Niepoprawny politycznie przewodnik po Indiach (I)

chat-dymki
13

Wstęp

Indie ciszą się sympatią mediów. Media są z reguły lewicowe. Lewica lubi Indie.

Jaki jest powód tej nieskrywanej sympatii? Powody są, co najmniej, trzy:

INDIE QATAR 2014 202

1. Religia

Religia? Jakże to możliwe? Przecież lewica nie lubi religii!

To zależy. Lewica nie lubi poważnych religii, takich jak judaizm, chrześcijaństwo, islam (wymieniam w kolejności chronologicznej); religii, które nakazują człowiekowi wierzyć w Boga, modlić się do Niego, wykonywać Jego Przykazania, nawracać zagubionych i innowierców, ewangelizować i żałować za grzechy. Są to monoteistyczne systemy religijne, w których autorytet Boga i wielkość człowieka aspirującego do Jego naśladowania są niekwestionowane i wyrastają ponad autorytet elit intelektualnych, do których szczególne pretensje uzurpują sobie – właśnie – media i lewica. Dlatego w krajach, w których dominuje Wielka Trójka, tak chętnie i gorąco propaguje się ateizm i krytykuje religijność. Religia zagraża bowiem autorytetom moralnym, w najlepszym przypadku jest ich konkurentem.

Natomiast w Indiach religijność jest, co najwyżej, częścią obyczaju. Buddyzm, braminizm, hinduizm to nie są religie monoteistyczne. To nie są nawet religie. To, co najwyżej zlepek aforyzmów, maksym, obyczajów, czy filozofii, które realizują w miejscowi w postaci wegetarianizmu, yogi, nirwany, mantry, medytacji transcendentalnych czy wiary w reinkarnację. Stąd hinduizm (braminizm), nie będąc przecież „prawdziwą” religią, jest dla lewicy laickiej znacznie bardziej bezpieczny, a więc wygodniejszy. O jego „przewadze” nad islamem, chrześcijaństwem, czy judaizmem świadczą chociażby pierwsze wersety świętej księgi Wedy. Oto kilka z nich:

INDIE QATAR 2014 307

Świat nie został stworzony przez bogów.

Świat, czas i przestrzeń istnieją wiecznie.

Świat jest nieskończony, bezosobowy i nie ma pierwiastka moralnego.

Przy czym boski świat indyjskich wierzeń to świat na równi materialny, co spirytualny. Wyznawanie takich postaw laickiej lewicy Zachodu nie zagraża, ono się jej podoba. Yoga jest w ich szeregach bardzo popularna, podobnie jak nirwana, a zwłaszcza mantra o sprawiedliwości społecznej i wyzysku. Pozostałe kwestie są dyskretnie pomijane. Czy panie: Hillary Clinton, Joanna Senyszyn, albo pan George Soros mogliby uwierzyć w to, że odrodzą się w nowym życiu w postaci psa lub ryby, albo, że ich los naznaczony został przez Boską Matkę, Wisznu, Siwa, czy jakieś inne, jedno z 86 miliardów wcieleń Kriszny, Buddy lub innego Boga?

Ja się broń Boże nie naśmiewam z wierzeń hinduizmu, lecz wątpię w to, by traktowane były one poważnie przez tych, którzy o Indiach i Hindusach wyrażają się entuzjastycznie dobrze. Bo, to że tak jest, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Wystarczy oglądnąć filmy produkowane przez National Geografic, reportaże sieci CNN i Al – Jazeery, a nawet zwykłe książki – przewodniki, w których Indie i Hindusi przedstawiani są jako spadkobiercy wielkiej kultury, odważny, dzielny naród zmagający się z trudnościami obiektywnymi. Że co prawda naród indyjski buduje dostatek i szczęście metodami odmiennymi od tych, które uznano w USA czy Europie Zachodniej za skuteczne, ale za to demokratycznie. I tu należy wymienić drugi z powodów, dla których Indie mają takie dobre notowania. Potocznie mówi się bowiem o tym, że Indie to

2. Największa demokracja świata.

Największa  nie tylko dlatego, że Hindusów jest ponad 1 miliard.

W lewicowych mantrach oznacza to, że los narodu i jego obywateli, nie oglądając się na przedsiębiorców i wolny rynek, wzięli w swe ręce politycy, czyli rząd. Najważniejsze, że porządku i sprawiedliwości społecznej pilnuje demokratycznie wybrana elita. Chroni ona lud przed wyzyskiem kapitalistów. Trzeba mieć wiele szczęścia, żeby w jakimś renomowanym piśmie ekonomicznym, jak Financial Times czy The Economist znaleźć słowa krytyki wobec  metod rządzenia stosowanych przez przedstawicieli tej „największej demokracji świata”. Nie wchodząc w detale pozwolę sobie jedynie na postawienie tezy, że tym co w indyjskiej demokracji, która jest jednym z najbardziej opresyjnych i odrażających systemów politycznych świata, gorszym pod wieloma względami nawet od nazizmu i stalinizmu, najfajniejsze jest to, że nie zawraca się nikomu głowy otwartym mówieniem o konieczności obniżki podatków, o swobodzie działalności gospodarczej, cięciach w nakładach na socjal, czy konieczności poszanowania dla własności prywatnej.

Słowem: gospodarka to nie jest coś, o czym się w Indiach mówi, głupcze! To jest w Indiach temat tabu. Czy trudno się potem dziwić, że w rankingu magazynu Doing Business (czerwiec 2013) Indie sklasyfikowane są na 134 miejscu, daleko za Sri Lanką (miejsce 85), Nepalem (105), Bangladeszem (130), a zwłaszcza za największymi wrogami Indii: Chiny (96) i Pakistan (110).

W tym kontekście, włączenie litery „I” w skrót agresywnie rozwijającego się bloku państw Drugiego Świata, mam na myśli BRIC, zakrawa na ironię. Chyba, że twórcom akronimu chodziło wyłącznie o łatwiejszą wymowę; wymówienie BRC (bez literki „I”) dla Belga czy Kanadyjczyka może bardzo trudne.

Te same media, które celebrują sukces indyjskiego socjalizmu i rzekomy gwałtowny wzrost poziomu życia mieszkańców tego wielkiego kraju, bardzo chętnie krytykują niedemokratyczne i dyktatorskie rządy w Chinach. O tym, które z tych państw podąża lepszą drogą można się przekonać już w kwadrans po wylądowaniu w Mumbaiu, lub w Delhi (Indie), albo w Szanghaju lub Szenzen (Chiny), ale o tym za chwilę.

Trzecim, choć wcale nie ostatnim powodem, dla którego świat mediów i establishmenty zachwycają się Indiami jest wspominane przez media z dumą, rzekomo, gwałtowne ożywienie gospodarcze nad Gangesem, wywołane

3. Największą na świecie liberalizacją gospodarczą

INDIE QATAR 2014 302

 

Słyszymy więc o BRIC, a także o magnetyzmie półwyspu indyjskiego przyciągającym kapitał z całego świata, o inwestorach pchających się do Indii drzwiami i oknami, wykorzystujących wrodzone talenty miejscowych ludzi, powszechne opanowanie najnowszych technologii informatycznych, tanią siłę roboczą, oraz wolę klas rządzących do uczynienia z kraju potęgi i zdetronizowaniu, z pozycji kontynentalnego lidera, znienawidzonych Chin.

Prawda jest jednak znacznie bardziej ponura. To prawda, mniej więcej 10 – 15 lat temu, kiedy Indie zaczęły flirt z liberalizmem, gdy poluzowano nieco w regulacjach, obiecano obniżkę podatków i bezpieczeństwo inwestycji zagranicznych, Amerykanie, Włosi, Niemcy, obywatele UK i kilku innych potęg gospodarczych zaangażowali w tamtejszą gospodarkę kilkaset miliardów dolarów. Ożywiła się miejscowa oligarchia, powstała indyjska Dolina Krzemowa w Bangalore i liczne centra outsourcingu, jednakże zagranica szybko zrozumiałaś, że palnęła błąd. W 2009 roku odwiedziłem Banglore, gdzie  inwestorzy zachodni pakowali walizki, przygotowując się do powrotu do domu. Indie okazały się niewypałem, a w najlepszym razie, wyzwaniem ponad siły wszędobylskich Amerykanów, Wochów czy Brytyjczyków.

Dopiero z bliska, na miejscu, dostrzeżono te cechy Indii i Hindusów, o których media do tej pory pisały niechętnie, a więc powszechny bałagan, biurokrację, a zwłaszcza brud, czyli fatalny stan higieniczny tak ludzi jak i miejsc. Tania siła robocza tanią była wyłącznie nominalnie. Co z tego, że programista z Bombaju czy Banglore zarabia 20 procent tego, co jego kolega po fachu z Silicon Valley, czy połowę tego co informatyk z Parku Technologicznego w Hongkongu, jeśli wydajność pracy tego pierwszego jest ośmiokrotnie niższa niż Amerykanina, a pięciokrotnie niższa niż Polaka, czy Chińczyka. Do tego dochodzi tradycyjna w Indiach opieszałość, dość niska samodzielność, lekceważenie zasad, a także melancholijna osobowość Hindusów. Inwestorzy zamarzyli o powrocie do swych eleganckich domu. W ich miejsce, potężne korporacje wysłały do Indii personel pozyskany na rynkach wschodzących.

– Po serii szkoleń, i obietnicach wyjazdu na praktykę do Londynu, korporacja wysłała mnie do…Kalkuty – zwierza się sąsiad z samolotu, wracający do Warszawy z trzymiesięcznej delegacji do Indii. Nawet mnie taka propozycja ucieszyła. Nie dość że wiązała się z wysokimi dietami na pobyt, to na dodatek wyglądała atrakcyjnie – bo przecież Indie, to stara, oryginalna i dość tajemnicza kultura. Nikt nam jednak nie powiedział (przewodniki po Indiach dają co najwyżej do zrozumienia, że standardy higieniczne są w tym kraju „odmienne”, traktując amebę, czerwonkę czy malarię, jako niewinne przygody trapiące globtroterów); że ludzie bez skrupułów załatwiają się na środku chodnika głównej ulicy, której na dodatek nikt nie sprząta, zaś między ludzkim gównami latają szczury.

Egzotyczna na pierwszy rzut oka delegacja stała się udręką, od której niżsi w korporacyjnej hierarchii Polacy, Czesi, Turcy, Chińczycy wyręczają personel brytyjski czy amerykański. W zamian za sute zachodnie płace i diety, gorsze kasty urzędników korporacyjnych, dzielą czas między pracę w indyjskim oddziale firmy oraz siedzeniem w hotelu, w którym – z trudem, bo z trudem, ale jednak – udaje się utrzymać zbliżone do europejskich standardy higieniczne, zdrowotne i żywieniowe.

INDIE QATAR 2014 003

Cdn.

Jan Bereta

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Przemysław Wielowski pisze:

    Panie Janie, lubię czytać Pańskie felietony ze względu na świeże spojrzenie na polską scenę polityczną, a przede wszystkim gospodarkę, jednakże ten artykuł rozczarował mnie kompletnie. Jego pierwsza część jest kompletnym nonsensem – nie dość, że miesza Pan pojęcia twierdząc, że najstarsze religie świata nie są religiami, to jeszcze krytykuje Pan słowa Wedy, które akurat są zdecydowanie bardziej logiczne, spójne i obiektywnie weryfikowalne, niż twierdzenia „trójki” religii nad którymi się Pan tak rozpływa. Definicja religii wg. Wikipedii to: „system wierzeń i praktyk, określający relację pomiędzy różnie pojmowaną sferą sacrum (świętością) i sferą boską, a określonym społeczeństwem, grupą lub jednostką. Manifestuje się ona w wymiarze doktrynalnym (doktryna, wiara), w czynnościach religijnych (np. kult czy rytuały), w sferze społeczno-organizacyjnej (wspólnota religijna, np. Kościół) i w sferze duchowości indywidualnej (m.in. mistyka). Podobne definicje znajdują się w Encyklopedii PWN. Wszystkie ww.aspekty zawierają się w religiach wywodzących się z Indii. Ponadto, twierdzenie znajdujące się w Biblii, że świat został stworzony przez Boga, czyli miał początek oraz będzie mieć swój koniec (podobnie jak każdy człowiek) wydaje się raczej prymitywnym sposobem tłumaczenia świata wg. semickich ludów pasterskich, nie znajdującym oparcia we współczesnej nauce. Jeśli przyjąć obecnie jedyną poważną teorię „Wielkiego wybuchu”, to i tak nie zmienia to faktu, że świat musiał istnieć również przed tym „Wybuchem”, tak samo jak będzie istnieć po skurczeniu się świata, czyli jego rzekomym końcu. Pozostałe z cytowanych przez Pana wersów Wedy są tak oczywiste i logiczne, że wybaczy Pan, ale nie będę ich wyjaśniał. Budda nie jest Bogiem i każdy Hindus czy Azjata to wie. Dziwi mnie, że jako światowy człowiek Pan tego nie wie…Podobnie zastanawia fakt mieszania przez Pana pojęcia Yogi z religią. Może jakby Pan spróbował dotrzeć do źródeł religii, które Pan tak stara się pomniejszyć, a nie opierał się na lewackim i europejskim postrzeganiu tych religii, to Pański artykuł przejawiał by mniej ignorancji…Dziwi mnie tylko, że to drugi już Pana artykuł w którym próbuje Pan sobie i wszystkim chrześcijanom dodać animuszu. Czyżby objawiał się w Panu kryzys własnej wiary, czy frustracja, że wychwalane przez Pana religie semickich ludów pasterskich tak mocno tracą ostatnio w stosunku do tych dalekowschodnich?? Życzę głębszych przemyśleń i gruntowniejszej wiedzy!

  2. Jan M. Fijor pisze:

    W większości zgadzam się z panem. Niestety, wielu Hindusów, z którymi rozmawiałem przed słowem Budda dodaje „divine”, podobnie boskie są Krishna, God’s Mother, Wisznu etc. Ja nie prowadzę analizy wierzeń, lecz opisuję ich percepcję w życiu przeciętnego dość dobrze wykształconego Hindusa. To, że system odpowiada definicji Wikipedii nie ma dla mnie znaczenia. Dla większości Hindusów, z którymi rozmawiałem hinduizm religią nie jest chociażby ze względu na brak jasno określonych reguł, wieloznaczność pojęć, zasad, brak wykładni etc. Na to narzekają Hindusi, nie ja sam.
    O tym, kto traci przekonać się można właśnie w Indiach, w których połowa mieszkańców żyje na poziomie mentalnym bliższym okresu średniowiecza niż współczesności.

    Ukłony

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Przekażę pańskie zarzuty mojemu guru od Indii . zobaczymy co on na nie powie.
    Ukłony

  4. Przemysław Wielowski pisze:

    Pani Janie, ja nie znam żadnych specjalistów od Hinduizmu, ale paru badaczy Buddyzmu i stąd mój szacunek dla tej religii i myśli, która mając ponad 2,5 tys.lat jest naprawdę wysoce humanistyczna i głęboka. Co zabawne – Hindusi są wysoce nietolerancyjni i w większości wrodzy do Buddyzmu, mimo że wywodzi się z ich kraju (trochę podobnie do stosunku Żydów do Chrześcijaństwa). Być może wynika to faktu, że podobnie jak Chrześcijaństwo było rewolucyjną religią w stosunku do Judaizmu, tak Buddyzm w stosunku do Hinduizmu. Tak więc, nie chcę wyjść na obrońcę Hinduizmu i Hindusów, bo wiem, że Indie są jednym z najbardziej nietolerancyjnych religijnie krajów, a Hindusi dokładnie tak jak Pan pisze są w większości bardzo zacofani mentalnie. Natomiast, chciałem zaprotestować przeciwko wrzucaniu do jednego worka wszystkich religii czy systemów filozoficznych Azji, bo (jak mam nadzieję Pan jednak przyzna) kraje takie jak np. Japonia, Chiny, Wietnam, będąc krajami od wieków buddyjskimi, osiągnęły wysoki poziom cywilizacyjny i gospodarczy. A fakt wykorzystywania przez lewicę religii „wschodnich” do swoich niecnych celów, to już zupełnie odrębny temat, zbyt obszerny na ten blog. Mam nadzieję, że Pański „guru” zgodzi się w tym ze mną, bo obecnie nie jest już tajemnicą, że KGB wykorzystywało te religie/systemy do indoktrynowania hippisów w USA. Stąd być może tyle przekłamań i nieprawdy w „zachodnim” rozumieniu tych wierzeń…i taka ich popularność wśród pseudo elit, które ustawiają te systemy dla swoich potrzeb i wygody.
    Pozdrawiam!

  5. Jan M Fijor pisze:

    Pan się posluguje rownie emocjonalnymi argumentami, co inni Hindusi, mający odmienne od pańskiego zdanie.
    Jeśli budda ma 86 miliardów wcieleń, to trudno się dziwic, ze jest taki misz masz.
    poza tym sam pan powiedział, ze budda to nie bog. Wiec jak buddyzm może być religią?
    Nie ma teologii buddyzmu, nie ma teologii buddy. Są przypowieści i aforyzmy.

    Guru na razie mi napisał, ze nie ma pan pojęcia co to joga i miesza ja pan z tężyzną fizyczna, dokładnie tak, jak robi zona mojego guru.
    Ja nie wrzucam do jednego worka niczego poza Indiami. Ja po prostu korzystam z dowolności, ktora jest jedyną rzeczą, jaka mi się w tym swiecie podoba.
    Inna sprawa, jakie są tego efekty. Domniemywam, że był pan w Indiach i pojeździł w te i we w te.

    Ukłony

  6. Jan M Fijor pisze:

    @Przemysław Wielowski zgadzam się, że nie wypada wstawiać wszystkich religii do jednego worka.Tym niemniej ja opisuję nie tyle religię i wierzenia, co stosunek lewicy laickiej do nich. Widząc to, co z tych szlachetnych i wzniosłych wierzeń zrobili Hindusi dzisiaj trudno mi uwierzyć, że hinduizm czy buddyzm przepojone są miłością, niosą ze sobą kaganek cywilizacji itp. W Indiach na pewno tak nie jest. za chwilę drugi odcinek. Zobaczymy, jak mi pójdzie dalej.

    Ukłony

  7. Przemysław Wielowski pisze:

    Panie Janie, buddyści uważają, że nie tylko Budda, ale każda istota miała nie 86 miliardów wcieleń, ale nieskończoną ilość wcieleń.
    W definicji religii jaką przytoczyłem powyżej i jaka występuje w encyklopedii PWN występowanie Boga czy Bogów nie jest warunkiem sine qua non uznania wierzeń za religię. Natomiast, co do teologii Buddyzmu, to wybaczy Pan ale…kompletnie nie ma Pan w tym temacie pojęcia. Same nauki Buddy swoją objętością mniej więcej przekraczają 18 razy wielkość Biblii. Do tego są całkowicie logiczne i spójne, czego niestety nie można powiedzieć o Starym i Nowym Testamencie. Natomiast, ilość traktatów stworzonych przez uczonych buddyjskich od Indii przez południowo-wschodnią Azję po Japonię z pewnością przekracza cały dorobek intelektualny wszystkich odłamów chrześcijaństwa. Teologia ta jest dziś wykładana na uniwersytetach buddyjskich w Tokyo, Kyoto i dziesiątkach innych. Cała dawna i współczesna kultura Japonii od samurajów, ceremonii herbaty, kaligrafii itd, itd. wywodzi się z Buddyzmu Zen. Podobnie jak chińska sztuka wojny- za dużo czasu by mi zajęło opisanie tego dorobku.
    W Indiach nie byłem. Natomiast, negowanie miłości i humanizmu w Buddyzmie z powodu dzisiejszej postawy Hindusów, to tak jakby zanegować nauki Chrystusa z powodu krzyżowców, czy św. Inkwizycji, czy Syjonizmu (skoro stamtąd wywodził się Jezus). Nie słyszałem nigdy o terroryzmie buddyjskim, czy fundamentalistach buddyjskich, bo wiem, że Budda przed śmiercią zabronił swoim uczniom przyjmować wszystko na wiarę, nawet jego własne nauki, ale nakazał zrozumieć je do głębi własnym rozumem. Natomiast, o Krzyżowcach, Wojnie Trzydziestoletniej, Inkwizycji, indeksach ksiąg zakazanych itd. trochę czytałem.
    Pozdrawiam

  8. Jan M Fijor pisze:

    Ależ ja nie krytykuję Buddy, lecz stanowisko tzw. wyznawców. pewnie, że katolicy mają swoje grzechy, ale ja piszę o Indiach, gdzie te wszystkie nauki, nirwany, czystości etc. kłócą się z tym, co ludzie wyznają, co robią. Taksówkarz, wiozący nas z lotniska, tak kochał Krishnę i zasady swej religii, że następnego dnia, kiedy miał nas zawieźć na lotnisko zapomniał i nie przyjechał. Taka postawa jest masowa, tak jak masowa jest „religijność”. Polecam Indie. Moje teksty panu pomogą podjąć decyzję. Poza tym, w Indiach buddyzm jest marginesem. tam dominuje hinduizm i islam. Ukłony

  9. ZQW pisze:

    Szanowny Panie Janie !
    Super, że znowu Pan pisze i mówi – słuchałem wczoraj na Kontestacji. Widzę, że jest Pan w świetnej formie. Jednakże muszę nie zgodzić się z tezą, że lewica lubi i promuje Indie. Lewica lubi i promuje Skandynawię, opiekuńcze kraje EU – takie jak Belgia czy Francja. Zachwyca się opieką zdrowotną na Kubie i sprawiedliwością społeczną wprowadzaną przez Chaveza w Wenezueli i Lulę w Brazylii. Ale o zachwycie lewicy dla Indii, słyszę po raz pierwszy. Kiedyś Indiami zachwycał się ruch hippisowski, a Steve Jobs, który uwierzył w mit Indii, przeżył tam swój gap year, gdzie omal się nie przekręcił w wyniku jakiejś paskudnej choroby układu pokarmowego.Ale przecież hippisi to nie lewica. Sam Pan opisywał, jak milicja i bezpieka goniła hippisów lub innych młodych ludzi, wyglądających na hippisów, noszących długie włosy i grających na gitarze. Panie Janie ! Mam taką małą prośbę. W grudniu dostałem na gwiazdkę od żony w prezencie kilka książek z fijor publishing, które pochłonąłem jednym tchem. Niestety a może i stety, żona także przeczytała „Jak zostałem milionerem” i jak to kobieta, męczy mnie, abym dowiedział się nazwy, tego szwajcarskiego specyfiku, który Pan zażywał w Argentynie, aby nie czuć głodu. Wiadomo, o co chodzi. Jak każda kobieta chce schudnąć, mimo że jest szczupła. Jeżeli jeszcze pamięta Pan nazwę tego specyfiku, to byłbym bardzo wdzięczny za jej podanie. Taka drobna prośba o czytelnika do autora. Mam nadzieję, że spełnienie tej drobnej prośby nie sprawi Panu kłopotu,

  10. Jan M. Fijor pisze:

    @ZQW, odnośnie INdii, to postaram się odpowiedzieć w kolejnym odcinku. Co do specyfiku szwajcarskiego to nie pamiętam. Od tego czasu minęło ponad 35 lat. Myślę, że każdy lekarz to wie. Niech żona zapyta swojej/go ginekologa. Proszę mi przysłać podaną przez lekarza nazwę, a ja być może przypomnę sobie wtedy. . A propos odchudzania, to najlepsze są ćwiczenia fizyczne, plus odstawienie cukru, alkoholu i masła.

    Ukłony

  11. Jan M. Fijor pisze:

    Nic na to. Paul Craig Roberts to sympatyczny człowiek, ale na ekonomii nie zna się dobrze. chociaż z drugiej strony,
    co w tym złego, ze zachodnie gospodarki działające na poły w socjalizmie, na poły w faszyzmie, zginą? Coś, co niszczy zło jest raczej dobrem. I może właśnie o to Robertsowi chodzi.

    ukłony

  12. Weniks pisze:

    Oczywiście, że Budda nie jest Bogiem, nigdy za takiego się nie podawał. Hinduiści włączyli go do swojego panteonu bogów, mają już tak w zwyczaju mieszać ze sobą różne wierzenia/systemy. I dlatego nic dziwnego, że dodają divine. Jakby się zapytać muzułmanina kim jest dla niego Jezus to by odpowiedział, że jest prorokiem ale nie Synem Bożym tak jak w chrześcijaństwie. Poza tym buddyzm to nie tylko zbiór opowieści ale przede wszystkim zbiór metod i wskazówek dotyczących medytacji oraz nauk filozoficznych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *