Pułapka

chat-dymki
4

Ostatnie dwa lata, jak chodzi o głupie i absurdalne pomysły ekonomiczne, na pewno są wyjątkowo urodzajne. Zwłaszcza rok 2014 jest pod tym względem rekordowy, że przytoczę jedynie kilka najgłośniejsze przypadków:

– wiosną 2014 serwis Bloomberg News opublikował, rzekomo za prezeską Międzynarodowego Funduszu Walutowego. P. Christine Lagarde, termin „lowflation”, oznaczający groźny rzekomo stan gospodarki, gdy inflacja jest zbyt niska. Nowy termin spotkał się z uznaniem ekonomicznego mainstreamu, który jak wiadomo jest w znakomitej większości keynesistowski i kocha inflację;

– w głośnej na Głównej Ulicy książce Thomasa Piketty’ego, zatytułowanej „Kapitał w wieku XXI” pada ze strony autora stwierdzenie, że „nędza jest produktem kapitalizmu”. Pozostawmy je bez komentarza;

– zaś prezydent Obama zbliżył się do komunizmu, proponując, aby spłata tzw. pożyczek studenckich odbywała się zgodnie z doktryną, każdemu (rata) wedle możliwości.

Na polskim rynku niekwestionowaną palmę pierwszeństwa dzierżą ex-aequo: Jan Guz, prezes OPZZ, za pomysł wprowadzenia wysokiego podatku od wysokich dużych dochodów, i równoczesnego podniesienia płacy minimalnej powyżej średniej krajowej, oraz prof. Stanisława Gomułki, którego zdaniem wysokość zadłużenia państwa, zwłaszcza w kontekście długu publicznego, nie ma dla gospodarki żadnego znaczenia.

Jednakże, zdaniem Petera Schiffa, absolutny rekord absurdu pobił Starszy Korespondent Sieci telewizyjnej CNBC, Steve Liesman, który w komentarzu diagnozującym aktualny stan amerykańskiej gospodarki ujawnił, że podstawowym hamulcem jej słabego wzrostu jest niedolewarowanie konsumenckie, innymi słowy, amerykańscy konsumenci zaciągają zbyt mało kredytu. Swoje spostrzeżenie oparł Liesman na analizie danych historycznych, z których wynikało, że, historycznie, siła gospodarki amerykańskiej była budowana na kredycie. Oto teza Liesmana: „Konsumenta należy zachęcić do pożyczania i wydawania”.

Zważywszy, że autor tej mądrości jest Starszym Korespondentem, Schiff zastanawia się na swoim blogu, do jakich rewolucyjnych konkluzji mogliby dojść Młodsi Korespondenci CNBC. Na pewno jednak – pisze – nie chciałbym żyć w świecie opartym na tych ideach.

Gdyby Liesman miał rację, to…

Zanim przejdziemy do analizy przyczyn takiej ignorancji, pisze autor bloga, spróbujmy zastanowić się nad konsekwencjami wypowiedzi Liesmana. Starszy Korespondent uważa, zgodnie zresztą z tym, co myśli większość światowych ekonomistów, że przyczyną załamania się gospodarki jest spadek cen, a nie odwrotnie. Taka teza wyjściowa doprowadziła Liesmana do wniosku, że w tej sytuacji czynnikiem, który wyprowadzi gospodarkę ze stagnacji ekonomicznej jest zachęcenie społeczeństw do skorzystania z oszczędności innych ludzi (no, bo skądże biorą się pożyczki, jak nie z cudzych oszczędności?), pożyczenie ich i kupienie sobie za nie sweterków, jachtów, czy ciasteczek, których w aktualnych warunkach nie jesteśmy w stanie kupić. Zapomniał jednak o tym, że konsumpcja wcale nie kreuje wzrostu. Jest raczej odwrotnie; to wzrost produkcji pozwala na wzrost konsumpcji. Najpierw trzeba coś wyprodukować, żeby to coś skonsumować.

Peter Schiff, Euro Pacific Capital, USA

Zakładając nawet, że Liesman ma rację, widać wyraźnie, że kredyt konsumpcyjny ma niewielki wpływ na wzrost konsumpcji. Jeśli nawet kupimy za pożyczone pieniądze narty czy wycieczkę do Peru, to właściwie dokonaliśmy jedynie zmiany terminu naszej konsumpcji. Zamiast skonsumować narty czy wycieczkę za rok, dwa, kiedy uda nam się zgromadzić (czyli zarobić i oszczędzić) konieczne do zapłacenia za nie pieniądze, my kupujemy je dzisiaj, teraz, decydując się na kredyt. Kupujemy wiec to, co i tak byśmy kupili, zakładając, że właśnie nart i Peru potrzebujemy najbardziej, tyle że do chwili oddania długu będziemy opłacać odsetki od naszej płatności (kredytu).

Tym samym, przyszła konsumpcja odbyła się już dzisiaj. Tym samym, produkcja, potrzebna do wzrostu gospodarczego, wzrosła dzisiaj, kosztem spadku produkcji w przyszłości. Netto zarobili jedynie bankierzy, którzy liczą sobie za udzielenie kredytu.  Można ten proces porównać do transfuzji krwi – pisze Schiff – z naszego lewego ramienia do ramienia  prawego. Organizm na tym nie skorzysta, a tylko może dojść do rozlania krwi na podłogę, będzie ponadto bolało, a niekiedy może dojść do infekcji.

Iluzja wzrostu

Spróbujmy przedstawić proces kupowania na kredyt, krok po kroku.

Wiemy już, że kupując za gotówkę konsumujemy dzisiaj i dzisiaj płacimy za wszystko, co kupujemy. Konsumując na kredyt, konsumujemy dzisiaj to, co skonsumowalibyśmy w przyszłości, płacąc za to przyspieszenie opłatę, czyli odsetki. Zamiast oszczędzać dzisiaj, czyli zamiast ograniczyć konsumpcję dzisiaj i w przyszłości zapłacić za wycieczkę gotówką, która w czasie oczekiwania na konsumpcję przynosiłaby jakiś dochód np. w postaci odsetek, my pożyczamy wycieczkę dzisiaj, a zapłacimy za nią w przyszłości.

Przesunięcie terminu konsumpcji nie wpływa na wzrost, ono jedynie stwarza jego złudzenie. Prezydent Obama rozwiązuje swoje problemy, spychając je na barki swego następcy, czy nie daj Boże, następczyni. Pan Tusk na kolejnych premierów…

W przeciwieństwie do kredytu biznesowego, który się samolikwiduje (biznes pożycza, żeby inwestować, zwiększa dochód, zdobywając w ten sposób więcej środków (zyski) których używa na spłatę kredytu), kredyt konsumpcyjny, o jakim pisze Liesman, Gomółka, Krugman i tysiące innych ekonomistów opacznie rozumiejących strukturę produkcji, w żaden sposób nie pomaga dłużnikowi w spłacie długu. Czy to, że kupimy teraz coś, na co nas dzisiaj nie stać, pomoże nam spłacić w przyszłości dług zaciągnięty (obecnie) na tę konsumpcję? Jasne, że nie! Tym bardziej, że za kredyt musimy zapłacić odsetki, co tylko podroży naszą wycieczkę czy narty. Jak chodzi o ścisłość, ta transakcja “terminowa” nie tylko nie doprowadzi do wzrostu gospodarczego, lecz go wręcz obniży. Tym samym obniży przyszłą konsumpcję (chociażby o te odsetki) bardziej niż podniosła konsumpcję dzisiaj.

A tak naprawdę…

co stwierdził już w 1912 roku m.in. Ludwig von Mises, pożyczanie pieniędzy na bieżącą konsumpcję jest najgorszym z możliwych sposobów wykorzystania puli kapitału, jaka jest w posiadaniu społecznym. Schiff opisuje ten proces w swej kapitalnej książce („Jak gospodarka rośnie i dlaczego niekiedy upada”) następująco: oszczędności tworzą kapitał i inwestycje, które prowadzą do wzrostu produkcji. Z chwilą, gdy produkcja rośnie, dóbr i usług przybywa, a to wpływa na podniesienie się poziomu życia. Kredyt konsumpcyjny, czyli właśnie te pożyczki na kupno nart, wycieczkę zagraniczną, futro czy quada zaburza ten proces. Pieniądze pożyczone przez konsumentów nie mogą być pożyczone przez inwestorów, czyli do użytku zmierzającego do wzrostu produkcji. Konsumpcja ogranicza w tym przypadku inwestowanie, produkcję i przyszłą konsumpcję.

Liesman – dodaje Schiff – myli się także co do historycznych fundamentów potęgi gospodarczej Ameryki. Być może zaskoczy go wiadomość, że kredyt konsumpcyjny był w Stanach Zjednoczonych praktycznie do drugiej połowy XX wieku prawie że nieznany. Przez blisko dwa wieku Amerykanie albo nie chcieli, albo nie mogli kupować na kredyt. Za swoją konsumpcję płacili w zasadzie wyłącznie gotówką. Nawet za samochody. W gospodarce dominował wówczas system “odkładania pieniędzy”  (lay away) na wydatki celowe. Ludzie składali w sklepie czy w banku co tydzień czy rzadziej swoje oszczędności tak długo, aż uzbierali tyle, ile było im potrzebne. Dopiero wtedy kupowali. Nie był to na pewno system  kredytowy. Ja bym powiedział, że , coś dokładnie przeciwnego.

Karty kredytowe, symbol utracjuszostwa stały się popularne dopiero w latach 1970.

Groźba, albo może świadomość nadejścia “czarnej godziny”, a wraz z nią gospodarne zabezpieczanie się na gorsze czasy była znacznie powszechniejsza, niż karta kredytowa czy pożyczka bankowa.

Dlaczego to się zmieniło? Dlaczego dzisiaj ludzie zamiast oszczędzać wolą pożyczać?

To proste, niegdyś stopa odsetek płaconych od depozytów była wielokrotnie wyższa niż obecnie. Kto zdecyduje się oszczędzać, wiedząc, że za rok powstrzymania się od konsumpcji, za „cierpienia” związane z odłożeniem kupna wymarzonych nart o rok, dostanie 0,05 procenta, albo i mniej? Prawie nikt! Zamiast wychodzić z kryzysu oszczędzając i inwestując, współcześnie guru od gospodarki (na czele z FED, z mainstreamowych mediów i  zlewicowanych wyższych uczelni) propagują wychodzenie z kryzysu na kredyt, poprzez konsumpcję za pożyczone pieniądze. Warto zauważyć, że to nie dziś, lecz w czasach kiedy kredyt był rzadkością Ameryka osiągnęła swój szczyt potęgi.

Czytajcie książki Fijorr Publishing

Tym, o co chodzi Liesmanowi, jest zachęcenie Amerykanów, aby kupowali rzeczy/dobra, na które ich nie stać. Czy tak doradza człowiek ludziom życzliwy? I to dzisiaj, kiedy niemal jednak trzecia Amerykanów nie posiada nawet 1000 dolarów oszczędności (3000 zł) na stare lata? Myślę, że pod tym względem nawet biedni Polacy są w lepszej sytuacji.

Problem chorobliwego braku oszczędności przez 34 procent populacji jest w USA dobrze znany. Niedawno ta sama CNBC mówiła o nim z zatroskaniem i niepokojem. Czy Liesman tego nie wie? Czy w związku z tym nie uważa, że ludzie pozbawieni jakichkolwiek oszczędności nie powinni brać na siebie dodatkowy dług? Czy jego zdaniem, tworzenie coraz liczniejszej grupy zbankrutowanych emerytów jest w stanie kiedykolwiek doprowadzić Amerykę do prosperity?

Wbrew głupiemu pomysłowi Liesmana, to nie kredyt, lecz oszczędności doprowadziły Stany Zjednoczone do bogactwa I potęgi. Tym, w czym Amerykanie przez prawie dwa wieki swej burzliwej historii byli dobrzy, nie była rozrzutność i nadmierna konsumpcja, lecz gospodarność i oszczędności. Wzrost produkcji I rozwój gospodarczy tworzone są nie przez kredyt, lecz przez oszczędności i inwestycje. Tylko w ten sposób można podnieść standard życia.  Niestety, nie dość, że na drodze do prosperity stawia się ludziom pułapki w postaci polityki zerowej stropy procentowej FED (ZIRP) oraz łatwej dostępności kredytu konsumpcyjnego, na każdym kroku napotkać można Starszych Mędrców, którzy nas do tego zachęcają – przez głupotę, czy z powodu cynizmy? Nie ma znaczenia. Na wszelki wypadek czytajcie książki Fijorr Publishing, żeby się na tych fałszywych proroków nie nabrać.

Opracował: Jan M Fijor

www.fijor.com

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Marcin Tarczyński pisze:

    Witam Panie Janie,
    Oczywistym faktem jest, że branie kredytów konsumpcyjnych to głupota i nie ma co z tym dyskutować. Zgadzam się z większością pana tekstu, aczkolwiek mam pewne wątpliwości co do tego fragmentu: „(no, bo skądże biorą się pożyczki, jak nie z cudzych oszczędności?)”

    Pisze pan, że kredyt bierze się z oszczędności, ale przecież w dzisiejszym systemie bankowym, wcale tak nie jest. Bank, jeśli ma klienta chętnego na kredyt, i udzielnie kredytu mieści w polityce ryzyka kredytowego, to udzieli tego kredytu, nawet, jeśli nie ma do tego odpowiedniego zabezpieczenia w postaci depozytów. Bank komercyjny zwyczajnie pożyczy pieniądze z banku centralnego (zwiększy rezerwy) i stworzy, udzielając kredytu, nowy depozyt w innym banku. A zatem dzisiejsza bankowość działa odwrotnie, niż uważa większość ludzi, tzn. najpierw udzielany jest kredyt, który od razu staje się depozytem. Polecam czytelnikom Pana bloga opracowanie Banku Anglii: Money creation in the modern economy oraz tekst Detleva Schlichtera na ten sam temat.

    Pozdrawiam

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Jak by się pan wczytał w naszego bloga głębiej, to by pan zauważył, że jesteśmy wrogami kreacji pieniądza z powietrza. ,To własnie manipulacje tego typu doprowadziły do kryzysów 2000 i 2007, ale wcześniej też. Dopóki nie było banku centralnego i był standard złota, taka polityka nie była możliwa. Pragniemy te mechanizmy ograniczające podaż przywrócić, choć zdajemy sobie sprawę, że nie jest dzisiaj łatwe. Dużo na ten temat pisze David Stockman w Wielkiej deformacji.

    Ukłony

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Do Detleva Schlichtera – on także jest przeciwnikiem tak wykreowanego pieniądza, Kredyt z zasady ma pochodzić z oszczędności, a kreacja pieniądza umożliwiona przez fractional reserve banking system .w odniesieniu do depozytów na żądanie jest oszustwem. Tak uważam ja i p. Schlichter chyba także.
    Ma pan o tyle rację, że tak (kreacja) się dzisiaj dzieje.

    Ukłony

  4. Marcin Tarczyński pisze:

    Znam oczywiscie poglądy austriackich ekonomistów, z którymi sie pan utożsamia, na temat pieniadza. Również jestem przeciwko tworzeniu kredytow z powietrza. Chyba jednak przyzna Pan, ze obecnie szanse na powrót do standardu złota są bliskie zera. Amerykanie nie posiadają praktycznie żadnych rezerw. Zapewne slyszal Pan, ze gdy jakiś czas temu Niemcy zażądali od USA pokazania zdeponowanego w Stanach niemieckiego zlota, Amerykanie powiedzieli ze nie ma takiej możliwości, a zloto trafi do Niemców za 7 (!) lat. Dzisiaj, standard zlota najbardziej udezylby wlasnie w USA, dlatego nie sadze by na to pozwolili. Nalezy mieć na uwadze, ze Stany dysponują potężniejsza armia, niż 10 nastepnych mocarstw razem wziętych. Gdy Hussain chcial przestac otrzymywać dolary za rope, natychmiast amerykanie udali sie szerzyć demokrację. Gdy Kadaffi chcial wprowadzić zlotego dinara, z przyjaciela natychmiast stal sie wrogiem nr 1. Dopoki wiec stany maja tak wielka przewage militarną, szans na link ze zlotem praktycznie nie ma. To rzecz jasna nie zmienia faktu, ze idea jest sluszna, i wielkie dzięki takim ludziom, jak Pan, którzy krzewią tak niepopularne, lecz sluszne idee. Jedyna nadzieja w Chinczykach, którzy od 2009 roku przestali raportowac ilosc zlota, jaka posiadają, a z różnych źródeł wiadomo ze od tego czasu skupuja wszelkie możliwe ilości zlota fizycznego.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *