Wojna z nędzą

chat-dymki
3

(doniesienia z frontu)

Niespełna 50 lat temu, w styczniu 1964 roku, ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, Lyndon B. Johnson, zapragnął wejść do historii jako zwycięski przywódca/dowódca i wypowiedział wojnę nędzy. Wrażliwemu na ludzką krzywdę prezydentowi nie przeszkadzało to, że statystyczny amerykański biedak był m.in. posiadaczem samochodu, kilku telewizorów, mebli, sprzętu gospodarstwa domowego; nierzadko zamieszkiwał we własnym domu lub mieszkaniu, nie płacił podatków, zaś spadające bezrobocie zbliżało się do bariery 5 procent, co w praktyce oznacza, że nie pracowali tylko ci, którzy zmieniali akurat pracę albo pracować nie chcieli.

W chwili wypowiedzenia wojny, poniżej poziomu nędzy znajdowało się ok. 18 procent Amerykanów. Aproksymując ówczesną amerykańską stopę życiową do warunków europejskich, liczba ta nie przekraczała 12 procent.

Wojna z nędzą była prawdziwą rewolucją socjalną. Towarzyszące jej ustawodawstwo, prócz ustaw wyrównujących szanse życiowe ludności kolorowej, obejmowało wprowadzenie rent i zasiłków dla ludzi ubogich, pomoc w formie budownictwa komunalnego i znaczków żywnościowych, rozszerzono program „bezpłatnej” opieki zdrowotnej dla ludzi ubogich i edukację do szczebla szkoły średniej (włącznie), powołano do życia szereg agencji, których zadaniem była walka o podniesienie statusu materialnego ludności. I to jest to co widać. Zobaczmy teraz to czego nie widać, a więc to, do czego wojna z nędzą doprowadziła.

Koszt działań wojennych, które trwają właściwie do dzisiaj, wyniósł ok. 15 bilionów dolarów (15000 miliardów). W ciągu 5 lat od „wybuchu” wojny wskaźniki przestępczości zwłaszcza w grupach osób objętych działaniami skoczyły dziewięciokrotnie. Więzienia zapełniły się weteranami nędzy. O ile w latach pokoju poprzedzającego wybuch wojny z nędzą odsetek matek rodzących dzieci w związkach pozamałżeńskich wynosił we wszystkich grupach społecznych mniej więcej tyle samo, czyli ok. 15 – 20 procent, o tyle tuż po wybuchu działań wojennych – właśnie w grupach objętych ochroną rządu – skoczył powyżej 73 procent wśród czarnych i 52 procent w środowisku latynoskim. Towarzyszyła temu armia dzieci wychowanych bez udziału ojca. Przekonanych o tym, że rolę ojca przejęło w ich rodzinach państwo, które ponadto gwarantuje, że pracować nie trzeba, że uczyć się nie trzeba, że wystarczy być biednym, by w miarę dostatnio żyć.

I tak, niepracująca Bertha P., 1+4, matka z czworgiem dzieci, otrzymywała w postaci różnych form socjalu, na rękę, pomoc o wartości ok. 32 tysięcy dolarów rocznie (ekwiwalent po podatkach ok. 40 tys. dolarów), podczas gdy małżeństwo imigrantów z małopolski, 2+2, oboje rodzice pracujący, zarabiało – przed opodatkowaniem – niewiele ponad 30 tys. dolarów.

Po latach walki z nędzą, w 2013 roku, w biedzie żyje ok. 20 procent społeczeństwa amerykańskiego, z czego w skrajnym ubóstwie „tylko” 15 procent.

Z opublikowanego w końcu lipca b.r. raportu agencji Associated Press wynika, że 80 procent dorosłych Amerykanów zmaga się z podstawowymi problemami materialnymi, żyjąc na krawędzi ubóstwa, a często poza nią. Nie mają pracy, żadnych oszczędności, z powodu niewypłacalności grozi im utrata mieszkania/domu. Dla tych ludzi, a jest ich ok. 100 milionów (sic!) osób, American Dream dawno się skończył. Oni bez pomocy społecznej nie są w stanie przeżyć. Co gorsza, większość badanych nie widzi dla siebie najmniejszych szans na poprawę bytu.

O ile obecny kryzys najboleśniej uderzył w ludność kolorową i tzw. margines etniczny, to jednak tym razem zagrożony jest równie mocno rdzeń Ameryki, a więc biali. Prawie 2/3 z nich uważa, że żyje w nędzy. I to pomimo ogromnych świadczeń socjalnych, subsydiów dla upadających branż, i rekordowego, wręcz katastrofalnego deficytu budżetowego, jaki powstał w okresie prezydentury Baracka Obamy. Strach pomyśleć, kto ten deficyt spłaci. W ciągu minionych niespełna 5 lat, deficyt wzrósł o prawie 1,7 bilionów dolarów.do kwoty 17 bilionów!  W 2014 roku powiększy się o kolejne ok. 600 miliardów dolarów, a w ciągu nadchodzącej dekady o kolejne 5,2 biliona dolarów. I to pomimo uchwalonej niedawno zwyżki wpływów podatkowych o prawie 1 bilion dolarów.

Nietrudno zrozumieć powody do pesymizmu wśród ludzi ubogich, a więc siłą rzeczy słabiej wykształconych i o niskich kwalifikacjach zawodowych. Mimo swej ignorancji mają oni pełne prawo do wątpliwości i niepokoju. Słysząc nieustanne slogany o wojnie z nędzą, o wojnie z bezrobociem, zapewnienia o rzekomym zaangażowaniu się rządu w pomocy dla najuboższych są zdziwieni, że mimo takiego zaangażowania polityków wciąż tyle biedy. Równie pesymistyczne są przewidywania czterech na pięciu dorosłych Amerykanów, stanowiących do niedawna fundament narodu, warstwę średnią.

Media i establishment, winą za istniejący stan rzeczy obciążają kapitalistów, którzy wywieźli miejsca pracy do Chin, zapominają jednak o tym, że to nie przedsiębiorcy podnieśli podatki i wprowadzili regulacje uniemożliwiające racjonalne gospodarowanie zasobami na miejscu, w Stanach Zjednoczonych. Do listy winnych dołącza się niekorzystne trendy gospodarcze, globalizację, a także powiększającą się „przepaść” między biednymi a bogatymi. To tak jakby bokser skarżył się, że przegrał swoją walkę, bo przeciwnik był silniejszy.  Żałosne argumenty – zważywszy, że tylko w ciągu 12 minionych lat budżet kraju wzrósł o blisko 200 procent, zabierając ciężko pracującym Amerykanom blisko połowę owoców ich pracy.

Jakby tego było mało, w swoich ostatnich wypowiedziach, prezydent zdradza plany reformy podatkowej, która ma rzekomo obniżyć obciążenie fiskalne obywateli. I tak, podatek korporacyjny z obecnych 35 procent spadnie do 28 procent, podniesione zostanie natomiast opodatkowanie małego biznesu z 35 do 40 procent. Zwracam uwagę, że aż 80 procent małych przedsiębiorstw Ameryki, będących rdzeniem gospodarki kraju, rozlicza się na zasadzie analogicznej do naszego „wpisu do rejestru działalności gospodarczej”. Oni zapłacą 40 procent! I kto tu zwiększa przepaść między bogatymi (korporacje) a biednymi? Ci ludzie nie przenieśli swoich miejsc pracy do Chin.

Nie wchodząc w kwestię racji (lub ich brak) kosztowanych działań wojennych w Iraku i Afganistanie, zapytajmy, co się stało z 15 bilionami dolarów wydanymi w ciągu 50 lat na wojnę z nędzą? To są ogromne pieniądze. To parokrotnie więcej niż wynosi wartość produktu wytworzonego w minionych 50 latach przez 38 milionów Polaków. Nie jesteśmy potęgą, ale za te pieniądze powstało trochę dróg, szkół, wyleczono ileś milionów ludzi, konserwowano kanalizacje, meliorowano pola, elektryfikowano. Z tych pieniędzy wzbogaciło się też wielu aferzystów. Gołym okiem widać jednak, że za wydane pieniądze dokonał się u nas postęp, a ludzie żyją dostatniej.

Nie można tego powiedzieć o obecnych Stanach Zjednoczonych, gdzie mimo wydania 15 tysięcy miliardów dolarów, poziom nędzy praktycznie nie drgnął, a uwzględniając podłe nastroje obywateli tego kraju, nawet się obniżył. Jeszcze nigdy w historii tego kraju tak wysoki procent ludności nie uważał, że żyje w nędzy i brak mu perspektyw. Ale też nigdy w dziejach tego kraju nie było w Białym Domu tylu socjalistów i cynicznej retoryki związanej z koniecznością poprawy bytu najuboższych. Pamiętajmy też, że za kilka miesięcy wejdzie w życie kolejny pasożyt naszych czasów, tak zwana bezpłatna służba zdrowia, obamacare, który zabierze Amerykanom ekwiwalent kolejnych 14 procent dochodu narodowego. Czy ten wciąż potężny i zdolny naród będzie w stanie to wytrzymać? A może koniczne będzie sięgnięcie po II Poprawkę do Konstytucji (tę o prawie do posiadania broni) i dopiero wtedy zacznie się prawdziwa wojna z nędzą?

 

Jan M Fijor

www.fijor.com

 

 

 



 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Jan M. Fijor pisze:

    Pół wieku walki z nędzą, zaangażowanie związków zawodowych, sił postępu i egalitarystów, a przede wszystkim dziki upór ze strony polityków dowodzącej działaniami wojennymi Partii Demokratycznej doprowadził do bankructwa jednej z twierdz amerykańskiego socjalu, miasta Detroit. W kolejce czekają Chicago, Miami, Newark i parę innych warowni państwa opiekunczego.

    Dla przypomnienia: Detroit – niegdyś 5, ostatnio 18 co do wielkości miasto Ameryki. W pamięci Amerykanów znane, jako: Motor City (samochody), Rock City (muzyka), stolica amerykańskiego hokeja, stolica R$R (Tamla Motown).
    Bezrobocie ponad 28%.
    wpływy podatkowe spadły w ciągu 10 lat o 30%.
    Ceny domów spadły w ciągu ostatnich 3 lat o 20%.
    Połowa ulic nie jest oświetlona.
    Populacja spadła o 25% w ciągu 10 lat.
    Długi miasta $17 miliardów.
    W sądzie jest sprawa o unieważnienie zobowiązania o świadczeniach emerytalnych, jaką poprzednie władze miejskie podpisały
    z pracownikami miejskiego sektora publicznego. Dotknie to dziesiątki tysięcy byłych i obecnych pracowników służb miejskich.

    No comments!

  2. Zbigniew L. pisze:

    Panie Janie,
    co to jest ten „deficyt” o którym Pan pisze? Z kontekstu wynika, że chodzi o dług publiczny. A tak na marginesie : co się z Panem dzieje ? Wiem, że jest Pan w USA, ale przynajmniej raz w tygodniu można coś tam powiedzieć na Kontestacji. Chyba, że obecny tryb Pana obecności w „eterze”, to dwa razy w miesiącu. Jeśli tak, to szkoda.

  3. Jan M Fijor pisze:

    Deficyt to różnica między wpływami rządu a wydatkami. nazywa się go długiem publicznym, ale również można nazwać ;podatkiem na kredyt.

    Ukłony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *