Obłuda, czyli Keynesowskie robienie wody z mózgu

chat-dymki
1

Dwaj naczelnicy polskiej polityki monetarnej, minister Mateusz Szczurek oraz Prezes Marek Belka cieszą się ze spadku kursu polskiej waluty, martwiąc wzrostem jej siły nabywczej. Nie wiedzą jak jest naprawdę, czy może nas mają za osłów?

Słaby pieniądz, dobry pieniądz

Odkąd złoty poszybował w dół w stosunku do innych walut, osiągając najniższy w Europie kurs wobec euro, rząd dwoi się i troi, żeby tę ewidentną porażkę przerobić na sukces.

Prezes Belka i minister Szczurek utrzymują, a media do znudzenia za nimi powtarzają, że co prawda spadek wartości polskiego pieniądza wobec innych walut świata wywołany został wojną na Ukrainie, mimo to jest dla Polski korzystny, gdyż pomaga naszemu eksportowi. Można zatem pójść o krok dalej i stwierdzić, że wojna na Ukrainie jest dla Polski korzystna. Tym bardziej, że mniej więcej 13 lat temu, późniejszy laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, Paul Krugman twierdził, że zamach na World Trade Center z września 2001 roku pomógł gospodarce stanu Nowy Jork, gdyż dzięki niemu wzrosły obroty firm pogrzebowych, odgruzowujących teren, no a później, budowlanych. Stąd tylko o krok od domagania się, by dla dobra całej Ameryki zbombardować cały Manhattan, a kto wie, może i Nowy Jork. No, cóż, keynesiści snie cofną się przed żadną brednią.

To jasne, że przy tańszym złotym łatwiej jest spieniężyć nasz eksport, ale też zysk z tego eksportu jest niższy. Czasem w ogóle go może nie być. Co więcej, ponieważ gospodarka polska od lat doświadcza nierównowagi w obrotach handlowych z zagranicą, niestety na korzyść importu, za te same importowane surowce, maszyny, know how trzeba przy niższym kursie polskiej waluty, zapłacić więcej w złotych. Netto więc gospodarka, a zwłaszcza obywatele na słabym złotym tracą. To, z czego ci panowie się cieszą?

„Groźba” deflacji

Jeszcze większe zdziwienie wywołują lamenty obu panów w odniesieniu do deflacji, która zaczyna urastać do rozmiarów klęski żywiołowej.

O ile nie słyszałem nigdy, żeby któryś z keynesistów zająknął się kiedykolwiek na temat  groźby inflacji, o tyle każdorazowe użyciu terminu deflacja jest obowiązkowo poprzedzone złowieszczą „groźbą”. Z tonu dysputy publicznej nad sytuacją monetarną i kondycją polskiego pieniądza, której obaj panowie nadają ton wynika, że inflacja jest dobra, ponieważ dzięki spadkowi siły nabywczej złotego płacimy coraz więcej za produkty, co przekłada się na wyższe wpływy z ich sprzedaży, a więc i wyższy VAT, wyższą akcyzę, oraz inne podatki pobierane w wymiarze procentowym. Z analogicznego powodu, deflacja, która wpływa na zwiększenie siły nabywczej pieniądza, na spadek cen, a więc na zjawiska dla każdego z nas korzystne, jest zła. Mimo iż żadnej deflacji u nas nie ma, ani się na nią nie nawet zanosi, to co jest powinno zostać natychmiast zastąpione inflacją, która jak świat światem była i będzie zjawiskiem szkodliwym nie tylko dla obywateli, ale też i dla rządu.

Nie trzeba być ekspertem gospodarczym, aby zrozumieć, że poglądy pana ministra finansów oraz prezesa Narodowego Banku Polskiego sprowadzają się li tylko do poboru podatkowego, co nic dobrego nie wróży. Zbudujemy, co najwyżej, drugą Japonię w wersji opisanej obok przez Davida Stockmana. Z powodu takich ministrów, i takiego prezesa banku centralnego zaufanie do polskiego pieniądza słabnie, i to jest główny powód, dla którego złotówki mało kto pożąda. Najlepszy dowód, że w podobnych warunkach geopolitycznych, korona szwedzka czy czeska radzi sobie od złotego lepiej. Wszystkie europejskie waluty radzą sobie lepiej.

Zatwardziali keynesiści, jakimi obaj panowie są, z jednej strony upajają się danymi GUS na temat dobrego (3,4 procent w skali rocznej) tempa wzrostu PKB w I półroczu 2014, nie są w stanie przyznać, a może i zrozumieć, że gospodarka nasza rozwija się szybciej niż zakładano (3 proc.) ponieważ m.in. mamy właśnie niższą (0,4 procenta) niż zakładano (2,5 procenta), inflację[1]. Jeśli nawet inflacja na poziomie 0,4 – 0,2 procenta rocznie świadczy o tendencjach deflacyjnych, to nie tylko nie zagraża to gospodarce, lecz dodatkowo ją wzmacnia. Procesy kryzysowego dostosowywania się gospodarki[2] w warunkach deflacyjnych przebiegają szybciej i sprawniej niż w środowisku inflacji. Co więcej, inflacja jest oszustwem, deflacji oszukać sienie da.  Warto też przy okazji zwrócić uwagę, że rozwój gospodarczy nie zależy ani od wysokości stóp procentowych, ani od ceny dóbr, czy od podaży pieniądza, która w warunkach deflacji ulega skurczeniu, lecz od różnicy między ceną uzyskiwaną za produkt a kosztami jego produkcji. Pomaga w tym także poszanowanie wolności gospodarczej, przedsiębiorczość oraz kreatywność obywateli. Traktowanie ludzi wyłącznie jak dojne krowy fiskusa, obłudne wprowadzanie w błąd i robienie wody z mózgu to jest wyłącznie recepta na kryzys.

Jan M Fijor

www.fijor.com



[1] Tym samym niższe są wpływy podatkowe, czyli więcej pieniędzy pozostaje w rękach podatnika co jest dla gospodarki zawsze korzystne.

[2] Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w większość krajów Unii Europejskiej mamy do czynienia ze spowolnieniem gospodarczym, a niekiedy nawet spadkiem wzrostu.

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. ZQW pisze:

    Wiesz Janku, jak to wszystko się czyta, to mam wrażenie, że żyjemy w jakimś domu wariatów. Deflacja, była rzeczywiście problemem podczas wielkiego kryzysu. Wtedy istniał standard złota, co nie było niczym złym.
    Złym było to, że banki, by ratować własny tyłek, w wypadku tzw. runu na banki, żądały natychmiastowej spłaty kredytów od firm. Firmy stawały na głowie, by zdobyć gotówkę i spłacić pożyczki. Sprzedawały poniżej kosztów produkcji, a wynagrodzenia wypłacały w ratach. Stąd tzw. deflacja.Ludzie widząc, co się dzieje, chomikowali kasę, bo nikt nie był pewny, czy jego pracodawca w związku z brakiem płynności finansowej, nie wyśle go następnego dnia na bruk. Wszystko to potęgowało kryzys. Jak się czyta gazety tamtych czasów, a zwłaszcza z połowy 1931 roku, kiedy było apogeum kryzysu ( przez wysokie cła oraz obostrzenia w tzw. wywozie dewiz i imporcie towarów ) to nie chce się wierzyć, w to jak można głupimi decyzjami zarżnąć gospodarkę. Gazety tamtych czasów są dostępne on-line np. na stronie austriackiej biblioteki narodowej. Zresztą bardzo dobrą analizę tzw. Wielkiego Kryzysu napisał Milton Friedman w „Wolnym Wyborze”. Obecna sezonowa i de facto statystyczna deflacja nie ma nic wspólnego z załamaniem lat 30. Dzisiaj na stacji paliw kilka razy upewniałem się, czy wybrałem właściwy wąż. Cena benzyny wynosiła 5.16 . Jeszcze tydzień temu płaciłem 5.45. I dzięki tej „deflacji” zaoszczędziłem kilka złotych, więc nie dość, że zatankowałem samochód, to dałem zarobić małej gastronomii przy stacji, kupując bardziej wypasiony zestaw niż bym kupił bez tych oszczędności na „deflacji”. I tak wszyscy skorzystali. Stacja sprzedała więcej tańszego paliwa. Gastronomia wchłonęła nadwyżkę.
    A najbardziej skorzystał konsument, czyli ja. Nie dość, że lepiej zjadłem, to mogłem dodatkowo przejechać więcej kilometrów. I to wszystko za te same pieniądze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *