Inflacja, zło niekonieczne

chat-dymki
2

Autor: Frank Shostak

Źródło: www.mises.org

Po ustaleniu się w 2011 roku rocznego tempa rozwoju gospodarczego na poziomie 3,9 procent, wskaźnik cen konsumentów (CPI) spadł w Stanach Zjednoczonych w styczniu obecnym roku do poziomu 1,6 procenta. Równocześnie, roczne tempo wzrostu wskaźnika cen konsumenckich, pomniejszonego o ceny żywności i energii, wykazuje tendencję spadkową, z 2,3 procenta w kwietniu 2012 do 1,6 procenta w styczniu 2014. W obliczu tego wyraźnego trendu spadkowego indeksu CPI wielu ekonomistów doszło do wniosku, że istniejąca sytuacja gospodarcza potwierdza słuszność powrotu na drogę agresywnej polityki monetarnej, obraną przed sześcioma laty przez bank centralny (FED).

Niektórzy ekonomiści, a wśród nich prezes Chicagowskiego Banku Rezerwy Federalnej, Charles Evans, są zdania, że spadające tempo rozwoju gospodarczego (mierzone wielkością wskaźnika cen konsumenckich) stwarza dla FED-u konieczność dalszego zwiększania podaży pieniądza, nazywanego slangowo: pompowaniem monetarnym. Dzięki dalszemu poluzowaniu polityki monetarnej, utrzymuje Evans, możliwe będzie odwrócenie spadkowych tendencji w tempie wzrostu inflacji cenowej, co w konsekwencji wprowadzi amerykańską gospodarkę znowu na ścieżkę zdrowego wzrostu gospodarczego. Ponadto, Evans uważa, że bank centralny powinien dać czasowo inflacji pofolgować, zezwalając na jej wzrost powyżej celu ustalonego na poziomie 2 procent. Równocześnie podkreśla, że bezrobocie utrzymujące się na poziomie 5,5 procent oraz inflacja w granicach 2 procent rocznie, są atrybutami zdrowej gospodarki.

Zadajmy sobie pytanie, jak to się dzieje, że wyższa inflacja czyni rzekomo gospodarkę silniejszą?  Jeśli wzrost cen na poziomie nieco powyżej 2 procent rocznie wpływa na gospodarkę korzystnie, to czyż nie lepiej byłoby zwiększyć inflację do dużo wyższego poziomu? Czyż  wyższy poziom inflacji nie okaże się dla gospodarki jeszcze większym lekarstwem i dowodem jej zdrowia?

Niestety, Evans się myli. Ekspansja monetarna (kredytowa) w oparciu o wpompowanie w gospodarkę pieniądza fiducjarnego doprowadzi do wzrostu inflacji, a to się wiążę z dalszą pauperyzacją gospodarki, tworzeniem kolejnych baniek spekulacyjnych i wzmocnieniem baniek istniejących. Taki proces prowadzi do nasilenia się transferu bogactwa od jego producentów do różnych grup i działań nieprodukcyjnych, czego skutkiem jest osłabienie grupy producentów, kosztem wzmocnienia grupy nieprodukującej i osłabienia tempa produkcji. Evans oraz jemu podobni ekonomiści są zdania, że zwiększenie podaży pieniądza (czyli wzmocnienie mechanizmu pompowania) wywoła wzrost konsumpcji, a to w konsekwencji doprowadzi do wzrostu gospodarczego i prosperity.

Ten popularny dzisiaj sposób myślenia opiera się na przekonaniu, że wzrost wydatków pieniężnych jednego człowieka, czy jak kto woli: indywiduum, podnosi dochody innego indywiduum, którego wydatki dają impulsy wzrostowy dla dochodu kolejnych ludzi, co tym samym doprowadzi do wzrostu ich wydatków etc. etc. Innymi słowy, wydatki jednego człowieka są dochodem innego, który wydając swoje pieniądze tworzy dochód innych ludzi itd. itd. Z chwilą, gdy, z jakiegoś powodu (choroba, kataklizm, akumulacja kapitału), część ludzi ograniczy swoje wydatki, dochodzi do przerwania (lub osłabienia) tego cudownego mechanizmu, a tym samym do recesji czy kryzysu gospodarczego. Sposobem na ożywienie tak zahamowanego mechanizmu – uważają zwolennicy polityki łatwego pieniądza – jest wzrost aktywności banku centralnego polegający na pompowaniu większej ilości pieniędzy na rynek. Gdy dynamika strumienia pieniężnego zostaje już przywrócona, gospodarka samoistnie wchodzi na trwałą ścieżkę wzrostu gospodarczego. I to jest trend dominujący dzisiaj nie tyle w ekonomii, co w ekonomii politycznej, albo polityce.

Tymczasem my (zwolennicy austriackiej teorii ekonomicznej) jesteśmy zdania, że sama podaż pieniądza, choćby nie wiadomo jak wielka, do stabilnego (zdrowego) wzrostu gospodarczego doprowadzić nie jest w stanie. Taka polityka uruchamia jedynie wymianę czegoś w zamian za nic. Jedynym rezultatem takiej wymiany jest zubożenie jednych ludzi kosztem drugich.

Dopóki pula bogactwa rośnie, pompowanie pieniędzy przez bank centralny sprawia złudzenie, że pomagają one we wzroście gospodarczym. Wystarczy jednak, że pula bogactwa zacznie się zmniejszać, iluzja wzrostu gospodarczego wywołanego luźną polityką monetarną FED-u znika.

Przykładowo, jeśli w wyniku zużycia infrastruktury, produkcja chleba w piekarni w jednostce czasu spadnie z 10 bochenków (przed zużyciem) do 8 bochenków teraz; a produkcja butów w firmie obuwniczej zmniejszy się z 8 par w jednostce czasu do 4 par, żadna ilość nowowydrukowanych pieniędzy nie jest w stanie podnieść wielkości produkcji któregoś żadnego z tych dóbr (bogactw) – czy to bochenków chleba, czy butów – w jednostce czasu. Same pieniądze nie są bowiem w stanie zastąpić, służących do podniesienia produkcji, lecz nieistniejących (czyli nie wyprodukowanych) maszyn i narzędzi.

W takiej sytuacji, adresaci nowowydrukowanych pieniędzy, z grupy indywiduów nie tworzących żadnego realnego bogactwa, osłabiają potencjał producentów bogactwa poprzez przejęcie części, w tym przypadku, chleba lub butów, pozbawiając ich producentów realnego bogactwa, dzięki któremu możliwe jest finansowanie kosztów utrzymania i rozwijania infrastruktury.

Urzędnicy banku centralnego (FED), uważają, że gdy już gospodarka znalazła się na właściwej ścieżce stabilnego i utrzymującego się wzrostu gospodarczego, pozbawienie jej dodatkowej stymulacji monetarnej nie spowoduje żadnego efektu ubocznego. Jednakże luźna polityka monetarna uruchamia w świecie realnym tworzenie się baniek spekulacyjnych. Istnienie tych baniek wspomagane jest procesem pompowania pieniędzy; bańka spekulacyjna utrzymywana jest kosztem realnego bogactwa odciąganego do niej od prawdziwej działalności produkcyjnej. Z chwilą zaprzestania podaży pieniądza fiducjarnego bańki spekulacyjne muszą pęknąć, gdyż pozbawione zostały funduszy, dzięki którym mogłyby się utrzymywać bez pomocy instrumentów polityki ekspansji monetarnej/kredytowej.  W tym momencie pojawia się w gospodarce faza spowolnienia/recesji/kryzysu. Tym samym znika złudne przekonanie, że bank centralny (FED) jest w stanie utrzymać gospodarkę na ścieżce stabilnego i ciągłego wzrostu.

ea-468 

Konkluzja

      W sytuacji widocznej tendencji spadkowej indeksu cenowego (CPI), wielu ekonomistów dochodzi do wniosku, że oto właśnie pojawia się potrzeba uruchomienia przez FED agresywnej polityki monetarnej. Niektórzy z nich, jak choćby wspomniany już prezes Chicagowskiego Banku Rezerwy Federalnej, upierają się przy tezie, że tendencja spadkowa indeksu CPI uzasadnia konieczność dalszego luzowania polityki monetarnej. Ich zdaniem ta polityka pompowania doprowadzi do odwrócenia trendu spadkowego indeksu inflacji cenowej, CPI, kierując gospodarkę amerykańską ponownie na drogę zdrowego wzrostu gospodarczego.

Uważamy, że w przeciwieństwie do oczekiwań Evansa, zwiększenie podaży pieniądza prowadzi jedynie do jeszcze większego zubożenia. Pozwala bowiem na tworzenie się coraz to nowych baniek spekulacyjnych i rozrost już istniejących.

Frank Shostak

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Jarek Andrzejewski pisze:

    Warto zdawać sobie sprawę, że CPI się zmienia. Nie jego wielkość, ale sposób liczenia! To tak, jakby porównywać wagę zbiorów rok do roku raz ważąc żywiec, a innym razem kukurydzę.
    Jak za komuny: chleb zdrożał, ale lokomotywy staniały, więc inflacji nie ma…

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Zgoda, ale za komuny to państwo regulowało ceny, a w USA reguluje je jaki taki rynek. W tej sytuacji błąd uśrednienia jest w każdym roku podobny. Nie rozumiem celu pańskiej uwagi. Czy chodzi o to, że CPI nie dowodzi inflacji?
    Ukłony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *