza, że inflacja jest zapalnikiem niemal każdej wojny, albo poprawniej, wojny są skutkiem długotrwałej polityki proinflacyjnej. Takiej samej jaka towarzyszy Zachodowi mniej więcej od 15-20 lat. Obecny okres obniżonej inflacji w Polsce jest – wbrew ministrowi Rostowskiemu i licznemu gronu krajowych keynesistów – akurat dobrodziejstwem przybliżającym nas do ożywienia gospodarczego.

Jak nie złoto, to co?

To przecież logiczne, że skoro facet, który sprzedał młodemu Zandmanowi kilkanaście kilo badziewia, tyle że nadającego się do jedzenia, otrzymał w zamian sztabkę złota, to przecież znacznie korzystniej zamiast w złoto inwestować w…ziemniaki czy inne warzywa. A zatem w rolnictwo, w produkcję żywności! Wtedy mamy co jeść, i mamy hedge w postaci pożądanego przez wielu złota.
Warsztatem producenta żywności jest ziemia, czyli grunt uprawny. Ktoś, kto posiada ziemię, ten nie tylko może bezpośrednio produkować żywność, może też – jeśli dajmy na to nie lubi pracy fizycznej – otrzymywać ją pośrednio, oddając ziemię w wynajem, czyli korzystając z posiadania podstawowego w tym wypadku środka produkcji żywności, jakim jest grunt rolny. Prawdę tę rozumieją polscy chłopi, którzy sprzedają grunty bardzo niechętnie, co w decydującym stopniu wpływa na szybki wzrost ich ceny.

W ciągu minionych 5-6 lat aprecjacja ziemi rolnej wyniosła w wielu rejonach Polski od 300 – 1000 procent. Podobny proces obserwowany jest w krajach znacznie od nas bardziej rozwiniętych: Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Argentyna, Chiny i paru innych. O tym, że proces inwestowania w ziemię nie jest przypadkowy świadczy chociażby fakt skupowania gruntów w USA czy Argentynie bez względu na stopień ich przydatności do produkcji rolnej. W obu tych krajach ziemia kupowana była w ciągu ostatnich 15 – 20 lat wyłącznie jako środek produkcji, a więc nabywano głównie grunty o wysokiej klasie gleby, ostatnio jednak kupowane są powierzchnie, jak leci. W Montanie jeszcze 25 lat można było kupić 1 akr (0,44 ha) za 50 – 80 dolarów, dzisiaj trzeba zapłacić od 40 do stu razy więcej. Celowo podaję dane z Montany, a więc ze stanu, który jest co prawda piękny, ale ze względu na swoje położenie oraz ostry klimat nie cieszy się – jak choćby Floryda, Nowy Jork czy Nowy Meksyk – jakąś szczególną popularnością. Tempo aprecjacji wielokrotnie przekracza tam tempo inflacji za ten okres.

Jak nie ziemia, to co?

To jasne, że nie każdy może sobie pozwolić na kawałek ziemi, którego rozmiary pozwalają na uruchomienie efektywnej produkcji rolnej bezpośrednio (przez właściciela), czy pośrednio przez dzierżawcę. Taki obszar (ok. 200 – 500 akrów) to wydatek rzędu od 500 tysięcy do kilku milionów akrów. Co w takim przypadku robić?

Można kupić mniej i wynająć lokalnemu producentowi, albo zainwestować bezpośrednio w gospodarstwo rolne (spółkę).

Produkcja rolna wymaga maszyn, narzędzi, pracy ludzkiej, magazynów, transportu, chłodni, energii, przetwórni, systemu dystrybucji (sprzedaży).Ktoś musi to wszystko dostarczyć. Bez tych dóbr komplementarnych produkcji żywności nie będzie. Proponuję więc  zastanowić się nad lokatą środków w firmy, które te środki produkcji będą produkować. W młyny, firmy transportowe, sieci chłodnicze, fabryki traktorów, nawozów sztucznych etc. I to jest moja propozycja na najbliższe 50 lat. Dlaczego tak długo?

Wątpię, aby jakiemuś rządowi udało się w krótszym czasie spłacić deficyt budżetowy zaciągnięty w dobrych czasach boomu socjalnego, żeby nie powiedzieć, socjalistycznego. Nie bez znaczenia jest presja organizacji ekologicznych, które w swoich postulatach kierują się emocjami, żeby nie powiedzieć, histerią niż porządnym rachunkiem ekonomicznym. Jednym z takich histerycznych programów ekstremalnych miłośników środowiska jest powiększanie areału pod uprawy roślin energetycznych i biopaliw, kosztem upraw roślinnych i hodowli. To musi skutkować podrożeniem cen ziemi, a tym samym żywności. Wzrośnie tym samym rentowność posiadania ziemi i tak dalej.

Czy to powrót do epoki rolnictwa?

Najprawdopodobniej tak.

Mimo iż technologie rozwijają się nadal, a przemysł ma wspaniałe perspektywy rozwojowe, ten rozwój doprowadza do wzrostu wydajności pracy. W efekcie rosnąć będzie produkcja, a spadać będą ceny. Atrakcyjność sektora rolniczego w porównaniu z przemysłowym będzie w ten sposób rosła szybciej niż przemysłu. Ile telewizorów, komputerów, samochodów czy innych gadżetów można posiadać? A jeść trzeba codziennie. Co prawda ogromną rezerwą żywnościową dla Europy stanowi Afryka, dla Stanów Zjednoczonych zaś Argentyna, Brazylia, Chile i Meksyk, wygląda jednak na to, że przy powyższych perspektywach sektora rolnego, rządy krajów rozwiniętych nadal będą chronić swoich rolników, wspomagać ich subsydiami, analogicznie jak to dzisiaj odbywa się to wobec sektora energetycznego czy bankowego. Otwarcia Europy dla rynku afrykańskiego, czy  północnoamerykańskiego dla krajów latynoskich oczekiwać można nie wcześniej niż za pół wieku, gdy  ceny żywności wzrosną już powyżej poziomu gwarantującego wyżywienie Europejczyków i Amerykanów. Dodatkową presję wywrze na politykach lobby żywnościowe USA i UE, które najprawdopodobniej zajmie się produkowaną na peryferiach świata rozwiniętego, w Afryce i Ameryce Łacińskiej, żywnością.

I dopiero wtedy inwestorzy wrócą masowo do tradycyjnych branż: nieruchomości, motoryzacja, show biznes, służba zdrowia czy informatyka. Czy to przypadkiem nie jest science fiction? Czy taki scenariusz jest możliwy? Nie wiem jak dla was, dla mnie – w każdym razie – jest. Jeśli was przekonałem, wiecie co robić! Jeśli nie, kupujcie nadal złoto, FB i AAPL. Zobaczymy, kto na tym lepiej wyjdzie.

Jan M Fijor

www.fijor.com

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Zauer pisze:

    Bardzo ciekawe artykuły, fajnie po dłuższej przerwie znowu przeczytać coś spod Pana pióra.

    A jakie jest Pana zdanie na temat standardu złota? Wszystkie duże banki centralne prześcigają się w drukowaniu pieniądza. To chyba musi doprowadzić kiedyś do upadku pieniądza fiduracyjnego, to żadna teoria spiskowa. Jeśli patrzymy na złoto jak na wehikuł inwestycyjny to ok, ale czy to co Pan napisał pozostaje na mocy jeśli spojrzymy na złoto jak na pieniądz?

    Pozdrawiam

  2. Jarek Andrzejewski pisze:

    „Ponieważ złoto rośnie w cenie tylko wtedy, gdy jest wykupywane jako schron (hedge) spekulacyjny przeciwko inflacji. Tymczasem dziś nawet dzieci wiedzą, że to żaden schron. I mają rację.” to zdanie Rogersa czy Pańskie? Jeśli Pańskie, to może pokusiłby się Pan o jakieś uzasadnienie?
    Jak na razie notuję wzrost jego wartości – na przykładzie monet bulionowych NBP – na poziomie ok. 17-20% (średnio, rocznie; i to z uwzględnieniem wysokiej, 15%-owej marży NBP). Dla mnie to jednak _jest_ schron.

  3. Patryk pisze:

    Bardzo lubię Pana artykuły, ale wydaje mi się, że to co powiedział Rogers mocno naciągnął Pan do swojej niechęci do złota.

    Widzieliśmy te same wywiady. Rogers powiedział, że złoto może spaść nawet do $900. Czyli 50% ale od dotychczasowego szczytu w 2011 a nie od obecnej ceny. Po za tym powiedział, że dokupił niewielką ilość „na wszelki wypadek” na ostatnim dołku czyli pewnie w okolicach $1250. Powiedział też nie, że złoto zejdzie do $900 i tam zostanie, tylko że będzie oscylowało w dużym korytarzu i dolną granicą może być nawet $900. I nie sprzedaje swojego złota, jak zejdzie do $900 to dokupi więcej. Długoterminowo uważa, że złoto osiągnie nowe rekordowe ceny (to akurat może nie z ostatnich wywiadów ale od lat to powtarza).

    Co do samej niechęci do złota to Pana anegdota jest mocno demagogiczna. Pierwsze pytanie jakie mi się rodzi ile by kupił tych ziemniaków za kawałek ziemi w okupowanej Polsce? Jeżeli w ogóle ta ziemia nie została zrabowana, bo nie da się jej ukryć w podłodze jak złota. Nie mówię że anegdota nie ma żadnej wartości merytorycznej, bo przecież jest nawet na YouTube filmik z gościem, który próbuje zapłacić za hamburgery przy pomocy 1oz American Eagle, który przecież nawet jest legalnym środkiem płatniczym o wartości $50 (chyba?) i nie chciano mu przyjąć. Złoto ma swoje miejsce i ziemia ma swoje miejsce. Uważam, że zakrzywia Pan tu rzeczywistość.

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Jim Rogers często informuje o swoich decyzjach inwestycyjnych. Ja słyszałem jego wypowiedź na CNBC w końcu marca 2013. I rzeczywiście mówił o spadku ceny do połowy dotychczasowej rekordowej wysokości, czyli efektywnie do ok. 900 dol. Ma pan rację.
    Ja nie mam niechęci do złota, uważam jedynie, że nie jest ono lepszym schronem niż ziemia produkująca „owoce”. Posiadając ziemię w okresie okupacji nie sprzedawałbym jej, tylko sadził, obsiewał, a owoce produkcji wymieniał na złoto. Złoto, jak pieniądz zastępczy jest dobrą lokatą, ale w czasie głębokiego kryzysu, a nie na wypadek kryzysu. Historia opowiedziana przez Zandmana nie jest demagogią, lecz najszczerszą prawdą, a wniosek co do wymienialności złota, pochodzi od samego prof. Zandmana.
    Zgadzam się z pańską tezą, że złoto ma swoje miejsce i ziemia ma swoje. Ziemia w okresie zagrożenia inflacyjnego, złoto z chwilą wychodzenia zeń.
    Co innego, gdy złoto będzie pieniądzem. Ale jeśli do tego dojdzie, to nie będzie inflacji, a jeśli już, to krótko i płytko.

    Ukłony
    Jan M Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *