Japonia: cudów nie ma…i nie będzie

chat-dymki
0

Autor wpisu: David Stockman

Pamiętam jak dziś, gdy mniej więcej na początku 1981 roku, w czasach kiedy Biały Dom pod wodzą Ronalda Reagana przygotowywał swój radykalny plan fiskalny – nazwany przez marszałka senatu, Howarda Bakera: rzecznym kasynem – odwiedziła nas delegacja wysokiego szczebla japońskiego ministerstwa finansów. Nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że dostojnicy ci byli zaszokowani planem wprowadzenia trzydziestoprocentowych cięć podatkowych z równoczesnym podwojeniem budżetu militarnego i nadzieją na zrównoważenie budżetu, co miało być skutkiem niemal natychmiastowego wzrostu ekonomicznego i zasadniczych cięć w wydatkach publicznych.

Panowie z tokijskiego ministerstwa finansów obawiali się najgorszego, a więc – delikatnie mówiąc – tego, że wzrost gospodarczy będzie niewystarczający do sfinansowania gigantycznych wydatków zbrojeniowych, przy równoczesnej redukcji stóp podatkowych. I to nawet mimo wprowadzonych do planu cięć w wydatkach publicznych. W takiej sytuacji doszłoby do kolosalnego, niespotykanego w warunkach pokojowych deficytu budżetowego, który mógłby pogrążyć w kryzysie całą gospodarkę światową.

Nie ulega kwestii, że obawy tych panów były całkiem zrozumiałe, I to nie dlatego, że byli oni jakimiś jasnowidzami. W tamtych czasach, po prostu, system fiskalny był – opartym na rzetelności i prawości – zobowiązaniem ze strony rządzącej większości republikańskiej oraz jej konserwatywnych odpowiedników zagranicą, szczególnie przestrzeganym w Japonii  szczególnie. Wszyscy oni wiedzieli, że nie ma czegoś takiego jak free lunch. Najlepszy dowód, że prowadzona przez rząd odbudowa kraju ze zniszczeń wojennych, mimo pochłonięcia ogromnych kosztów, nie przekraczała w 1980 roku 50 procent PKB.

Tak było kiedyś. Dzisiaj japoński dług publiczny jest pięciokrotnie większy, stanowiąc ponad 250 procent PKB. Takiego zadłużenia nie notuje żadna z gospodarek krajów rozwiniętych. Jest to wydarzenie bez precedensu w pokojowych dziejach ludzkości.

Od tamtych czasów zmieniło się wiele. Japonia wchłonięta została przez chorobę Keynesowskiego stymulowania gospodarki. Przyjmując za prawdę twierdzenie, iż jedynym sposobem przeciwdziałania skutkom spowolnienia gospodarczego, jakie wystąpiły w Kraju Kwitnącej Wiśni we wczesnych latach 1990. i powrotu do prosperity cudu gospodarczego z okresu po zakończeniu II wojny światowej, jest pożyczanie i drukowanie pieniędzy.

      W ciągu zaledwie jednego pokolenia Japończycy wyzbyli się przezorności, rzetelności prawości fiskalnej z której wręcz słynęli w latach poprzedzających ostatni kryzys. Nie ulega wątpliwości, że znaleźli się dzisiaj w ślepej uliczce, z której wyjść nie sposób, wpadając w . finansową przepaść, której szanujący prawość i przezorność fiskalną członkowie wspomnianej powyżej delegacji z lutego 1981 roku nie byli w stanie nawet sobie wyobrazić.

obraz1

Wspinająca się na powyższym wykresie ostro w górę krzywa zadłużenia wskazuje, że w drodze do Keynesowskiej śmierci Japonia nie przeżyła żadnego cudu gospodarczego. Cały powojenny boom i prosperity, w czasie których kraj ten wydobywał się ze zgliszcz zniszczeń wojennych nie były efektem cudu gospodarczego i wzrostu, lecz trwających trzy dekady kolosalnych wydatków publicznych i inwestycji prywatnych, a także polityki daleko idącego  merkantylistycznego rozwoju przemysłowego oraz promocji eksportu. O ile inwestycje, tak publiczne, jak i prywatne finansowane były z nadzwyczaj wysokich oszczędności ludności, o tyle te ostatnie były napędzane polityką otwartego, żeby nie powiedzieć bezczelnego, protekcjonizmu, ograniczeń w imporcie oraz interwencji monetarnych, które prowadzały do systematycznego zaniżania kursu jena poniżej jego prawdziwej wartości ekonomicznej.

Nie trudno więc zauważyć, że ostrze japońskiego cudu gospodarczego było dość tępe. Do połowy lat 80. XX wieku sektor dóbr produkcyjnych oraz eksportu były w Japonii gigantycznie i przesadnie rozbudowane. Oznaczało to, że spadek dwucyfrowego tempa wzrostu gospodarczego, jak chodzi o inwestycje w środki trwałe, co było motorem napędowym tamtejszej dynamiki PKB, był tylko kwestią czasu. To samo odnosiło się do polityki zaniżania kursu jena, która prędzej czy później musiała doprowadzić do eksplozji protekcjonizmu w…Waszyngtonie. Oznaczała ona silne odwrócenie się, niedowartościowanego kursu jena w stosunku do dolara.

Tak się dokładnie stało już w połowie roku 1985, kiedy w Białym Domu nastał nowy szeryf Departamentu Skarbu. Został nim James Baker, przedstawiciel Teksaskiej Szkoły ekonomicznej “Najpierw Ameryka”, który nie zawahał się osłabić, napędzany eksportem japoński boom, co nastąpiło w ramach tzw. Plaza Accord[1] we wrześniu 1985 roku. Pod presją i batutą Bakera odbyła się globalna krucjata, której celem było kupowanie jena przez banki centralne, co doprowadziło do silnej zwyżki waluty japońskiej z poziomu ok. 260 jenów za dolara, do 130 jenów za dolara w ciągu zaledwie kilku lat.

Na swoje nieszczęście, Japończycy nie wykorzystali tego brutalnego ataku na swą merkantylistyczną[2] gospodarkę do jej zbilansowania i do zreformowania swego modelu rozwoju. Zamiast tego, rząd w Tokio zaczął Keynesowską politykę stymulowania gospodarki, wspinania się po krzywej zadłużania (patrz: wykres powyżej) oraz jej finansjeryzacji[3], co w ciągu ostatnich 30 lat doprowadziło do korozji powojennego fundamentu gospodarczego Japonii.

W pierwszej fazie, bank centralny, Bank of Japan, obciął na początku 1986 roku stopy procentowe, co miało – zdaniem bankierów centralnych – stymulować ekspansję japońskiej gospodarki. Takie pociągnięcie byłoby zrozumiałe, gdyby Japonia cierpiała na zbyt wysoki koszt kapitału lub niewystarczającą bazę przemysłową. Jednakże problemem Kraju Kwitnącej Wiśni był ogromny nadmiar środków ulokowanych w przemyśle stalowym, samochodowym, maszynowym, elektronicznym i wielu innych. Japonia taniego kapitału, który miałby powiększyć bazę przemysłową, nie potrzebowała. Powiem więcej, gospodarka japońska potrzebowała raczej wysokich stóp procentowych, które przyhamowałyby ekspansję produkującego głównie na eksport przemysłu. W tej sytuacji super tanie kredyty z BOJ, niepotrzebne w przemyśle, przedostały się do sektora finansowego, napędzając potężną bańkę spekulacyjną na rynku papierów wartościowych, głównie akcji i obligacji spółek przemysłowych.

W tej początkowej fazie mierzenia się z trudnościami, poprzez rosnącą górę taniego kredytu doszło do drastycznej finansjeryzacji biznesu. Zadłużenie poza sektorem finansów w stosunku do poziomu z początków lat 80. XX wieku niemal się potroiło. Ten ogromny strumień kredytu, zarówno jak chodzi o obligacje zamienne (convertible), jak i prosty dług zasiliły tzw. zeitech, czyli sektor inżynierii finansowej. Wywołało to kolosalną spekulację w sektorze nieruchomości oraz na rynku innych aktywów finansowych na niespotykaną do tej pory skalę. Dotyczyło to zwłaszcza akcji spółek należących do grupy Keiretsu, wokół których zbudowany został etatystyczny, japoński model rozwoju. Poniższy wykres pokazuje skutki tej ekspansji kredytowej. Główny indeks japońskiej giełdy w ciągu zaledwie 50 miesięcy po podpisaniu Umowy Plaza wzrósł niemal czterokrotnie.

Bańka spekulacyjna była wyjątkowo widoczna w sektorze nieruchomości. W pewnym momencie wartość ziemi w Tokio równa była wartości gruntów w całych Stanach Zjednoczonych.  W ciągu zaledwie dekady, ceny ziemi w dużych japońskich miastach wzrosły pięciokrotnie,  by w latach 90. XX wieku runąć w dół prowadząc do krachu na tym rynku. I nie ma wątpliwości, co było przyczyną tego kryzysu: bank centralny Japonii, pompując na rynek tani kredyt i przekonujący publiczność, że Japonia jest “inna”, dlatego taka polityka jest właśnie słuszna, doprowadził do wybuchu szaleństwa cenowego/zakupowego na gigantyczną skalę.

obraz2

Bańki spekulacyjne, jak to bańki, mają tendencję do spektakularnego pękania. Po pęknięciu bańki spekulacyjnej na rynku papierów wartościowych, Nikkei stracił 80 procent swojej wartości[4], nieruchomości straciły nawet więcej. Bolesna likwidacja bańki spekulacyjnej Banku Japonii w latach 1990. była zaledwie preludium tego, co nastąpiło później.  A tym, co nastąpiło w dalszej kolejności było drastyczne załamanie się wzrostu gospodarczego Japonii. Była to naturalna reakcja na urealnienie kursu wymiany jena, a także na nieuniknione zahamowanie dwucyfrowego wzrostu inwestycji w środki trwałe, który miał miejsce w okresie ekspansji z czasów boomu gospodarczego. W rezultacie, trend wzrostowy PKB Japonii spadł z dotychczasowego, w epoce boomu, w przedziale od 8 – 4 procent, do 1 procenta w latach 90. ubiegłego stulecia.

To niepożądane spowolnienie było przecież nieuniknionym skutkiem działania praw ekonomii. Japońska gospodarka była skrajnie niewydajna i wątła; na rynkach zagranicznych panowała coraz większa, coraz bardziej bezwzględna konkurencja; zagrażał jej utrzymujący się okres znacznego obniżenia inwestycji kapitałowych, oraz rynek nieruchomości zmagający się z nadmiarem niewykorzystanych przestrzeni i budowli nagromadzonych w czasach prosperity.

Niestety, mandaryni rządzący spółką Japan Inc. nie rozumieli tego, że istniejąca prosperity opiera się na pożyczonym czasie z okresu powojennego boomu. Oznaczało to, że niezrównoważona i zadłużona po uszy gospodarka, pod nieobecność mechanizmów, które wyeliminowałyby sztuczne podtrzymywanie rynku krajowego i zmusiły do odejścia od polityki protekcjonizmu w wymianie handlowej wpędzi kraj w bagno.

Niestety, w tym momencie wkradła się choroba keynesizmu, która naturalnie atakuje rządzącą LPD, partię która odpowiedzialna była za etatystyczny rozwój oparty na stworzonym przez nią w latach powojennych modelu. W czasach tych mechanizm rządzenia polegał wyłącznie na rozdawaniu elektoratowi rządzącej partii LPD zasobów budownictwa, kredytów oraz na korupcji. W tych szczęśliwych dniach oznaczało to budowę dróg i mostów do portów, z których dokonywany był eksport. Mimo swej nieskuteczności pomagały one wzrostowi produkcji, tworzyły miejsca pracy, a także zagraniczne rynki zbytu. Po tym jak w ślad za Umową Plaza bańka spekulacyjna pękła, stały się one drogami i mostami donikąd.

Zabudowując archipelag betonem, japońscy politycy i biurokraci w jednym tylko poprawili teorię Keynesa. Zamiast kopać rowy i je zasypywać, wykopywali żwir i kamienie, robiąc z nich chodniki.

Wykres poniżej ilustruje katastrofę fiskalną będącą efektem takiej polityki. W czasie dwóch dekad, jakie nastąpiły po roku 1990, japońskie wydatki rządowe wzrosły o 45 procent, podczas gdy przychody spadły o 15 – 20 procent. Skutkiem tego powstała ogromna permanentna luka, którą napędzał paraboliczny wzrost długu, jak to pokazano powyżej. Nie była to jakaś sytuacja wyjątkowa, jak widać z poniższego wykresu, rozrzutność ta trwa w najlepsze przez większość lat bieżącego stulecia. Dochody budżetowe nie wystarczają nawet na pokrycie 50 procent jego wydatków. W tej arytmetyce cudów nie ma.

obraz3

 

Zwolennicy teorii Keynesa mogą zakwestionować powyższy wykres, twierdząc, że nie dowodzi on przecież jakiegoś gwałtownego wzrostu wydatków, o który zwykle oskarżali rząd w Tokio Republikanie. I tak istotnie jest. Tempo wzrostu wydatków rządowych, począwszy od roku 1990. wynosi w Japonii “zaledwie” 3 procent rocznie. Uwaga ta niczego nie zmienia. W warunkach japońskich nie pomoże ona uporać się z drążącym gospodarkę deficytem. Szczególnie, że po 40 latach boomu, po pęknięciu bańki spekulacyjnej banku centralnego, Japonia wciąż znajduje się w szczycie swego zadłużenia. O ile w 1990 roku całkowite zadłużenie kraju (prywatne i publiczne) przekraczało 350% PKB, o tyle dzisiaj przekroczyło ono 500 %  PKB.

Przy takim poziomie nasycenia długiem, nominalne PKB utknęło na niskim poziomie jednocyfrowym, z którego może zostać wydobyte jedynie przez wybuch podażowej (supply side) i przedsiębiorczej aktywności ekonomicznej[5], na co w obecnych warunkach głęboko interwencyjnej, etatystycznej polityki obowiązującej w Japan Inc. nie ma najmniejszej szansy. Jak chodzi o ścisłość, nominalny wzrost PKB od 1990 roku wyniósł przeciętnie 1 procent rocznie, co ilustruje stagnację (a nawet kurczenia się) sił produkcyjnych i bardzo mierny wzrost wydajności.

Nie trzeba  być jasnowidzem, by zrozumieć, że jednoprocentowy wzrost dochodów pieniężnych nie pozostawia miejsca na jakąkolwiek obniżkę podatku netto, tym bardziej, nie pozwala na skurczenie japońskich wydatków publicznych, charakteryzujący okres zaraz po 1990 roku. Tym bardziej, że pod wpływem nacisków ze strony amerykańskich ekonomistów mainstreamowych i polityków, Japonia rozmontowywała swą bazę podatkową krok po kroku, aby w ten sposób stymulować inwestycje krótkoterminowe. Nominalne wpływy rządu, od prawie dwóch dekad, systematycznie spadają. Zjawisko we współczesnym świecie niespotykane.

Inaczej mówiąc, politycy rządzącej LDP wzięli na siebie zadanie budowy mostów, w czasie gdy Keynesowscy ekonomiści dostarczali fundamentu do rozmontowania bazy podatkowej. Trudno sobie wyobrazić gorszą kombinację, i większą katastrofę fiskalną.

Chyba, że będzie nią kolejny eksperyment Japan Inc., a mianowicie Abenomika, która jest azjatyckim wariantem amerykańskiego QE (poluzowania kredytowego, czyli drukowania pieniędzy – przyp. tłum.), a więc nieograniczona ekspansja monetarna. W oparciu o żałosne doświadczenia i rady Bena Bernanke oraz innych odwiedzających Kraj Kwitnącej Wiśni strażaków współczesnych szkół keynesizmu, centralny bank Japonii  padł w ramiona “mitu deflacyjnego”, i towarzyszącego mu szkodliwego przekonania, że bank centralny ma obowiązek drukowania pieniędzy tak długo, aż inflacja nie przekroczy 2 procent rocznie,  gdyż tylko w ten sposób kraj ten może uniknąć skurczenia się PKB, spadku zaagregowanego popytu, oliwiąc równocześnie tryby produkcji i wzrostu miejsc pracy w gospodarce.

Zacznijmy od tego, że ani prawdziwej, ani nawet prawdziwą przypominającej deflacji w Japonii nie ma. W ciągu ostatnich miesięcy, japoński indeks CPI (consumer price index – indeks cen konsumenckich – przyp. tłum.) stał na poziomie 100. W tym samym miejscu, w jakim się znalazł 21 lat temu, na początku 1993 roku. Jedyną deflacją, na jaką Japonia „cierpi” jest deflacja sektora finansowego: nieruchomości, akcje, prywatne kredyty. Swój szczyt osiągnęła po bańce spekulacyjnej lat 1980. Była ona w stu procentach sztuczna, niestabilna i wiązała się z ogromną deformacją rynku kapitałowego.

Mimo to, Japonia przyjęła w 1999 roku koncept ZIRP (zerowej stopy procentowej – przyp. tłum.), dokładając Keynesowskiemu bankowi centralnemu problemów z rozwiązaniem równania fiskalnego. W konsekwencji polityki zerowych stóp procentowych saldo ogólne banku centralnego (BOJ) eksplodowało z poziomu 10 procent PKB, do poziomu 50 procent PKB obecnie. Tyle bowiem kosztowała potężna monetyzacja istniejących aktywów finansowych Japonii, mająca na celu “przyszpilić” oprocentowanie funduszy rynku pieniężnego na poziomie zero procent i poprowadzić krzywą rentowności wzdłuż linii prostej (flat line).

Ta gigantyczna kuracja sterydami finansowymi nie przyniosła żadnego efektu. W okresie blisko 15 lat od momentu przyjęcia konceptu ZIRP, realny PKB Japonii kuśtyka na granicy 0,9 proc. rocznie. Wielkość ta nie różni się wiele od poziomu 0,7 proc. na jakim znalazła się dynamika PKB w pokryzysowych latach 90. XX wieku, zanim uruchomiono prasy drukarskie banku centralnego.

Jednakże ZIRP ma ogromny i niezamierzony efekt towarzyszący, który stał się przyczyną (przyspieszył ją) nieuchronnej śmierci fiskalnej Japonii. Po pierwsze, podziwiana na całym świecie, japońska skłonność do oszczędzania – dzięki której można było sfinansować powojenny boom na rynku wydatków kapitałowych – zniknęła w pyle dziejów. W ciągu dwóch minionych dekad wskaźnik oszczędności spadł z blisko 20 procent dochodu do dyspozycji do poziomu  3-4 procent, charakteryzującego rozrzutne społeczeństwo Stanów Zjednoczonych.  Z pierwszego miejsca w światowej klasyfikacji najbardziej oszczędnych narodów w latach 80. ubiegłego stulecia, Japończycy spadli na…ostatnie miejsce w świecie[6].

obraz4

 

Ten nieoczekiwany spadek stopy oszczędności okaże się szczególnie destrukcyjny dla kolonii emerytów, jaką z powodu niekorzystnej demografii, Japonia się wkrótce stanie. Stawiając czoło wieży z długu publicznego i gwałtownie kurczącemu się rynkowi pracy,  Japonia bardzo szybko skonsumuje nagromadzone oszczędności w miarę jak kolejne rzesze obywateli przejdą na emeryturę. W ciągu dekady, może dwóch takiej polityki kraj ten stanie międzynarodowym nędzarzem!

O ile w ogóle wytrzyma dwie dekady.

Innym efektem towarzyszącym polityce zerowych stop procentowych jest gigantyczne kłamstwo fiskalne. Chodzi o przekonanie, czy raczej złudzenie, że potężny deficyt budżetowy może być finansowany w nieskończoność na poziomie nominalnym bliskim zeru; że  rentowność obligacji 10.letnich na poziomie nominalnym 0,51 % trwać będzie w nieskończoność.

Pamiętajmy, że rentowność papierów wartościowych na poziomie 0,51 % jest dość bliska temu, żeby rząd pracował za darmo. Ale nawet wtedy, koszt finansowania istniejącego długo pochłonie jedną trzecią aktualnych wpływów rządu. I to jest główną przyczyną, dla której perspektywa normalizacji stóp procentowych przy wzroście zadłużenia publicznego wydają się fiskalnym koszmarem. Gdyby nawet udało się Japończykom zatrzymać bezlitosny wzrost długu publicznego, w warunkach normalizacji stóp procentowych, roczne przychody pokazane na wykresie powyżej zostałyby w całości pochłonięte przez odsetki od tego kredytu.

W ten sposób powracamy do konceptu Abenomiki[7] oraz ostatniej rundy ekspansji kredytowej (QE) w wykonaniu BOJ – szaleńczej ekspansji kredytu, która w skali będącej odpowiednikiem amerykańskiej ekspansji odpowiada tempu 250 miliardów dolarów miesięcznie. Przy takiej prędkości ekspansji, bank centralny absorbuje niemal całkowitą podaż dostępnych na rynku obligacji rządowych, w związku z czym pewnego dnia pozostawi rynek bez możliwości kupna choćby jednej obligacji. Przy tak szaleńczym tempie monetyzacji długu Bank of Japan stał się obecnie głównym graczem na rynku ETF[8] i innych produktów akcyjnych. W efekcie japoński bank centralny nie tylko prowadzi kasyno, ale sam się nim stał.

Jak dotąd osiągnął on tylko jedno. W początkowym  okresie obowiązywania Abenomiki, wszyscy „najszybsi” spekulanci na rynku  pieniężnym zainteresowali się Bank of Japan, wpływając w ciągu zaledwie paru miesięcy na wzrost indeksu Nikkei z 8000 punktów do 16000 punktów. Jednakże ta hossa już się skończyła, a jej skutki są dość żałosne, i to nawet przy założeniu, że drukowanie pieniędzy wpływa na wzrost produkcji i rodzi bogactwo.

Otóż, po ostatnim, nie bardzo udanym kwartale[9], realny poziom PKB jest tylko o 0,8 % wyższy niż poziom sprzed pięciu kwartałów, kiedy premier Abe instalował swój cudowny wehikuł wzrostu gospodarczego w BOJ. I to jest najbardziej przerażające.

Gdyby bankowi centralnemu udało się osiągnąć i utrzymać założony cel inflacyjny w wysokości 2 procent rocznie, japoński rynek obligacji rządowych rozpadłby się w całości, albo w jakiś dramatyczny sposób uległ całkowitej przecenie. Pierwszy ze scenariuszy oznacza katastrofę, i to natychmiast; drugi, wywoła taki sam skutek tyle, że po jakimś czasie, to jest z chwilą, gdy przychody budżetowe pochłonięte zostaną przez rosnące koszty finansowanie piramidy długu.

I w tym momencie dochodzimy do nieszczęsnej wymówki Keynesa, że wszystko będzie dobrze, z chwilą, gdy wzrost podatku od konsumpcji z 5 procent do 8 procent zostanie w pełni przetrawiony.

     Jednakże problem w tym, że to jest początek niekończącego się marszu w miarę wzrostu japońskiego brzemienia podatkowego, dzięki któremu będzie można zamknąć ziejącą przepaść fiskalną, pozostawioną po obecnej podwyżce podatku, aby sfinansować rosnącą kolonię emerytów.

W tej sytuacji nie ma najmniejszej możliwości, aby Abenomika doprowadziła do „prędkości ucieczki” na poziomie umożliwiającym Japonii wydostanie się z potężnej pułapki fiskalnej przy pomocy wzrostu gospodarczego. Zamiast tego, nominalny i rzeczywisty wzrost gospodarczy zostanie unieruchomiony na szczytowym poziomie długu, przy rosnącej liczbie emerytów, kurczącej się bazie podatkowej, oraz obciążeniu podatkowemu, który sięgnie nieba, albo i wyżej.

To jest właśnie przerażająca wizja społeczeństwa opanowanego przez keynesizm. Niechaj niniejsza opowieść będzie przestrogą dla wszystkich tych, którzy zapadliby na chorobę, której Japonia, na swoje nieszczęście, jest pacjentem numer zero.

David A. Stockman

www.davidstockmanscontracorner.com

Sierpień 2014.

P.S. Przy przenoszeniu tekstu wykresy…zniknęły. Postaram się wkrótce je przywrócić. Można je prześledzić  na blogu Davida Stockmana. Przypominamy, że w dniach 25-26 X 2014 odbędzie się seminarium z udziałem autora Wielkiej defomracji, która parę tygodni temu  ukazała się nakładem Fijorr Publishing.

jmf

 


[1] Plaza Accord zwana też Plaza Agrement była umową międzynarodową zawartą między Francją, RFN, Japonią, Stanami Zjednoczonymi, oraz Wielką Brytanią, w której chodziło o wywołanie deprecjacji dolara amerykańskiego w odniesieniu do japońskiego jena, oraz niemieckie marki – przyp. tłum.

[2] Gospodarka merkantylistyczna opiera się na przekonaniu, że aby jakiś kraj był bogaty, musi bogactwo zabrać innemu krajowi.

[3]  Model gospodarczy, w którym rynki kapitałowe i finansowe zaczynają dominować tradycyjne gałęzie gospodarki, takiej jak” rolnictwo, przemysł, transport etc.

[4] Dzisiaj, po blisko 30 latach od tamtej chwili, wartość indeksu Nikkei stanowi niewiele ponad 30 procent tego, co notował on w połowie lat 80. ubiegłego stulecia.

[5] Po 7 latach rządów Platformy Obywatelskiej pod wodzą Donalda Tuska, Polska coraz bardziej przypomina drugą Japonię.

[6] Warto pamiętać o wszystkich skutkach polityki stymulowania gospodarki i tworzenia przez rząd miejsc pracy zwłaszcza w kontekście nagranej „nielegalnie” rozmowy między ministrem Sienkiewiczem a prezesem NBP, Markiem Belką, w którym chodziło o nic inne, jak właśnie o zielone światło dla reform przybliżających Polskę do  konceptu Drugiej Japonii. Nomen omen Lech Wałęsa wykrakał…z tym, ze wykrakał Japonii – przyp. tłum.

[7] Termin pochodzi od nazwiska premiera Japonii Shinzo Abe, który urzęduje od grudnia 2012 roku.

[8] ETF – Exchange Traded Fund, fundusze inwestycyjny, którego jednostkami obraca się na giełdach.

[9] Mowa o II kwartale 2014 roku.

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *