Kapitalizm tak, wypaczenia nie

chat-dymki
1
Autor: WITOLD GADOMSKIRecenzja ta ukazała się w Gazecie Wyborczej nr 142, wydanie z dnia 21/06/2014 Magazyn, str. 24 CZY JESTEŚCIE GOTOWI NA TAKI LIBERALIZM

W 2008 r. światu nie groziła katastrofa porównywalna z tą z lat 30. Jednak ci, którzy decydowali o finansach Ameryki, ratowali kolegów z banków inwestycyjnych i ich gigantyczne premie. A podatnikom wmówili, że ratują gospodarkę – uważa David Stockman*

WITOLD GADOMSKI

Nieuważny czytelnik książki Davida Stockmana „Wielka deformacja” może ją zaliczyć do popularnego w ostatnich latach nurtu krytyki neoliberalizmu. Z wieloma tezami książki zgodziliby się aktywiści ruchu Okupuj Wall Street. Gdyby przeczytali pracę Stockmana w całości, zjeżyłby im się włos na głowie. Autor nie krytykuje kapitalizmu, lecz „kapitalizm kolesiów”, którego źródłem jest według niego ingerencja państwa w gospodarkę. Krytykuje bliskie sercu lewicowców wysokie wydatki budżetu, pobudzanie koniunktury przez zwiększanie deficytu i świadczenia socjalne wprowadzone za prezydentury Johnsona w latach 60. Ze wstrętem odrzuca keynesizm i majsterkowanie polityków przy gospodarce za czasów Franklina Roosevelta. Krytykuje Miltona Friedmana i Alana Greenspana, a nawet prezydenta Ronalda Reagana – nie za ich przywiązanie do wolnego rynku, lecz za to, że się zasadom wolnego rynku sprzeniewierzyli. Chce, by kapitalizm wrócił do korzeni – wolnej konkurencji, w której są zwycięzcy i przegrani, a za błędy w biznesie cenę płaci ten, kto je popełnił, a nie państwo, czyli podatnicy.

Recenzenci, którzy omawiali książkę Stockmana w USA, zachowywali do niej dystans, ale nie wchodzili w polemikę. Książka jest niewygodna dla wielu ekonomistów głównego nurtu – od keynesistów do zwolenników Miltona Friedmana.

pobrane (1)

W ekipie Reagana

W 1981 r. 35-letni Stockman został dyrektorem Biura Zarządzania i Budżetu w administracji prezydenta Ronalda Reagana. Odszedł sam, protestując przeciwko polityce gospodarczej administracji Reagana, która do dziś jest przez większość wolnorynkowców uważana za sukces. Był jednym z najważniejszych doradców prezydenta w sprawach ekonomicznych, choć nie miał tytułu PhD prestiżowej uczelni, co dziś jest warunkiem sine qua non wysokich stanowisk w administracji gospodarczej USA. Miał za sobą krótki epizod działalności politycznej. W 1977 r. został członkiem Izby Reprezentantów USA z ramienia Partii Republikańskiej. Jego błyskotliwe wystąpienia w Kongresie, podczas których krytykował politykę gospodarczą demokraty Jimmy’ego Cartera, zwróciły na niego uwagę bossów Partii Republikańskiej. Ważną rolę w kształtowaniu amerykańskiej polityki gospodarczej odgrywa sekretarz skarbu. W administracji Reagana był nim Donald Regan, a potem James Baker. Stockman prezydenta oszczędza, ale jego współpracowników ocenia nisko.

„Jim Baker, pochodzący z Houston w stanie Teksas, nie miał żadnych poglądów na temat inflacji i pieniądza, zdecydowanie skłaniał się jednak do opinii, że zadanie Rezerwy Federalnej USA polega przede wszystkim na pobudzaniu gospodarki niskimi stopami procentowymi”.

Prezydent Reagan nie znał się na ekonomii, choć był instynktownym zwolennikiem wolnego rynku. Nie ufał biurokracji „wielkiego rządu”. Jego ulubionym powiedzeniem było: „Jakie jest dziewięć najstraszniejszych słów? Jestem z rządu i jestem po to, by pomagać”. Uważał, że rząd w najlepszym razie może gospodarce nie szkodzić. Ale zdaniem Stockmana jego otoczenie pod pozorem usuwania przeszkód dla przedsiębiorców załatwiało polityczne interesy i wpływ instytucji państwowych na gospodarkę wcale się nie zmniejszał.

W okresie prezydentury Reagana popularna stała się tzw. szkoła podaży. Według niej polityka gospodarcza ma się skupiać raczej na produkcji (podaży), a nie na sile nabywczej (popycie). Aby pobudzać podaż, trzeba obniżać podatki. Triumfy święciło prawo Laffera – obniżenie podatków prowadzi do wzrostu podaży i wpływy podatkowe państwa rosną. Nie było to założenie błędne. W latach 1980-88 wpływy federalnego budżetu wzrosły o 75 proc. mimo cięć podatkowych. Kłopot w tym, że w tym samym czasie federalne wydatki wzrosły o 80 proc., a deficyt budżetowy, który w roku 1980 wynosił 73,8 mld dol., urósł w ostatnim roku rządów Reagana do 155 mld dol., a dług publiczny – z niespełna 1 bln dol. do 2,6 bln.

Reagan wbrew zapowiedziom nie obciął wydatków socjalnych, za jego kadencji wzrosły one niemal dwukrotnie, wydatki wojskowe zwiększyły się ponaddwukrotnie, zasilając kasy wielkich korporacji, których Stockman nie znosi. „Cięcie podatków tak drogie »szkole podaży« zmieniło się w Keynesowskie opium dla klas bogatych” – pisze. Obniżki podatków pozwalały przedsiębiorcom szybciej się rozwijać, ale zostawiały w kieszeniach Amerykanów więcej dolarów, a zatem były Keynesowską metodą sterowania gospodarką.

Stockmana nie zachwyca szybki wzrost gospodarki amerykańskiej w latach 80. i opanowanie inflacji. Jest zdania, że Reagan, a przede wszystkim jego doradcy ekonomiczni sprzeniewierzyli się konserwatywnym poglądom gospodarczym, jakie głosili. Zwiększyli zadłużenie i kontynuowali psucie pieniądza przez Rezerwę Federalną.

„Skutkiem rewolucji Reagana nie były bynajmniej dwie dekady solidnego wzrostu gospodarki wolnego rynku, lecz dwa epizody polityki kolosalnego etatystycznego pobudzenia wzrostu, które wyczerpały siłę sprawczą na przełomie wieków. Pierwszy epizod sponsorowanej przez Waszyngton prosperity to wynik ogromnych deficytów Reagana, drugi to efekt polityki drukowania pieniądza i wspierania Wall Street przez Fed Alana Greenspana w latach 90.” – twierdzi autor.

Zbrodnia w Camp David

Autorem katastrofalnej decyzji, która ostatecznie doprowadziła do wybuchu światowego kryzysu finansowego w roku 2008, był jednak zdaniem Stockmana nie Ronald Reagan, ale prezydent Richard Nixon, bardzo sprawny w polityce międzynarodowej i dość bezwzględny w polityce wewnętrznej.

Jesienią w 1970 roku miały miejsce wybory do Kongresu, w których Partia Republikańska straciła dziewięć miejsc w Izbie Reprezentantów. Nixon był wściekły. Obawiał się porażki w wyborach w roku 1972. Nawiasem mówiąc, zupełnie niesłusznie. Wygrał, uzyskując rekordową przewagę nad kandydatem Demokratów.

Najbliżsi ludzie prezydenta – szef zespołu Białego Domu Robert Haldeman i doradca ds. polityki wewnętrznej John Ehrlichman (obaj skazani później za aferę Watergate) – wiedzieli, jakie są oczekiwania prezydenta. Haldeman zanotował w swoim dzienniku: „Prezydent wciąż zatroskany o 72 rok. Nie można ryzykować spadku bez względu na wielkość inflacji”. Ehrlichman ujął to precyzyjniej: „Na początku lipca 1972 roku konieczny jest boom w gospodarce”.

Biały Dom przygotowywał się do zalania gospodarki amerykańskiej falą kredytów stymulowanych przez Fed. Pretekstem była niewielka recesja trwająca od grudnia 1969 do listopada 1970 roku. Gospodarka gwałtownie przyspieszyła – w wyborczym roku 1972 wzrosła aż o 5,3 proc.

Cena krótkotrwałego sukcesu była ogromna. W połowie 1971 roku zaczęły się pojawiać dowody, że gospodarce Stanów Zjednoczonych zagraża ostra spirala inflacji. Ceny ścigały się z płacami.

Prezesem Rezerwy Federalnej był mianowany przez Nixona Arthur Burns, który opierał się nakręcaniu koniunktury przez obniżki stóp procentowych. „Szef Fed musi mocno dostać w szczękę” – polecił Nixon Ehrlichmanowi, a ten po kilku dniach raportował: „Opieprzyłem go jak nigdy”.

Zwolennikiem superniskich stóp był sekretarz skarbu John Connally, który w swej karierze był i demokratą, i republikaninem, gubernatorem Teksasu (został ciężko ranny, gdy jechał razem z Kennedym 22 listopada 1963 roku w Dallas) i sekretarzem ds. marynarki. Polityka gospodarcza była dla niego instrumentem wygrywania wyborów.

Rozkręcaniu koniunktury przez wydatki budżetu i niskie stopy procentowe przeszkadzał jeden fakt. Światowy system monetarny stworzony po II wojnie światowej, zwany systemem z Bretton Woods, miał kształt odwróconej piramidy, która opierała się na wiarygodności dolara wymienialnego na złoto. Jednym z autorów systemu w Bretton Woods był John Maynard Keynes.

Wprawdzie zasada wymienialności była już mocno nadwątlona przez dwie wojny światowe i eksperymenty gospodarcze w latach 30. XX wieku, ale formalnie dolar miał stały kurs wobec złota (od 1934 roku było to 35 dol. za uncję kruszcu). Kraj, który trzymał rezerwy w dolarach, mógł zażądać ich wymiany na złoto. Kursy innych walut miały stałą wartość w stosunku do dolara. System ten, trwający przez 25 powojennych lat, sprzyjał handlowi światowemu i zapewniał względną równowagę. Jeśli jakiś kraj miał ujemne saldo w handlu, jego rezerwy walutowe (dolarowe) kurczyły się i rząd oraz bank centralny otrzymywały sygnał alarmowy, że coś jest nie w porządku. Nie był to system tak stabilny jak przed 1914 rokiem, gdy wszystkie główne waluty były wymienialne na złoto, ale jeszcze jako tako działał. Pod warunkiem że Stany Zjednoczone będą osiągały stabilną nadwyżkę w handlu zagranicznym.

Jednak najpierw wojna w Wietnamie, a następnie podkręcanie koniunktury przez administrację Nixona doprowadziły do tego, że zasoby kruszcu w Systemie Rezerwy Federalnej topniały. W 1966 roku oficjalne zagraniczne zobowiązania dolarowe USA przekroczyły zasoby złota trzymane w skarbcach Fed. Do 1970 roku luka nie była duża, ale w 1971 roku zobowiązania dwukrotnie przewyższały złote rezerwy. Sytuacja ta stawała się coraz bardziej alarmująca dla wszystkich właścicieli dolarów, gdyż oznaczała, że Stany Zjednoczone wysyłają za granicę coraz większe ilości dolarów celem finansowania swojego imperium i konsumpcji. Wcześniej Amerykanie tłumaczyli, że dolar jest równie dobry jak złoto, więc… po co go wymieniać na złoto. Ale na skutek polityki Nixona tej fikcji już nie dało się utrzymać.

Zdaniem Stockmana Nixon miał do wyboru albo zdecydowanie zaostrzyć politykę pieniężną i budżetową – co prawdopodobnie doprowadziłoby do recesji, a być może też do przegranych wyborów w 1972 roku – albo ogłosić zawieszenie wymienialności dolarów na złoto. Wybrał to drugie, niszcząc światowy ład monetarny, który Amerykanie zbudowali w 1944 roku w Bretton Woods.

Decyzję podjętą podczas weekendu 15 sierpnia 1971 roku w Camp David Stockman nazywa zbrodnią, która zapoczątkowała światowy chaos na rynkach finansowych.

7,5 tys. dol. dla Friedmana

Jednym ze skutków nowej sytuacji było stopniowe uwolnienie kursów walutowych. Próbowano znaleźć inne rozwiązanie, co pewien czas dopasowując kursy głównych walut (marki niemieckiej, franka, funta, jena, dolara) do nowej sytuacji, ale ostatecznie zwyciężył pogląd, że kursy mają swobodnie pływać kształtowane przez rynek. Wyznawcą tego poglądu był Milton Friedman, zwolennik wolnego rynku. Stockman uważa, że niechcący (lub przez ignorancję) przyczynił się on do powstania gigantycznego światowego rynku finansowego, nad którym nikt nie był w stanie zapanować.

Dla XIX-wiecznych liberałów było oczywiste, że zdrowy pieniądz jest jednym z podstawowych warunków zdrowej gospodarki. A zdrowy pieniądz to pieniądz oparty na realnej wartości, czyli kruszcu.

Pogląd, że kursy wymiany mają kształtować się swobodnie na rynku, tylko pozornie jest liberalny. Oznacza bowiem, że ogromną władzę nad gospodarką sprawują banki centralne – instytucje w większym lub mniejszym stopniu zależne od polityków, a to znaczy, że także od grup interesów.

W 1969 roku prezesem giełdy towarowej w Chicago (Chicago Mercantile Exchange) został Leo Melamed. Na giełdzie obracano głównie towarami rolnymi – zbożem, półtuszami świńskimi, jajami, cebulą. Prowadzono także operacje terminowe (to znaczy kupujemy dziś, a dostawa będzie w umówionym czasie), trzymając się zasady, że towar, który ma być kupiony lub sprzedany, musi fizycznie istnieć. Melameda martwiły marne obroty giełdy i próbował znaleźć nowy towar, którym można by handlować.

Pewnego dnia, kiedy obroty na giełdzie były niewielkie, Melamed wślizgnął się na wykład Miltona Friedmana, którego artykuły go fascynowały. Jeden z największych autorytetów ekonomii mówił, że system stałych kursów wymiany jest zły i trzeba go zmienić.

Melamed zaproponował kilku bankom spekulację na obniżkę kursu funta, ale nie został potraktowany poważnie. Miał opinię faceta, który „handluje boczkiem”. W dodatku przy systemie stałych kursów wspartych amerykańskim złotem spekulacja przeciw innej walucie była prawie niemożliwa. Nawet jeśli na rynku kursy nieco się wahały, to gra nie była warta świeczki. Departamenty walutowe wielkich banków miały nudną pracę – w ciasnych pokojach na zapleczu.

Melamedowi udało się umówić z Friedmanem na śniadanie. Odbyło się 13 listopada 1971 roku w The Waldorf-Astoria w Nowym Jorku. Szef giełdy towarowej przedstawił pomysł rynku walutowego, na którym spekulowano by na zniżkę lub zwyżkę walut. Obawiał się, że zostanie wyśmiany, ale przyszły noblista zapalił się do pomysłu i zgodził się sporządzić notatkę popierającą go.

– Wie pan, że jestem kapitalistą i będzie to miało swoją cenę – oświadczył Friedman. Cena za opracowanie tekstu „O potrzebie kontraktów terminowych na waluty” wyniosła 7,5 tys. dol., co nawet przed 40 laty nie było sumą oszałamiającą. Melamed notatkę Friedmana traktował jak bilet wstępu do wielkiej gry. Bankierom, którzy śmiali się z „handlarza boczkiem”, pokazywał dokument, z którego czarno na białym wynikało, że popiera go wielki Friedman.

Uwolnienie kursów oznaczało także uwolnienie stóp procentowych i handel kontraktami terminowymi na stopy. Potem przyszły jeszcze bardziej skomplikowane instrumenty finansowe, a nudne działy walutowe banków zaludniły się młodymi, agresywnymi handlarzami (takimi jak Nick Leeson, który w 1995 r. doprowadził do bankructwa najstarszego banku brytyjskiego Barings).

Uwolniony przez Nixona dżin zaczął żyć własnym życiem.

Nie groziła katastrofa

Najważniejszą częścią pracy Stockmana jest analiza kryzysu finansowego. „W czasie kryzysu we wrześniu 2008 roku stare zasady kapitalizmu wolnego rynku okazały się mocno przerdzewiałe” – pisze autor. Tradycyjna doktryna dyscypliny rynku została zastąpiona doktryną „zbyt wielki, by upaść”.

Wśród ekonomistów i politycznych decydentów istniał pogląd, że upadek któregoś wielkiego gracza z Wall Street spowoduje lawinę. Dlatego warto zawiesić dyscyplinę wolnego rynku.

Autor demaskuje mity dotyczące ostatniego kryzysu.

„To nieprawda, że był wynikiem nieregulowania rynków, a Rezerwa Federalna i program ratunkowy dla banków TARP uratowały kraj przed Wielką Depresją – twierdzi. – Kryzys finansowy był konsekwencją rozdmuchania bańki spekulacyjnej przez Fed i trzeba było pozwolić, by się wypalił na korytarzach Wall Street. Zamiast tego Henry Paulson (sekretarz skarbu) i Ben Bernanke (prezes Fed) wpadli w panikę i ogłosili stan wojenny w gospodarce. Wydali departamentowi operacji otwartego rynku Fed polecenie zalania Wall Street gotówką. Odrzucili wszystkie zasady ostrożności budżetowej i wolnorynkowy kapitalizm”.

Teza stawiana przez ekonomistę jest na pierwszy rzut oka szokująca – nie groziła żadna globalna katastrofa ani głęboka depresja gospodarki amerykańskiej porównywalna z sytuacją z lat 30. Istniało natomiast prawdopodobieństwo upadku kilku banków, które zajmowały się spekulacją skomplikowanymi instrumentami finansowymi niemającymi żadnego związku z realną gospodarką. Banki Ulicy Głównej (Main Street – przeciwieństwo Wall Street jest symbolicznym określeniem zwykłych Amerykanów) według Stockmana nie były zagrożone.

pobrane (2)

Autor przytacza dość wiarygodne dowody na poparcie swych tez. Instrumentami finansowymi, które zapoczątkowały katastrofę, były tzw. obligacje MBO, których gwarancją były nieregularne kredyty hipoteczne. Wielkie banki Wall Street wcześniej wykupywały od mniejszych banków obsługujących rodziny amerykańskie i małe firmy ich kredyty, by łączyć je, dzielić i sprzedawać w formie MBO. Dzięki temu setki mniejszych banków istotnych dla Amerykanów z Ulicy Głównej miały zdrowe finanse – pozbyły się wcześniej zagrożonych kredytów.

Nigdy nie przedstawiono żadnego dowodu na to, że groziło bankructwo największej amerykańskiej korporacji ubezpieczeniowej AIG. Według Stockmana zbankrutowałyby niektóre zależne od niej spółki, ale polisy Amerykanów wykupione w AIG nie były ani przez moment zagrożone.

Nie była zagrożona korporacja General Electric, której bank GE Capital otrzymał pomoc w ramach programu ratunkowego TARP. Miała ogromny majątek i gdyby sprzedała jego ułamek, strata GE Capital poniesiona na spekulacji zostałaby pokryta.

10 miliardów dolarów „pomocy” przed rzekomą zagładą trafiło do Goldman Sachs, który niewiele później, w nowym roku finansowym zaczynającym się zaledwie trzy miesiące od tej chwili, miał 29 miliardów nadwyżki finansowej, z czego 16 miliardów poszło na płace i bonusy, przy 13 miliardach zakwalifikowanych jako zysk netto.

Panika decydentów waszyngtońskich zdaniem Stockmana wynikała z dwu przyczyn. Po pierwsze, z ignorancji Paulsona, Bernankego i ich doradców, którzy błędnie uznali, że sytuacja jest analogiczna do tej z października 1929 roku, gdy załamanie się giełdy nowojorskiej zapoczątkowało wielki kryzys. A była zupełnie inna.

Po drugie, z powiązań personalnych. Ci, którzy decydowali o finansach Ameryki, byli wcześniej pracownikami wielkich banków inwestycyjnych. Ratowali swoich kolegów i ich gigantyczne premie kosztem amerykańskich podatników, wmawiając, że ratują gospodarkę.

Nie jesteśmy w stanie ocenić wiarygodności tych tez, ale w prasie amerykańskiej nie spotkałem polemiki z nimi. Są niewygodne i dla keynesistów, takich jak Paul Krugman, i dla zwolenników rozwiązań wolnorynkowych, którzy zgodzili się na to, by we wrześniu 2008 roku zasady te zawiesić.

———-

*DAVID STOCKMAN – ur. w 1945 r., ekonomista i były polityk republikański w Stanach Zjednoczonych. W 1985 r., po odejściu z rządu, pracował w firmach na Wall Street. Potem wraz z partnerami założył firmę inwestującą w kontrolne pakiety akcji różnych spółek. W 2007 r. został oskarżony przez prokuratorów federalnych o manipulacje akcjami i celowe doprowadzenie pewnej spółki do upadłości (prokurator wycofał się z zarzutów w 2009 r.). Prowadzi internetową stronę davidstockmanscontracorner.com

Książka „Wielka deformacja, czyli jak skorumpowano amerykański kapitalizm” właśnie ukazała się w Polsce w przekładzie Jerzego Strzeleckiego, nakładem Fijorr Publishing

———-

Zapowiadana rozmowa z Andrzejem Tańskim, ministrem rolnictwa w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, ukaże się w „Magazynie Świątecznym” za tydzień. Przepraszamy

Lista tych, którzy zdaniem Davida Stockmana sprzeniewierzyli się zasadom liberalizmu i doprowadzili do kryzysu w 2008 r., jest długa. Na zdjęciach: Milton Friedman (1), Richard Nixon (2), Ronald Reagan (3), Henry Paulson (4) i Ben Bernanke (5)

[autor fot./rys] CH. E. KNOBLOCK/AP, AP, B. THUMMA/AP, P. MARTINEZ MONSIVAIS/AP, M. BALCE CENETA/AP

RP-DGW

Tekst pochodzi z Internetowego Archiwum Gazety Wyborczej Gazety Wyborczej . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez odrębnej zgody Wydawcy zabronione.
© Archiwum GW 1998,2002,2004

Dół formularza

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Krystian pisze:

    Bardzo ciekawy wpis.
    Dzięki Johnny za to co robisz !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *