Wigilia u buddystów

chat-dymki
6

Sześć lat temu losy rzuciły mnie w okresie Bożego Narodzenia do Południowo – Wschodniej Azji. Nie były to pierwsze moje święta poza krajem. Jednakże po raz pierwszy spędzałem je w kraju, w którym Bożego Narodzenia się nie obchodzi.

Wigilię i Boże Narodzenie spędziłem w Tajlandii, a resztę kanikuły, w tym Nowy Rok, w Paxe w Laosie, skąd poleciałem do Siem Reap w Kambodży. Wszystkie te kraje zdominowane są przez buddystów. W Tajlandii zamieszkuje ponadto kilkuprocentowa mniejszość islamska, a jedynymi chrześcijanami w tamtym regionie ( z wyjątkiem Wietnamu, gdzie do grupy tej należy także lokalna mniejszość) stanowią turyści z Europy, USA, Australii i Kanady, pracownicy firm z tych krajów, a także stosunkowo duża liczba osób – głównie mężczyzn, przeważnie w wieku emerytalnym – osiadłych tam na stałe.

Nie trudno zgadnąć, że znakomita większość mieszkańców tych krajów Bożego Narodzenia nie obchodzi. Buddyści wprawdzie wiedzą czego te święta dotyczą, znają (głównie z filmów amerykańskich) tradycję, ale jej nie rozumieją. Boże Narodzenie to dla nich równie obce święto, co dla nas dzień urodzin Buddy, obchodzony w zależności od kraju, w czasie europejskiego lata, między majem a lipcem. Ludzie ci żyją według kalendarza buddyjskiego, którego początkiem był dzień narodzin Buddy (rok 543 roku p.n.e). A.D. 2007 był 2550. rokiem buddyjskim.

Odmienna religia nie tylko zmienia skalę czasu. Z jej powodu w domach Syjamczyków, Birmańczyków, Laotańczyków nie ma choinek, lampek, kwiatków gwiazdy betlejemskiej, opłatków, czy sianka. Żadne, nawet anglojęzyczne radio, nie nadaje tam kolęd. Nie śpiewają ich zespoły ulicznych kolędników. Nikt tam nie ulega szałowi zakupów świątecznych, ani presji wręczania prezentów Gwiazdkowych. Tylko nieliczne sklepy, i to wyłącznie w Bangkoku i popularnych ośrodkach turystycznych, udekorowane są w bożonarodzeniowymi ozdobami. Na ulicach żadnych świątecznych ozdób nie ma. Jedynym wyjątkiem był w Bangkoku norweski kościół, jeden z kilku rozrzuconych po Azji i Pacyfiku, zbudowanych przez dawnych norweskich armatorów tzw. kościoły marynarzy (Norwegian Seaman’s Church). Kościoły marynarzy, zwiedziłem taki w Bangkoku, są nie tylko świątyniami. To także symboliczny grób, w którym znaleźć można tablice pamiątkowe z imionami zaginionych przed laty ludzi morza, oraz dom socjalny, w którym – w cieniu rozłożystych drzew mango – turyści ze Skandynawii; przebywający akurat w okolicy marynarze norwescy, duńscy, szwedzcy, a także nieliczni wyznawcy i sympatycy chrześcijaństwa spośród Tajów, Chińczyków i innych Malajów – biesiadują w towarzystwie gustujących w Europejczykach syjamskich kobiet. To jedyne w Bangkoku, a może i w całej Tajlandii, miejsce, gdzie usłyszeć można chóralny śpiew kolęd i pieśni religijnych.

Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego buddyści, czy muzułmanie, a właściwie także i żydzi obchodzą wszystkie swoje święta bez muzyki, bez śpiewu. Dlaczego żadna z tych wielkich religii nie ma swojej muzyki? Jak to się stało, że tylko chrześcijaństwo czci swoją wiarę w takt melodii, pieśni, z których wiele stanowi nie tylko dorobek naszej kultury, ale wręcz fundament cywilizacji.

Wprawdzie w buddyjskim zakonie mnisi nucą pod nosem melodie, a z minaretów Tunezji, Turcji czy Malezji płynie zawodzący śpiew muezina, nie ma to wiele wspólnego z tym, co słychać w czasie Pasterki w kościołach polskich, włoskich i niemieckich, czy w prawosławnych sborach Ukrainy i Rosji. O ile buddyjskie nucenie, zawodzenie muezina, czy monotonna psalmodia kantora w synagodze to niewątpliwie śpiew, nie jest on jednak w tych religiach podejmowany przez tłum wiernych.

Za mało na ten temat wiem, ale wydaje mi się, że w Azji nie jest to kwestia zakazu czy miejsca muzyki w boskiej hierarchii, lecz jakaś celowa rezygnacja z tej formy wyrazu modlitwy i wiary. Bo tam naprawdę kochają śpiew. Nie bez kozery właśnie w Azji narodziła się tradycja karaoke. Trudno sobie bez niej wyobrazić laotańską tawernę czy koreańską restaurację, czy nocny klub w Changmai.

Dlaczego jednak nie ma tam pieśni religijnych?

Gdzie jak gdzie, ale w świątyni aż się prosi śpiewać. I nie ma to żadnego związku ze świętami Bożego Narodzenia. Chóralny śpiew to znakomity pomysł, który jednoczy ludzi, podnosi ich na duchu, dodaje im nadziei. Śpiew, muzyka daje ujście emocjom, które ulatują wraz z ludzkim głosem. Dlaczego w Azji nikt takiej potrzeby nie odczuwa? Czy dlatego, że muzułmanie i buddyści modlą się na kolanach, a śpiewać na kolanach niewygodnie? A może muzyka i śpiew do grzeszna danina dla diabła? Podobnie jak malowanie podobizn boskich w judaizmie?

Nie śpiewa się w hinduizmie – w ogóle; w judaizmie modlący się tłum odpowiada kantorowi, ale to kantor, swym potężnym głosem niesie pieśń. Nie śpiewają taoiści. Nie śpiewają Japończycy, Mongołowie i większość Chińczyków.  Na google znalazłem informację, że nie było śpiewu wśród animistów; nie było go pośród plemion zamieszkujących Saharę i sub-Saharę. Śpiew nie istniał wśród Azteków, Inków, u ludów Nazca, u Majów, u plemiona Keczua, Karaibów i wielu innych, czczących swych bogów ludów Ameryki – od lodowatej Północy po skutą lodem Ziemię Ognistą. Skąd w takim razie wziął się on u nas, chrześcijan? Skąd się wzięły nasze śpiewane psalmy, ilustrowane dostojną melodyką msze, czy wesołe kolędy?

Zdaniem historyków, muzyka po raz pierwszy pojawia się w nieśmiałych formach wśród ludów zamieszkujących deltę Nilu i wschód Afryki (Etiopię, Kenię, Zanzibar). Plemiona te, wędrując z gorącego, niegościnnego południowego wschodu Afryki dotarły do Synaju, dalej do Ziemi Świętej, przynosząc ze sobą zalążki muzyki i tańca. Tam zmieszały się z wyznawcami nowopowstałej religii miłości i braterstwa, z wiarą w Chrystusa, a może nawet z samym Jezusem. Szybko zrozumiano, że są one znakomitym ornamentem bożej miłości i szacunku, nadając wyraz dostojeństwa i tajemniczości samemu Jahve. Od tego momentu zaczyna ludziom w uszach grać. Najpierw nucą, potem zawodzą, wreszcie wybuchają radosnym gromkim śpiewem. Muzyka uatrakcyjnia religię, religia muzykę – oto jest nasz kultura.

Buddysta, żyd, a w ślad za nimi, muzułmanie czy hinduiści. tak się jedynie domyślam, chcieli mieć groźnego i potężnego boga dla siebie i tak, jak z drugim człowiekiem, rozmawiać z Nim w cztery oczy. Dopiero chrześcijaństwo doceniło Jego miłosierdzie, przestało się Boga bać, i dlatego wierni zaczęli do Niego przemawiać chóralnie; grupą, hordą, tłumnie.

Wprawdzie intymność nadaje kontaktowi z Bogiem szczególną rangę, nie znaczy to wcale, że zbiorowa modlitwa jest czymś pośledniejszym. Dlatego, tamtą kolację wigilijną spożyłem w towarzystwie Kazika i kilku jego wspólników, Polaków handlujących rubinami przemyconym z sąsiedniej Birmy. Naszym radosnym kolędom przysłuchiwali się, zaproszeni na kolację  sąsiedzi Kazika– kilku Tajów, Chińczyk i dwaj Malaje z Singapuru. Gdy, dla nabrania oddechu, przestaliśmy na chwilę śpiewać, podszedł do nas jeden z nich i powiedział:

– Piękna ta wasza muzyka! Kto skomponował te pieśni? Spojrzeliśmy na siebie z Kazikiem, po czym z poważną miną odrzekłem:

– Jak to kto? Nasz Bóg, Jezus Chrystus! Malaj ze zrozumieniem pokiwał głową i odszedł nucąc „Lulajże Jezuniu…”

Jan M Fijor

www.fijor.com

 

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Paweł Krajewski pisze:

    Panie Janku, Wesołych Świąt! 🙂

  2. szukaj/kontestacja pisze:

    Janku! Ależ buddyści śpiewają – nawet całkiem energetycznie 🙂 Z początku medytacji pieśń do Boddhisatvy (patronki) empatii – Kwan Seum Bosal (bo to koreańska tradycja)
    Tam śpiew jest oszczędny, a’capella tylko z towarzyszeniem charakterystycznego drewnianego bąbla służącego za bębenek. Ale jest bardzo energetyczny bo wszyscy zgromadzeni śpiewają z samych głębii trzewi 🙂
    https://www.youtube.com/watch?v=0qfE-mogilU

  3. Piotr pisze:

    I najlepszego na Nowy Rok! Jestem zachwycony tym, co tu znalazłem i z przyjemnością dodaję Twojego bloga do tworzonego przeze mnie katalogu najlepszych polskich blogów o biznesie. Kliknij tu: http://obiznesieblogi.blogspot.com/. Pozdrawiam serdecznie, Piotr.

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Aż taki zaszczyt? Rozumiem, że jest to dowód uznania dla szkoły austriackiej, ktorej ekonomiczny mainstream nie tylko nie rozumie, ale i w ogóle nie zna. Posługuje się w zamian absurdalną teorią Keynesa, Marksa i paru innych utopistów, którzy prowadzą świat na skraj przepaści.

    Ukłony

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Może i śpiewają, ale raz, że cienko, a dwa, tak jak im zagrają. Właśnie wróciłem z Indii, byłem w buddyjskiej świątyni i jedynymi istotami, które śpiewały były w niej ptaki. Ukłony

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Dziękuję za pamięć.
    pozdr

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *