Tylko cena!

chat-dymki
1

Zniesienie kryterium cenowego przy wyborze projektów finansowanych z kasy państwa (czyli podatnika) doprowadzi jedynie do zwiększenia korupcji, nepotyzmu, kolesiostwa, a równocześnie, wzrostu ceny. Inne, rzekomo lepsze kryteria wyboru projektu, to prosta droga do sterowania przetargami tak, aby przynosiły niezasłużone zyski urzędnikom, politykom i ich kolegom, zamiast finansującym je podatnikom.

Kryteria dobre, czy niedobre

W obecnym systemie prawnym, kryterium wyboru projektu publicznego jest wyłącznie cena. Spotyka się ono z ostrą krytyką zarówno urzędników, jak i wykonawców. Jedni i drudzy uważają, że ograniczanie się przy wyborze wykonawcy wyłącznie do ceny niesie ze sobą ryzyko partactwa i niedoróbek przy wykonaniu projektu. Konkurujące przy przetargu firmy stają wtedy na głowie, żeby zdobyć pewne -bo finansowane z kasy państwa- a więc atrakcyjne zlecenie, zaniżając cenę poniżej realnego kosztu, czego efektem są rozpadające się później płyty lotnisk, dziurawe autostrady, wadliwie wykonane szpitale, czy wręcz niedokończone projekty. Proponuje się wobec tego, aby cena była tylko jednym z kryteriów, pozostałymi miałyby być: doświadczenie wykonawcy, jego uczciwość, patriotyzm, być może też podatność strach, łut szczęścia i zaangażowanie ideowe.

Zapomina się przy tym, że pierwszym i najważniejszym kryterium wyboru wykonawcy projektu powinna być zgodność przedłożonej oferty z zamierzeniami i potrzebami zleceniodawcy.

Jeśli płyta lotniska ma być wykonana z asfaltu o dużej odporności na ścieranie, na zmiany temperatury i wilgotności, którego parametry określa się w przetargu precyzyjnie, to zastosowanie innego, gorszego asfaltu jest oszustwem, które musi skutkować zerwaniem umowy o przetargu i wykonawstwie. W interesie dobrego wykonawcy leży więc stosowanie się do tego, co umieścił w ofercie, na podstawie której został w przetargu wyłoniony jako jego zwycięzca. Stwierdzenie rozbieżności, wybór gorszych substytutów nie tylko pozbawia wykonawcę prawa do wynagrodzenia, ale grozi ponadto karami umownymi oraz kryminałem.

Publiczne, czyli niczyje

Problem w tym, że projekty publiczne, czyli niczyje, mają to do siebie, że z braku realnego właściciela, który by je nadzorował rozpadną się znacznie szybciej niż gdyby były wykonane przez zleceniodawcę prywatnego. Ten ostatni pilnuje, nadzoruje, apeluje, a jak trzeba to straszy, a nawet bierze do sądu, dlatego zaangażowani przez niego wykonawcy starają się jak mogą, żeby sprostać zamówieniu. Przy budowie państwowych projektów publicznych nadzoru praktycznie nie ma, a jeśli się pojawia, to dopiero z chwilą stwierdzenia poważnej usterki.  Takie usterki nie są efektem wyboru najtańszej oferty, lecz kompletnego braku nadzoru, a ściślej braku odpowiedzialności finansowej osób (przedstawicieli państwa), których zadaniem jest kontrola przebiegu wykonania prac.

Stąd, bez względu na kryterium wyłonienia zwycięzcy przetargu prywatno-publicznego jakość wykonania prac pozostawia wiele do życzenia. Każde, nie tylko cenowe kryterium wyłaniania najlepszej oferty obciążone jest takim ryzykiem. Jedynym środkiem zapobiegawczym jest tu prywatyzacja projektów publicznych. Prywatny zleceniodawca nie zgodzi się w zamian za łapówkę, żeby mu ktoś wybudował dom bez dachu, albo bez izolacji termicznej. Chyba, że koszty uzupełnianie tych braków byłyby niższe niż wysokość łapówki.

Nie chodzi o to, że projekty wykonane w sektorze prywatnym nie są obciążone wadami, lecz o to, że takie wady są na czas odkrywane i korygowane. Budowniczowie nie są aniołami, ani istotami doskonałymi i mogą oszukać albo się pomylić. Stąd człowiek wymyślił gwarancje, czyli odpowiedzialność wykonawcy za ewentualne błędy w sztuce.

Gwarancja i odpowiedzialność

Jedną z takich gwarancji jest ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej.

Każdej ofercie zgłoszonej do przetargu na wykonanie poważniejszego projektu – czy to prywatnego, czy państwowego – towarzyszyć powinna polisa od odpowiedzialności cywilnej za ewentualne błędy i mankamenty wykonania. Może to być ubezpieczenie od niewykonania pracy w terminie, od katastrofy budowlanej, od strajku pracowników, czy nawet bankructwa. Jeśli oferta warta jest 300 milionów złotych, odpowiedzialność cywilna powinna (musi) mieć wartość co najmniej dwukrotnie wyższą, a więc 600 milionów. Jeśli wykonawca pomylił się w kosztorysie, skutkiem czego, zabraknie mu do zakończenia prac 50 milionów zł, wówczas automatycznie traci kontrakt, a jego polisa wypłaca zleceniodawcy 600 milionów zł. tytułem rekompensaty, a także na poczet dokończenia przerwanych prac.

Nie może być tak, że zleceniodawca dowiaduje się na kilka miesięcy przed uzgodnionym terminem, że wykonawcy zabraknie pieniędzy, albo z jakichś innych powodów nie zakończy prac. Posiadając polisę od odpowiedzialności za naruszenie postanowień kontraktu, otrzymuje pieniądze z polisy, a ponieważ ma ich dwukrotnie więcej niż wynosił kosztorys projektu, może bezpiecznie zaangażować nową firmę i projekt dokończyć.

Rynek, a nie urzędnik

Polisa od odpowiedzialności ma to do siebie, że trud sprawdzenia jakości działania wykonawcy/oferenta, jego wypłacalności, doświadczenia i rzetelności bierze na siebie nie urzędnik (cynik, cwaniak, ignorant), lecz ekspert firmy ubezpieczeniowej, która wystawiając polisę wzięła na siebie koszty ryzyka ubezpieczenia wykonawcy. W tej sytuacji, ocena zwycięskiego projektu, czy to z punktu widzenia umiejętności, czy możliwości wykonawcy będzie siłą rzeczy precyzyjna i rzetelna. Jeśli ubezpieczyciel się pomyli, straci swoje własne (lub własnej firmy) pieniądze. Strach przed stratą jest silniejszym motywatorem niż chciwość, w tym wypadku, chęć zarobienia składki od ubezpieczającej się firmy.

Pozostawienie ocen y rynkowi sprawia, że składka od odpowiedzialności cywilnej, a więc koszt polisy, dla kogoś, kto dba o własną reputację i rzetelnie wywiązuje się ze swoich zobowiązań, droga nie jest. W Stanach Zjednoczonych, gdzie opisany mechanizm gwarancji jest standardem nie tylko w budownictwie, składka nie przekracza 1 procenta wartości zobowiązania, przy czym – w odniesieniu do podmiotów rzetelnych, mających nieskazitelną reputację – jej wysokość spada nawet do 1/10 tej kwoty, zgodnie z zasadą, że koszty ubezpieczenia spadają w miarę spadku ryzyka firmy ubezpieczającej.

Stratni, czyli sprawa załatwiona

Rozwiązanie takie ma także tę zaletę, zleceniodawcy, czyli w przypadku projektów państwowych: podatnika, nie interesuje ani rzetelność projektu, ani jakość pracy wykonawcy, konsekwencje wypadków losowych, oszustw, nieszczęść czy innych zdarzeń przypadkowych. Jeśli nawet wystąpią, to nie bogu ducha winien podatnik zapłaci ich cenę.

Co więcej, bez względu na wartość zwycięskiej oferty, zarówno najtańsza, jak i wszystkie droższe obciążone będą niemal zerowym ryzykiem. W takiej sytuacji, naturalną rzeczą będzie, że najlepszą ofertą dla zleceniodawcy będzie oferta najtańsza, byle ubezpieczona. Pod warunkiem, że spełnia ona wszystkie warunki wymienione w przetargu. Nie dość, że wykonawcą będzie najtańszy z oferentów, to na dodatek zabezpieczamy się przed niedbalstwem urzędników, łapówkami, korupcją, nepotyzmem i innymi patologiami władzy państwowej. Jedynymi stratnymi pozostaną urzędnicy/politycy oraz źli wykonawcy. Dlatego to właśnie oni tak się upierają przed kryterium najniższej ceny.

Jan M Fijor

www.fijor.com

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Tomek pisze:

    Pomysł rozsądny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *