Kapitał w XXI wieku, czyli mitologia dla ignorantów i dziennikarzy ekonomicznych

chat-dymki
60

Leon Orlikowski  –  Komentarz do książki Thomasa Piketty’ego:

Thomas Piketty w wywiadzie „Przypływ nie podnosi wszystkich łodzi” prezentuje czytelnikom „Dziennika Gazety Prawnej” (z 30.04 – 4.05.2014), co osobiście sądzi o „Kapitale w XXI wieku” w napisanej przez siebie książce, która pod takim właśnie tytułem w kwietniu 2014 r. ukazała się rynku księgarskim. Dociekliwe pytania Rafała Wosia, który prowadził ten wywiad, zobligowały też rozmówcę do skrótowego uzasadnienia, uargumentowania przedstawionych w swej książce tez.

Już na wstępie wywiadu zarzeka się, że nie jest marksistą oraz że bliżej mu do Keynesa aniżeli do Marksa. Jednak po zapoznaniu się z całym wywiadem  czytelnicy znający poglądy obu tych autorów, którzy to swoimi pismami wywarli ogromny wpływ i na rozwój myśli ekonomicznej jak i polityki gospodarczej, mają zupełnie odwrotne odczucie. Duch Marksa bowiem nakierowuje myśli Piketty’ego zarówno na tematykę jego badań, jak i narzuca mu optykę jej widzenia i rozumienia. Keynes pragnie ratować coraz bardziej niedomagający kapitalizm w ten sposób, żeby niezainwestowane oszczędności z dochodów od kapitałów były wypożyczane przez państwo na finansowanie deficytowych wydatków budżetowych, co będzie stymulowało popyt oraz pobudzało koniunkturę gospodarczą i w efekcie pozwalało realizować satysfakcjonujące zyski ze zgromadzonych i zainwestowanych w gospodarkę kapitałów. Marks natomiast postuluje, aby w sposób brutalny, na drodze rewolucyjnej przemocy pozbawić wszystkich właścicieli ich kapitałów, czyli jak to dosłownie określił „wywłaszczyć wywłaszczycieli”, bo zgodnie z jego teorią zgromadzili oni swoje kapitały nieuczciwie, z nieopłacania pełnej wartości wytworzonych towarów przez najmowaną siłę roboczą i przywłaszczania  sobie tej nieopłacanej części dla luksusowego życia oraz kapitalizowania i akumulowania dla dalszego bogacenia się i powiększania wyzysku. Piketty postuluje tylko(?), aby „dla dochodu powyżej 1 mln dol. rocznie najwyższa stawka podatkowa powinna wynosić właśnie 80 proc. A więc mieć de facto charakter konfiskacyjny”. Piketty jest więc bardziej tolerancyjny dla kapitalistów aniżeli Marks, bo chce ich nie niszczyć, a tylko pozbawić możliwości akumulowania i pomnażania swoich kapitałów. Sądzi, że takie „konfiskacyjne” opodatkowanie wysokich dochodów  skłoni ich beneficjentów, „żeby te pieniądze (które będą musieli przekazać fiskusowi – LO) przeznaczali raczej na wynagrodzenia dla pracowników średniego szczebla. Co byłoby z korzyścią i dla firmy, i dla całej gospodarki” (sic!). Szkoda, że rozmówca nie zapytał Piketty’ego, na czym te korzyści miałyby polegać? Czyżby on  sądził, że postulując taką „urawniłówkę” w podziale dochodów, wzbogaci tym doktrynę Keynesa, bo wzrośnie popyt konsumpcyjny? A co z akumulacją? Z czego będą finansowane inwestycje produkcyjne, gdy z powodu „urawniłówki” dochody będą raczej w całości konsumowane, aniżeli w wystarczającej części dla finansowania inwestycji rozwojowych oszczędzane? O tym, że równościowy podział w dochodach sprzyja raczej konsumpcji niż akumulacji, nie trzeba przekonywać żadnego wykształconego ekonomistę, tym bardziej profesjonalistę! Prawda jest bowiem taka, że najwięcej akumulują i inwestują ci, którzy mają najwyższe dochody.

Tymczasem Piketty podąża ścieżką wydeptaną przez Marksa i dostrzega tylko różnice w dochodach, natomiast w ogóle nie zastanawia się: skąd takie różnice powstają, dlaczego się utrzymują,  względnie kiedy się zmieniają i czemu służą. Gdyby Marks zadał sobie powyższe pytania i spróbował na nie odpowiedzieć, na pewno nie zbudowałby tak heretyckiej doktryny, która wdrożona przemocą do komunistycznej praktyki nie tylko, że nie wyzwoliła klasy robotniczej z „kapitalistycznego wyzysku”, ale zadała jej nie mniej cierpień i bólu od tych, jakich jej przodkowie doświadczali w okresie tzw. „akumulacji pierwotnej”, którą tak drapieżnie opisał i scharakteryzował Marks w swoim „Kapitale”. Kiedy Marks pisał „Kapitał”, proces akumulacji pierwotnej jeszcze trwał, bo przez cały XIX wiek przemysłowe metody pracy i kapitał przepływały do innych dziedzin działalności, przede wszystkim do transportu i rolnictwa. Kapitały przepływały też z krajów bardziej rozwiniętych, przede wszystkim z Anglii i z Francji oraz odsiadały i powstawały w mniej rozwiniętych. To w XIX wieku w Europie i w Ameryce Północnej została zbudowana cała infrastruktura transportowa kolei. Stanom Zjednoczonym linia kolejowa zbudowana ze wschodu na zachód za europejskie kapitały, przede wszystkim angielskie, umożliwiła rolnicze zagospodarowanie żyznych ziem w dorzeczu Missisipi aż po Góry Skaliste. Tak samo za zagraniczne kapitały, głównie francuskie, zbudowana linia transsyberyjska pozwalała Rosji eksploatować bogactwa naturalne Syberii.

W XIX wieku silniki parowe nie tylko stworzyły i szybko rozwinęły w świecie transport kolejowy, ale również przebudowały, rozbudowały oraz unowocześniły i usprawniły transport morski. Wkroczyły też do rolnictwa. Wszystko to wymagało ogromnych nakładów kapitałowych, które można było pozyskiwać przede wszystkim z dochodów realizowanych w przemyśle.  Właściciele zainwestowanych w przemyśle kapitałów starali się realizować jak największe zyski, z których akumulowali poszukiwane kapitały. Uprzemysławiające się w szybkim tempie kraje Zachodu wchłaniały bez reszty każdą podaż nowo tworzonych i oferowanych kapitałów. Już Adam Smith, twórca nauki ekonomii zauważył, że pomiędzy dochodami realizowanymi z pracy oraz z kapitału występuje antagonistyczna sprzeczność. Im wyższe dochody realizują właściciele od zainwestowanych kapitałów, tym mniejsze pozostają na wynagrodzenia za świadczoną pracę. Właśnie dlatego, gdy popyt na kapitał jest wysoki, a jednocześnie występuje duża nadpodaż rąk do pracy, kapitał jako dobro względnie rzadkie jest drogi, a siła robocza, której jest nadmiar jest tania. Po prostu to podstawowe prawo wolego rynku, jakim jest prawo popytu i podaży, określa proporcje podziałów wytwarzanych w licznych procesach produkcyjnych efektów uzyskiwanych ze współdziałania w nich pracy i kapitału w postaci przychodów pieniężnych za wyprodukowane i sprzedane towary. Dlatego w tzw. akumulacji pierwotnej, gdzie występuje nadmiar wolnych rąk do pracy a niedobór kapitałów, płace za świadczoną pracę są bardzo niskie, utrzymują się na poziomie minimum egzystencji siły roboczej, bo ci, którzy nie posiadają żadnej własności oraz źródeł utrzymania swej egzystencji oprócz własnych rąk do pracy, gotowi są pracować i pracują nawet za najniższe wynagrodzenie, które pozwala im tylko na przeżycie.

Marks był czynnym i wrażliwym obserwatorem sytuacji, w jakiej znajdowała się i świadczyła przedsiębiorcom/właścicielom kapitałów swe usługi pracy   klasa tzw. wolnych proletariuszy. Zamiast skupić się na zbadaniu przyczyn powstałej sytuacji oraz z naukowym dystansem ją przeanalizować i zrozumieć, a potem sformułować wnioski, co należy zrobić dla poprawienia doli pracujących, to poniosły go emocje i pod ich wpływem w „Manifeście komunistycznym” napisanym razem z Fryderykiem Engelsem sformułował i ogłosił hasła totalnie potępiające kapitalistyczny sposób produkcji oraz nawołujące i zachęcające proletariuszy do obalenia przemocą w drodze proletariackiego powstania, czyli rewolucji tego  niesprawiedliwego kapitalistycznego ustroju i zastąpienia go innym, w którym praca nie będzie wyzyskiwana przez kapitał. Dopiero wiele lat później, w napisanym dziele pt.: „Kapitał” postarał się uzasadnić hasła zawarte w „Manifeście” i poddał w nim druzgocącej  krytyce kapitalistyczny sposób produkcji. Dzieło to też jest napisane z dużym emocjonalnym zaangażowaniem. Marks swą krytykę skupia przede wszystkim na osobie kapitalisty: „Kapitalista nabył siłę roboczą według jej wartości dziennej (czyli za płacę równą wartości kosztów dziennego utrzymania – LO). Do niego należy jej wartość użytkowa w ciągu jednego dnia roboczego (tj. wytworzonego towaru na sprzedaż – LO). Uzyskał więc prawo zmuszania robotnika, żeby pracował na niego przez cały dzień. (…) A kapitał ma jedną tylko dążność życiową, dążność do pomnażania swojej wartości, do tworzenia wartości dodatkowej (zysku – LO), … Kapitał jest pracą umarłą, która jak wampir ożywia się tylko wtedy, gdy wysysa żywą pracę, a tym więcej nabiera życia, im więcej jej wyssie. Czas, w ciągu którego robotnik pracuje, jest czasem, w ciągu którego kapitalista spożywa nabytą przez siebie siłę roboczą”(Karol Marks: „Kapitał”, Książka i Wiedza, Warszawa 1951, tom I, str. 246). „Dążenie do przywłaszczenia pracy w ciągu całych 24 godzin doby staje się więc immanentną tendencją produkcji kapitalistycznej. A że wysysanie tych samych sił roboczych dniem i nocą jest niepodobieństwem fizycznym, trzeba pokonać owa fizyczną przeszkodę za pomocą kolejnych zmian sił roboczych spożywanych za dnia i nocy (…). Jak wiadomo, ten system zmian, ta gospodarka zmianami, przeważała w okresie młodzieńczego rozkwitu angielskiego przemysłu bawełnianego itd., a między innymi kwitnie dziś w przędzalniach bawełny guberni moskiewskiej. Jako system, ten 24-godzinny proces produkcji dziś jeszcze istnieje w wielu dotychczas „wolnych”  gałęziach przemysłu Wielkiej Brytanii, m.in. w wielkich piecach, kuźniach, walcowniach i innych zakładach hutniczych w Anglii, Walii i Szkocji. Proces pracy trwa tam przeważnie, prócz 6 dwudziestoczterogodzinnych dni powszednich, także przez 24 godziny niedzieli. Personel robotniczy składa się z mężczyzn i kobiet, z dorosłych i z dzieci obojga płci. Wiek dzieci i młodocianych przebiega całą skalę od 8 (a w poszczególnych wypadkach od 6) do 18 lat. W niektórych gałęziach również dziewczęta i kobiety pracują nocą razem z personelem męskim. (W przypisie): W Staffordshire, jak również w Południowej Walii młode dziewczęta i kobiety pracują w kopalniach węgla i na hałdach koksu nie tylko w dzień, ale też w nocy”(tamże, str. 273 – 274). Przywołuje też przypadek śmierci młodej kobiety z powodu przepracowania: „W ostatnich tygodniach czerwca roku 1863 wszystkie dzienniki londyńskie podały notatkę pod „sensacyjnym” tytułem: „Death from simple overwork” („śmierć ze zwykłego przepracowania”). Chodziło tu o śmierć dwudziestoletniej modniarki Mary Anne Walkley, zatrudnionej w bardzo szanowanej nadwornej pracowni modniarskiej, eksploatowanej przez damę o wdzięcznym imieniu: Eliza. Wykryta tu została na nowo stara, wiele razy już opowiadana historia, że dziewczyna ta musiała pracować przeciętnie po 16(i)1/2 godzin, a podczas sezonu często po 30 godzin bez przerwy, przy czym jej siła „robocza” odmawiająca posłuszeństwa była podtrzymywana w miarę potrzeby sherry, portwejnem albo kawą. A sezon był właśnie w całej pełni. Szło o to, żeby na dzień balu wydanego na cześć świeżo importowanej księżnej Walii wyczarować w mgnieniu oka paradne toalety dla szlachetnych ladies. Mary Anne Walkley pracowała bez wytchnienia przez 26(i)1/2 godzin wraz z 60 innymi dziewczętami, po 30 w izbie zawierającej zaledwie 1/3 niezbędnej kubatury powietrza, podczas gdy noce spędzały po dwie na jednym posłaniu w norach, w których jedną przegradza się tylko przepierzeniem z desek. A była to jedna z lepszych pracowni modniarskich w Londynie. Mary Anne Walkley zachorowała w piątek, a umarła w niedzielę – ku zdumieniu pani Elizy – nie dokończywszy ostatniego stroju”. (…) „Zapracowywać się na śmierć – to zjawisko powszednie nie tylko w warsztatach modniarskich, lecz w tysiącu miejsc, ba, w każdym miejscu, gdziekolwiek interes jest w ruchu…” (tamże, str. 270 – 272).

Niestety, Marks nie podaje, jakie występowały wówczas dysproporcje/nierówności pomiędzy dochodami z kapitału oraz z pracy. Jak to stwierdza Piketty, po prostu: „On (Marks) się do tych danych nie odwoływał, bo takie dane zwyczajnie nie istniały (wówczas – LO). Z tego, co podaje Piketty, że „na przykład we Francji czy w Wielkiej Brytanii w II połowie XIX wieku ogólna wartość prywatnego kapitału przewyższała dochód narodowy 6–7-krotnie”, wynika, iż dysproporcje dochodowe były wówczas większe niż obecnie, albowiem „Dziś w Wielkiej Brytanii (kapitał) doszedł do ok. 500 proc., a we Francji podchodzi pod 600 proc. PKB.

W XX wieku z powodu dwóch wojen światowych, które wyniszczyły we wcześniejszych latach zgromadzone majątki  oraz wielkiego kryzysu lat 1929 – 1933,  ogólna wartość zakumulowanych  kapitałów w Europie bardzo się skurczyła. Nie tylko z  solidarności, ale i z politycznej konieczności, kapitał amerykański, który dzięki obu wojnom światowym bardzo się pomnożył, zaangażował się w pomoc i odbudowę  zrujnowanych gospodarek krajów Europy Zachodniej. Szczególnie dużej i pilnej pomocy kraje te wymagały i otrzymywały po drugiej wojnie światowej, albowiem znalazły się one na pierwszej linii front walki z penetracją ideologii komunistycznej. Równocześnie kapitalizm jako ustrój gospodarczy musiał czynnie przeciwstawiać się nieustannie podejmowanym próbom ekspansji terytorialnej na kraje wolnego świata przez komunistyczny totalitaryzm. Kraje kapitalistycznego zachodu musiały podjąć wezwanie agresywnej doktryny komunistycznej i przystąpić do długoletniego współzawodnictwa ekonomicznego z krajami zarządzanymi centralnie gospodarką.  Taka konieczność spowodowała, że znacznie ograniczyły inwestowanie kapitałów w krajach nierozwiniętych oraz skupiły się przede wszystkim na intensywnym akumulowaniu we własnej strefie krajów wysoko rozwiniętych.

Jeżeli w drugiej połowie XX wieku  takie kraje jak Japonia, Korea Południowa, Tajwan, Singapur i in. dołączyły do krajów wysoko rozwiniętych, to dokonały tego własnym wysiłkiem, przechodząc u siebie przez okres tzw. akumulacji pierwotnej, czyli dokonywały własnych oszczędności, które akumulowały i tworzyły swój kapitał oraz uzbrajały w niego posiadane nadwyżki wiejskiej siły roboczej. W procesach przezbrajania własnych gospodarek korzystały ze sprawdzonych w  tym zakresie wzorców z krajów zachodnich. Pozwolono im też na prowadzenie merkantylistycznej polityki w handlu zagranicznym, w którym były upłynniane wytwarzane w ich dynamicznie rozwijających się gospodarkach nadwyżki podaży towarów, a za pozyskiwane obce waluty mogły nabywać z krajów zachodnich nowoczesne technologie i wyposażać w nie budowane u siebie zakłady produkcyjne.

Ze zmianą polityki inwestycyjnej, jaką na krajach wysoko rozwiniętego kapitalizmu po drugiej wojnie światowej wymusił komunistyczny totalitaryzm, dokonała się  też zmiana polityki dochodowej w tych krajach, niewątpliwie również jako skutek demonstracyjnego odporu na naciski wrogiej ideologii. Najbardziej podniosły się dochody pracowników najemnych; w rezultacie nierówności dochodowe pomiędzy pracą a kapitałem znacznie się zmniejszyły. Z tego względu przez ponad trzy dekady po drugiej wojnie światowej ludzie pracy doświadczali wysokiego dobrobytu. Jednocześnie intensywna akumulacja kapitałów zaowocowała  powstaniem i rozwinięciem się w krajach wysoko rozwiniętych nowych technologii w zakresie astronautyki, elektroniki, informatyki…, co doprowadziło do tego, że gospodarka kapitalistyczna zdobyła przewagę nad gospodarką centralnie zarządzaną oraz ostatecznie pokonała ją w ekonomicznym współzawodnictwie.

Kiedy w 1981 roku Ronald Reagan rozpoczął urzędowanie jako nowo wybrany prezydent USA, jedną z pierwszych podjętych przez niego decyzji  była duża obniżka podatków dla największych dochodobiorców. To przedstawiciele szkoły monetarnej zasugerowali i przekonali go, że w ten sposób wzrosną prywatne oszczędności, a to przełoży się na większe inwestycje oraz da wzrost produkcji i dochodów. W rezultacie powiększą się wpływy podatkowe oraz zmniejszy deficyt budżetowy. Jakież było dla wszystkich zaskoczenie, że nic takiego się nie stało, natomiast kapitał ze Stanów Zjednoczonych zaczął masowo odpływać za granicę przede wszystkim do Chin, potem  do Indii oraz do wielu innych krajów, które wkroczyły na ścieżkę przyspieszonej akumulacji kapitału i zaoferowały kapitałowi zagranicznemu szczególnie atrakcyjne warunki, bardzo wysokie stopy zwrotu od zainwestowanych kapitałów, stanowiące kilkakrotne przebicie tych, które dają inwestycje we własnych krajach. W krajach tzw. wschodzących gospodarek zostały bowiem uruchomione i występują wszystkie te czynniki, które w krajach Zachodu występowały w okresie akumulacji pierwotnej. Istniejące olbrzymie rezerwy siły roboczej na wsi są zatrudniane w fabrykach na kontraktach czasowych a nawet bez jakiegokolwiek kontraktu i ubezpieczenia społecznego, na warunkach możliwie najniższego wynagrodzenia wynoszącego około dolara do dwóch dolarów za dzień dwukrotnie dłuższej pracy niż na Zachodzie. Praca jest wykonywana w bardzo ciężkich warunkach. Na przykład „W przemyśle elektronicznym stosowane są toksyczne substancje, które niszczą zdrowie pracowników. … przy montażu półprzewodników wykorzystywano mnóstwo substancji chemicznych, takich jak rozpuszczalniki, kwasy czy zasady do odtłuszczania, płukania, wytrawiania i polerowania elementów. Te substancje mogą być silnie toksyczne i jak wiadomo, wywierają długoterminowy wpływ na zdrowie człowieka. Pracownice, zwłaszcza te, które montowały obwody drukowane i półprzewodniki, były stale wystawione  na działanie tych toksycznych substancji” (Pun Ngai: Pracownice Chińskich fabryk, Oficyna Wyd. Bractwa „Trojka”, Poznań 2010, str. 171). W takich warunkach praca powoduje, że po kilku latach pracownica traci swoją sprawność psychofizyczną i przestaje dalej być przydatna. Musi wracać na wieś, do swojego stałego miejsca zamieszkania, bo obowiązujące prawo nie pozwala, aby pracownik mógł być zameldowany w mieście, w którym podjął pracę. Na jej miejsce jest przyjmowana nowa pracownica, dotąd nie pracująca w żadnej fabryce, najchętniej taka, która nie ukończyła jeszcze dwudziestego roku życia. Mimo tak ciężkich warunków chętnych do pracy nie brakuje, bo na przeludnionych chińskich wsiach czekają na jakąkolwiek pracę miliony. Albowiem „Chiny są bardzo biednym krajem, wsie są nędzne, przeludnione. W konsekwencji następują wielkie przepływy młodych ludzi w kierunku regionów przemysłowych, gdzie również istnieje bezrobocie lub niepełne zatrudnienie, ale dzięki wzrostowi gospodarczemu możliwość znalezienia pracy, choćby bardzo źle płatnej, jest większa. Słowem to, co Marks nazwał „przemysłową armią rezerwy”, istnieje i przyczynia się do znacznego zmniejszenia płac, tak jak dzieje się to w wielu innych krajach wschodzących”. „To w znacznym stopniu dzięki Chinom i ich skrajnie niskim płacom, a także innym krajom azjatyckim wielonarodowe firmy na początku XXI wieku mogły odnotowywać nigdy przedtem nieosiągalne stopy zysku rzędu 15%”. „W istocie, kiedy jakiś kraj, w tym wypadku Chiny, zapewnia korzyść, jaką są koszty siły roboczej w dolarach dużo niższe niż gdziekolwiek indziej, stanowi to zachętę dla wielu przedsiębiorstw z całego świata, nie tylko wielkich, aby przenosić tam możliwie szybko całą produkcję lub jej część”. „Wywołało to potężny ruch w kierunku dezindustrializacji i rosnący deficyt w wymianie zagranicznej. Utrata konkurencyjności miejsc pracy w przemyśle Stanów Zjednoczonych, (została spowodowana –LO) …wymogiem wysokiej rentowności dla kapitałów”, jaką mogą osiągać, gdy są one inwestowane w krajach wschodzących. (Antoine Brunet, Jean-Paul Guichard: „Chiny światowym hegemonem?”, Wyd. Studio EMKA, Warszawa 2011, str.: 139, 137, 172).

Tak więc ten sam mechanizm, który wysysa kapitały z krajów wysoko rozwiniętych, i to nie tylko te płynne, ale również nawet i te rzeczowe, które są w postaci funkcjonujących już fabryk przenoszone do krajów wschodzących, bo to się ich właścicielom bardzo opłaca, sprawia, że dochody z kapitałów rosną, a równocześnie dochody z pracy spadają. Słusznie zauważa Piketty, że „Nierówności rosną wtedy, gdy dochody z kapitału przekraczają tempo wzrostu gospodarczego”. Tylko nie zauważa, czy też nie potrafi dostrzec mechanizmu, który taką sytuację powoduje, bo: 1) inwestowany za granicą kapitał, przede wszystkim tam realizuje swe wysokie dochody, 2) gdy kapitał w większości odpływa za granicę, to ten, co pozostaje w kraju, staje się tam względnie rzadki i dlatego wzrasta jego cena, czyli koszt jego wypożyczania i użytkowania staje się porównywalny z tym kapitałem, który jest inwestowany za granicą, 3) odpływ kapitału rzeczowego za granicę redukuje miejsca pracy w kraju, co skutkuje naciskiem na obniżkę płac i podnoszeniem zyskowności kapitału, 4) Im więcej kapitału odpływa za granicę, a mniej pozostaje w kraju, tym jest realizowane niższe tempo wzrostu. Dlatego właśnie „dochody z kapitału przekraczają tempo wzrostu gospodarczego”.

W gospodarce wolnorynkowej, w której istnieje swobodny przepływ towarów, kapitałów i pracy, to międzynarodowy rynek określa ceny czynników produkcji, czyli decyduje o podziale dochodów. Piketty jako teoretyk ekonomii powinien o tym doskonale wiedzieć, a nie wpatrywać się w przestarzałego Marksa i deptać go po piętach! Marks przynajmniej wytyczał drogę, po której, jak sadził, doprowadzi wyzyskiwanych przez kapitał do sprawiedliwego ustroju społeczno-gospodarczego, w którym będą mogli w pełni spożywać owoce swej pracy. Mimo że dla udowodnienia tej tezy poświęcił całe swoje życie, nie zdołał na tyle zgłębić praw ekonomii, żeby przekonać się, że jest to po prostu niemożliwe, że taki ustrój jest nierealną, wymyśloną przez niego mrzonką! A nad czyimi interesami ubolewa Piketty, gdy mówi: „Bo dziś poziomy nierówności dochodowych w krajach rozwiniętych albo właśnie zbliżają się do historycznych rekordów  z XIX wieku, albo w niektórych przykładach już je przekroczyły. Wniosek z tego prosty. Obietnica, że więcej wolnego rynku i mniej regulacji przyniesie eliminację takich zjawisk, jak bieda i nierówności, nie sprawdziła się. Przypływ nie podnosi wszystkich łodzi”. Jest więc pytanie do Piketty’ego: Gdzie naprawdę jest bieda, a gdzie są tylko nierówności?! Bieda jest w Chinach, Indiach i w wielu innych krajach, które płacą i nadal gotowe są płacić wysoką cenę za dopływ obcego kapitału, aby uzbroić w niego posiadane olbrzymie rezerwy pracy, bo tylko na takiej drodze mogą wyrwać się z biedy i zacofania. Ale kapitał mają tylko kraje bogate. Jeśli część posiadanego kapitału zainwestują w krajach biednych, zresztą za sowitym wynagrodzeniem, to czy należy ubolewać, że ci, którzy to robią, mają wyższe dochody od tych, którzy nie mają i nie eksportują kapitału. A może ci drudzy mogliby i powinni pomóc krajom o gospodarkach wschodzących w inny sposób, po prostu pojechać do tych krajów i pomóc im wdrażać i opanowywać  technikę i technologię produkcji importowaną z krajów wysoko rozwiniętych?!

P.S.  Profesor Leon Orlikowski jest emerytowanym profesorem ekonomii, jednym z nielicznych uczonych tzw. minionej epoki, który nie uległe presji Marksa, a później Keynesa i pozostał wierny logice ludzkiego działania.

 

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Krzysztof Sliwinski pisze:

    …no i wyszło szydło z worka…
    Szanowny Pan Fijor broni neoliberalizmu jak niepodległości, ponieważ sam siebie uważa za „wielkiego kapitalistę”… Drogi Panie, próbując zaliczyć się do grona kapitalistów a dysponując tak mikrym kapitałem jak pański (bez względu na źródło jego pochodzenia), budzi Pan u mnie śmiech pusty i przypomina stary dowcip o g…ie, co to przykleiło się do okrętu, wrzeszcząc: „Płyniemy!!!”.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Panie Krzysztofie, kapitał to nie tylko pieniądze (patrz: Zasady ekonomii – Carla Mengera). Bill Gates został jednym z najbogatszych ludzi globu zaczynając od.2000 dolarów (7600 zł). Michael Dell zaczynał od pożyczki od rodziców ekwiwalentu 6000 zł. Pan się wypowiada emocjonalnie, tymczasem kapitalizm wymaga dużo rozumu. Poza tym, nie można sądzić na podstawie własnej skali wartości. Każdy człowiek ma ją inną. Dobrze jest się o tym dowiedzieć. Odsyłam do „Interwencjonizmu” oraz „Ekonomii wolnego rynku”: Murraya Rothbarda. Czytamy! I dopiero potem płyniemy! Powodzenia.

  3. Krzysztof Sliwinski pisze:

    Panie Janie, czy Pan czytuje tylko książki przez siebie wydawane? Podejrzewam, że to możliwe i stąd bierze się pański mocno ograniczony ogląd śwata i nauk ekonomicznych… Poza tym nigdzie nie napisałem, że kapitał to tylko pieniądze, i wiedziałbym o tym nawet nie czytając żadnej z książek któregokolwiek z ekonomistów szkoły austriackiej. Niestety, wiedza zawarta w książkach ukochanych przez Pana „Austriaków” jest mocno przeterminowana…
    Pozdrawiam.

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Nie, ja wydaję książki, które uważam za wartościowe. Nie stać mnie na chłam w rodzaju Noami Campbell, Thurowa, czy Piketty’ego, które są zwykle dotowane z budżetu przydzielanego przez państwo. A ja nie chcę pomagać politykom i urzędnikom, Ja chcę pomagać normalnym ludziom. Capischi!?

  5. Krzysztof Sliwinski pisze:

    Capisco, capisco, Don Corleone… a normalnym ludziom pomógłby Pan bardziej, czyniąc świat lepszym i dzieląc się swoim „ogromnym kapitałem”… Tylko proszę mi nie mówić, że przecież się Pan dzieli „kapitałem intelektualnym” (za drobną opłatą, naturalnie), bo nie możemy się dielić czymś czego nie posiadamy…
    Pozostaję niezmiennie w oparach szacunku.

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Pomagamy przy budowie szkoły w Afryce (Linda na przedmieściu Lusaka). Pomagam rodzinie. Nie wymagam od innych, tak jak pan, tylko robię swoje.

    Ukłony .

  7. Janek Niebogaty pisze:

    Orlikowski jako neoliberalny teoretyk zupelnie nie pojmuje faktow. Rozumny chlop ze wsi zapyta sie – a dlaczego Chiny czy Indie nie drukuja sobie sami kapitalu. Maja przeciez potezny rynek wewnetrzny i nie potrzebuja zadnego doplywu kapitalu obcego. To jest typowa neoliberalna bzdura ze pieniadz musi byc wydrukowany przez bankiera w NYorku zeby Chinczyk przestal byc biedny. W Chinach czy Indiach jest masa madrych i zdolnych ludzi potrafiacych tworzyc przyszlosc, tylko coz wtedy robilby bankier z NYorku i z czego by zyl, gdyby odcieto mu mozliwosc sciagania odsetek od kapitalu czy oplat za „pozyczanie” technologi.

  8. Jan M. Fijor pisze:

    Zatwierdzam ten wpis, ale na pańską odpowiedzialność.
    USA drukuje pieniądze jak oszalała, a jakoś nie może się podnieść z upadku już 7 lat.
    Nie chodzi bowiem o druk pieniędzy, lecz o produkcję (prawo Say’a).
    Same pieniądze bez pracy są papierem. Zresztą kapitał, to nie tylko pieniądze.

    ukłony

  9. Mikołaj Rubeńczyk pisze:

    Stwierdzenie, że Chiny nie są uwikłane w politykę „luzowania ilościowego” jest świadectwem braku wiedzy. Nie tylko są ale i sami ją skrajnie stymulują, ot prowadzą politykę bardzo taniego kredytu, dotowania wszelkiej maści instrumentów finansowych. Czym innym to jest jak nie luzowaniem ilościowym.

  10. Fred pisze:

    Eeech, Panie Fijor, dawno nie widziałem już takiego ideologicznego betonu jak Pan. Kiedyś mieliśmy komunistów, którzy tłumaczyli nam, że komunizm nie działa bo jest za mało komunizmu w komunizmie. Teraz mamy dokładnie takich samych neoliberałów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *