David Stockman w Polsce

chat-dymki
0

Epoka Stockmana

Wylądowałem na emigracji w Stanach Zjednoczonych w roku 1985, a więc pod koniec pierwszej kadencji rządów prezydenta Ronalda Reagana. Nie były to łatwe czasy, na szczęście, nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Wprawdzie wiedziałem, że początek lat 80. XX wieku, a więc nadejście ery Regana, to w USA okres głębokiego kryzysu gospodarczego, o czym polskie radio i telewizja informowały na każdym kroku, podobnie jak większość Polaków nie wierzyłem w ani jedno słowo propagandy, uważając, że wszystko to są kłamstwa służące mamieniu nas i odwracaniu uwagi od naszych problemów. Tym bardziej, że Reagan nie ukrywał, iż w walce z komuną idzie na całość i nie spocznie, dopóki nie wyzwoli świata spod okupacji bolszewickiej.

Reagan był pierwszym powojennym politykiem amerykańskim, w którego Polacy naprawdę wierzyli. Co prawda John F. Kennedy, a później Richard Nixon odgrażali się czerwonemu, a nawet dawali dowody swej niechęci wobec imperium zła, brakowało im jednak charyzmy i determinacji. To byli prezydenci, bardziej od wolności, miłujący samych siebie. Reagan kochał wolność, ludzi, i to się czuło. Co ważne, wyczuwaliśmy, że mimo buńczucznych deklaracji anty amerykańskich, czerwoni bali się Reagana. Czynnikiem, który nas, Polaków dodatkowo w tym przekonaniu umacniał był wybór biskupa krakowskiego, Karola Wojtyły, na fotel papieski.

Jak większość ludzi nad Wisłą, miałem cichą, choć bardzo słabą nadzieję, że papież razem z Reaganem coś dla Polski zrobią; papież wymodli, a Reagan wywalczy. Przez myśl mi wtedy nie przeszło, że Amerykanie wypędzą komunistów i zapanuje pełna wolność. Byłbym szczęśliwy, gdyby sowietów choć trochę osłabił. Na czas oczekiwania aż tak się stanie wyjechałem z rodziną do Stanów Zjednoczonych – częściowo z nudów, trochę dla przygody.

W Polsce w owym czasie było biednie, ale i w Ameryce nie działo się dużo lepiej.

Dwucyfrowe bezrobocie, oprocentowanie kredytów na poziomie dwudziestu kilku procent, drastyczny spadek produkcji przemysłowej nie napawały optymizmem. Tym bardziej, gdy tak jak ja, zaczynało się nowe życie w nowym kraju. Zresztą nawet sami Amerykanie na temat polityki gospodarczej Reagana nie mieli dobrego zdania. Media były krytyczne, biznes również, a mimo to nie robiło to na mnie większego wrażenia. Raz, że w porównaniu z tym, co działo się nad Wisłą, byłem w raju. Dwa, że napaści sieci telewizyjnych CBS, NBC czy ABC, czy związków zawodowych na prezydenta tłumaczyłem sobie wojną ideologiczną i zajadłością lewicy z zemsty za to, że „gwiezdne wojny” Reagana chcą zniszczyć sowietów.

Tylko tym optymizmem należy tłumaczyć fakt, że moim pierwszym poważnym amerykańskim zajęciem było pośrednictwo na rynku nieruchomości. Zdecydowałem się na ten krok powodowany irracjonalną i bezgraniczną wiarą w prezydenta Reagana. Przy dwucyfrowych odsetkach kredytów hipotecznych musiała to być wiara naprawdę głęboka. Rynek nieruchomości był niemal martwy. W Chicago upadło 80 procent agencji pośrednictwa, wraz z nimi spadały ceny domów. Jesienią 1985 roku, kiedy zostałem licencjonowanym pośrednikiem od nieruchomości, ceny domów były niższe niż 7 – 8 lat wcześniej, a przecież uczono nas na kursie licencyjnym, że cena nieruchomości ma tylko jedną tendencję: wzrostową. Ziemi przecież nie przybywa, a ludzi tak.

W mojej agencji chętnych do kupna, a więc i sprzedaży nieruchomości nie przybywało. Zacząłem się niecierpliwić. Pracowałem tylko za prowizję. Ze swoimi wątpliwościami zwróciłem się do właściciela agencji.

– Jak w takich warunkach przeżyć, nie mówiąc już o American Dream? – spytałem.

– Twoja praca – wyjaśnił mi przełożony – polega na motywowaniu, a właściwie na namawianiu ludzi, by kupili lub sprzedali swój dom, gdyż w ten sposób zarówno on, jak i ja zarabiamy pieniądze.

– Ale jak przekonać kogoś, żeby zaciągnął kredyt na 21 proc., czy sprzedał dom po cenie niższej o 25 procent od tej, którą za ten dom zapłacił kilka lat temu? – kontynuowałem.

– To bardzo proste! – powiedział – mów im, że gdzieś przecież muszą mieszkać.

Zarówno on, jak i ja wiedzieliśmy, że taki argument niewielu przekona. Na wszelki wypadek, żeby mi rodzina z głodu nie pomarła, nająłem się jako barman w jednej z chicagowskich restauracji, później też sprzedawca energooszczędnych okien, szukając sposobu na przekonanie swoich potencjalnych klientów od nieruchomości, że przecież kiedyś złe czasy się skończą, i rynek, a wraz z nim cała gospodarka, w końcu odżyją. Dość szybko zrozumiałem, że ludziom nie zależy na tym, aby panował dobrobyt i wszystkich stać było na wszystko. Wystarczy, że kryzys nie będzie się pogłębiał. Jeśli nie jest gorzej, to już jest lepiej – powiedział mi Morris Swibel, mój ówczesny mentor. Niewiele mnie pocieszył ten program minimum.

I oto któregoś jesiennego dnia 1985 roku, gdy czekałem na menadżera jednego z budynków należących do Uniwersytetu Illinois, któremu chciałem sprzedać swoje okna, do sali wszedł elegancki, uśmiechnięty, siwy jak gołąbek pan. Ta twarz była mi znajoma. Byłem pewny, że gdzieś go musiałem spotkać. Przywitał się ze mną i usiadł naprzeciwko. Rozmawialiśmy: pytał mnie, czym się zajmuję, skąd pochodzę, jak sobie radzę w Ameryce. W pewnej chwili uświadomiłem sobie, że rozmawiam z Johnem Andersonem, byłym kandydatem na prezydenta USA, kontrkandydatem zarówno Cartera jak i Reagana, w wyborach 1980 roku.

W 1981 roku byłem służbowo w USA i miałem okazję uczestniczyć w wiecu Johna Andersona, w którym tłumaczył zebranym, że wreszcie trzeba skończyć z systemem dwupartyjnym, co mnie wtedy nawet przekonało. Upewniłem się, tak to on: John Anderson.

Korzystając z okazji zapytałem, co on by zrobił na miejscu Reagana, gdyby wtedy wybory wygrał?

– Postępowałbym identycznie… – uśmiechnął się tajemniczo – doradcą ekonomicznym prezydenta – powiedział Anderson – jest były mój doradca. Bardzo młody i mądry chłopak: nazywa się David Stockman. On wie, jak wyprowadzić Amerykę z recesji, a prezydent go słucha jak nikogo innego.

Takiej historii właśnie mi brakowało: prezydent Reagan ma swoim rządzie cudotwórcę! Jeśli jest tak, jak mówił John Anderson, gospodarka zacznie się rozwijać. Ci, którzy się o tym dowiedzą jako pierwsi, skorzystają. W ten sposób miałem brakujące ogniwo, sales pitch, czyli argument przy pomocy którego mogłem przekonywać potencjalnych klientów, że dobre czasy są tylko kwestią czasu. David Stockman stał się mimo woli moim mentorem. Rzuciłem pracę barmana, porzuciłem sprzedaż okien energooszczędnych, wróciłem do nieruchomości. Zacząłem czytać na temat ekonomii podażowej, dzięki czemu już w 1986 roku zostałem III, a rok później I agentem chicagowskiego zrzeszenia pośredników nieruchomości. Pracowałem tak ciężko, tak wytrwale wierząc w swoją szczęśliwą gwiazdę, że nie zauważyłem nawet, (i bardzo dobrze, bo nic tak człowieka nie demotywuje i osłabia, jak utrata wiary we własne przekonania), że David Stockman odszedł z rządu Reagana. O tym, że po burzliwym odejściu napisał książkę krytykującą rewolucję reaganowską, dowiedziałem się wiele lat później. Byłem już jednak doświadczonym biznesmenem, rozumiałem Amerykę, a co najważniejsze, moja historia o końcu recesji sprawdziła się co do joty. Reaganomika w dużym stopniu sprawdziła się w praktyce. Ameryka weszła na ścieżkę szybkiego, stabilnego i długotrwałego rozwoju, który powstrzymali dopiero macherzy z FED: Alan Greenspan, Ben Bernanke czy Janet Yellen, doprowadzając do wielkiej deformacji systemu wolnorynkowego.
I oto David Stockman, autor mojego osobistego cudu gospodarczego, jest w Polsce. Okazją do wizyty Davida Stockamana i jego małżonki, Jennifer Stockman, zawodowo prezeski Fundacji Guggenheima, jest wydanie przez Fijorr Publishing bestsellera Davida Stockmana, zatytułowanego „Wielka deformacja, czyli jak skorumpowano amerykański kapitalizm.” (http://www.fijor.com/wielka-deformacja-czyli-jak-skorumpowano-amerykanski-kapitalizm/.

Z autorem można się będzie spotkać podczas wielkiego seminarium ASBIRO w dniach 25 – 26 października 2014 w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego przy Krakowskim Przedmieściu 26/28, w czasie którego opowie nam o „Wielkiej Deformacji” i jej konsekwencjach. Szczegółowy harmonogram wykładów znaleźć można na: asbiro.pl

Jan M Fijor

www.fijor.com

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *