O polityce niszczenia sąsiada

chat-dymki
5

 

Po zapoznaniu się z wywiadem, jakiego Rafał Woś przeprowadził z niemieckim ekonomistą Eckhardem Heinem z Hochschule fϋr Wirtschaft w Berlinie, specjalizującym się w badaniu wpływu rosnącej finansjalizacji na pozostałe dziedziny gospodarki („Trudna sztuka utrzymywania równowagi” w „Dziennik Gazeta Prawna” 31.10 – 2.11.2014), każdy czytelnik tego tekstu, nie tylko z wykształceniem ekonomicznym, musi dojść do wniosku, że w nauce ekonomii istnieje aktualnie, na początku XXI wieku, podobna sytuacja w zakresie rozumienia istotnych przyczyn zjawisk występujących w gospodarce, jaka istniała na przełomie XIX i XX wieku w fizyce w zakresie rozumienia natury światła, którą to wtedy sytuację określano mianem głębokiego kryzysu w fizyce. Począwszy od końca XVII wieku do wyjaśnienia istoty zjawiska światła pretendowały dwie teorie: 1) korpuskularna, którą sformułował i zaprezentował Izaak Newton (1643 – 1727) w wydanej w 1672 r. pracy „New Theory about Light and Colors”     (Nowa teoria o świetle i barwach) oraz 2) falowa, którą z kolei wypracował i ogłosił holenderski fizyk i matematyk Christian Huygens (1629 – 1695) w opublikowanym w 1690 r. „Traite de la lumiere” (Traktat o świetle). W dalszych latach gromadzone fakty z doświadczeń przeprowadzanych przez licznych eksperymentatorów ze światłem zdawały się przechylać szalę zwycięstwa na rzecz teorii falowej, zwłaszcza, gdy brytyjski fizyk Clerk Maxwell (1831 – 1879) w opublikowanej 1865 r. rozprawie „A Dynamical Theory of the Electromagnetic Field” (Dynamiczna teoria pola elektromagnetycznego) przedstawił swe słynne równania pola elektromagnetycznego. Niestety, dalsze zebrane fakty a zwłaszcza te najistotniejsze otrzymane zaledwie po kilku latach od śmierci Maxwella w słynnym doświadczeniu Michelsona-Morleya w 1887 r. dowiodły, że teoria falowa też nie wyjaśnia nowo ujawnionych faktów. Doświadczenie to bowiem pokazało, że wbrew temu co zakładała teoria falowa, światło rozchodzi się w przestrzeni ze stałą prędkością, na którą nie ma wpływu prędkość źródła światła. Tak więc nowe fakty zdawały się zaprzeczać teorii falowej oraz w jakimś aspekcie potwierdzać teorię korpuskularną. Zaistniała więc pilna potrzeba zbudowania nowej teorii światła, która byłaby zdolna objąć, zsyntetyzować wyjaśnienia wszystkich faktów i zjawisk doświadczanych ze światłem, jakie dawały obie teorie. Podstawy do zbudowania takiej teorii światła dał Albert Einstein (1879 – 1955), który w opublikowanym w 1905 r. artykule „Über einen die Erzeugung und Verwaydlung des Lichtes beterffenden heuristischen Gesichtspunkt” wprowadził pojęcie kwantu światła. Następnie, w 1916 r. opublikował pracę na temat kwantowej teorii promieniowania, w której przewidział możliwość istnienia wymuszonej emisji światła, która stała się teoretyczną podstawą do zbudowania w 1960 r. pierwszego rubinowego lasera przez amerykańskiego fizyka Teodora Maimana (1927 – 2007). W następnych latach były  już budowane lasery  doskonalszych  generacji, które znalazły szerokie zastosowanie niemal we wszystkich dziedzinach ludzkiego działania, przede wszystkim w przemyśle, technice wojskowej, telekomunikacji, medycynie …

Ten powyższy przydługi wstęp  dotyczący zarysu historii kształtowania się i rozwoju idei, które doprowadziły do zbudowania nowoczesnej teorii światła, był konieczny, aby pokazać i uświadomić zainteresowanym tematem czytelnikom istnienie podobnej, analogicznej sytuacji, przed jaką stoi i pilnie potrzebuje teoria pieniądza i finansów we współczesnej nauce ekonomii.

Profesor Eckhard Hein swój wywiad rozpoczyna od odpowiedzi na pytanie: co to jest finansjalizacja? „To ciągłe zwiększanie się roli sektora finansowego w gospodarce. Polega to na tym, że motywy finansowe zyskują w biznesie coraz większe znaczenie, a aktorzy finansowi staja się coraz potężniejsi”. I dalej: „Według mnie najgorszą konsekwencją postępującej od lat 80. finansjalizacji są rosnące nierówności dochodowe”. Swoją tezę uzasadnia następująco: „Jeśli się spojrzy na dane z lat 1980 – 2008, udział płacy w dochodzie narodowym stale spada. To tendencja widoczna w całym świecie bogatego Zachodu. Na przykład w Irlandii ten spadek wyniósł 15 proc., w Austrii 10 proc., w Grecji, Japonii i Francji ok. 6 proc., w Niemczech 4 proc. i tak dalej”. Ponieważ dotyczy to wszystkich krajów wysoko rozwiniętych „To jednak (jest to – LO) bardzo wyraźny trend, polegający na tym, że zawieszone zostało jedno z podstawowych praw zdrowego rozwoju ekonomicznego. Głosi ono, że jeżeli rośnie produktywność gospodarki, to rosnąć powinny również pensje. I tak w większości krajów OECD faktycznie było (do 1980 r. – LO). (…) Ale mniej więcej od 1980 r. zaczął się rozjazd. Produktywność szła w górę, a płace wpadały w stagnację”. „Bo skoro produktywność rosła, to znaczy, że zyski z produkcji powstawały. Nie trafiały one jednak do pracowników, o czym świadczy stagnacja płac. Gdzie się więc podziały? Trafiły do udziałowców i sowicie opłacanej menedżerskiej wierchuszki. I stąd te nierówności,…” Aż nieprawdopodobne, że teoretyk finansjalizacji ma zaledwie tylko tyle do powiedzenia na ten temat i nie potrafi wyjaśnić, co się dalej realnie dzieje z wysokimi zyskami realizowanymi z produkcji! W ogóle nie kojarzy, że to eksport zysków realizowanych w krajach wysoko rozwiniętych  i inwestowania ich w krajach o gospodarkach wschodzących jest przyczyną stagnacji płac oraz wzrastających zysków, co skutkuje narastającym rozwarstwieniem w dochodach z pracy i kapitału. Eksport kapitału ma przede wszystkim postać pieniężną, dlatego w obiegu w krajach wysoko rozwiniętych pozostaje tylko pewna część z wykreowanego kredytowo pieniądza, a znaczna część odpływa za granicę, gdzie osiada w rezerwach walutowych krajów importujących kapitał oraz realizujących nadwyżki w handlu zagranicznym. Jest to przyczyna i podstawa wzrastającej finansjalizacji w gospodarkach krajów wysoko rozwiniętych.  Zamiast podania przekonującego  wyjaśnienia dotyczącego faktycznej przyczyny wzrastającej finansjalizacji oraz rosnących nierówności w dochodach przeskakuje do zupełnie innego tematu: „Jeszcze zanim  nierówności stały się tak widoczne, pojawiła się bariera popytu. Bo w sytuacji, gdy realne dochody ludności stają w miejscu albo spadają, zatrzymuje się również konsumpcja. Posiadacze kapitału stają więc przed problemem, jak zrealizować swój zysk. Mają go przecież w formie wyprodukowanych towarów. Na przykład samochodów. (…) Pracownicy, których dochody stanęły w miejscu, nie mogą ich kupić. Dojście do bariery popytu to jest ten moment, w którym powinna się zapalić czerwona lampka alarmowa, sygnalizująca, że finansjalizacja to ślepa uliczka”.

Ale „znaleziono sposoby obejścia tej bariery”. „Pierwszy polega na dopuszczeniu do bezprecedensowego wzrostu zadłużenia prywatnego”. „ – to model amerykański, szczególnie rozpowszechniony w USA, ale stosowany na potęgę również w innych krajach. … w Holandii, … we Włoszech”. Według politologa Colin Croucha jest to tzw. zjawisko sprywatyzowanego keynesizmu. Natomiast „w klasycznym modelu keynesowskim zadłuża się w imieniu wszystkich obywateli całe państwo.” „Tak czy inaczej, ten amerykański model nie jest rozwiązaniem gwarantującym stabilność. On już przeżył swój spektakularny upadek w roku 2008”. Inny sposób na obchodzenie bariery popytu „To model, który możemy nazwać niemieckim. Choć stosują go na potęgę również takie kraje, jak Austria, Holandia, Chiny czy Japonia. Można go streścić w trzech słowach: eksportować, eksportować i jeszcze raz eksportować.” Ale ponieważ „świat to zamknięty system, więc w sytuacji, gdy jedni notują nadwyżki finansowe – jak od lat Niemcy – musimy mieć w systemie innych, którzy będą gotowi notować deficyty”, czyli zadłużać się u realizujących nadwyżki. Ten model aktywizowania popytu jest bardzo szkodliwy, bo jest sposobem na „prowadzenie nowoczesnej polityki niszczenia sąsiada. A więc tego, co robią dziś Niemcy, Chiny czy Japonia”.

Dla przezwyciężenia powyższych mankamentów występujących w gospodarce światowej profesor Hein proponuje wdrożyć do praktyki koncepcję, „którą razem z grupą ekonomistów nazwaliśmy Keynesowskim Nowym Ładem dla Europy.” „Ten plan opiera się na trzech filarach. Pierwszy to lepsze regulacje sektora finansowego. (…) Potrzebne jest wzmocnienie bankowości niekomercyjnej i spółdzielczej, co doprowadzi do większej różnorodności i prawdziwego wyboru na rynku kredytowym” (Nie wiadomo o co tutaj chodzi, jak i dla kogo może funkcjonować bankowość niekomercyjna?! – LO). „Drugi … wymaga stopniowego odchodzenia od dotychczasowego sposobu myślenia o roli rządu w gospodarce, a może nawet zerwania z nim”. Miało by to polegać na prowadzeniu polityki „permanentnie niskich stóp procentowych, które nie powinny być wyższe od wzrostu produktywności całej gospodarki”. W tym punkcie nie można nie przypomnieć Hein’owi, że to właśnie polityka niskiej stopy procentowej, jaką prowadzili kolejni prezesi Fed, najpierw Alan Greenspan a potem Ben Bernanke, doprowadziła do nadmuchania potężnej bańki spekulacyjnej na rynku kredytów hipotecznych i pęknięcia jej w 2008 r. Jednak sednem proponowanego nowego podejścia przez Hein’a, to nie domykać budżetu przed nadmiernym deficytem. „Przecież głównym zadaniem demokratycznie wybranego polityka powinno być dbanie o naprawdę najbardziej kluczowe wskaźniki. A więc troska o pełne zatrudnienie czy utrzymanie określonego poziomu produkcji. To się nazywa finanse funkcjonalne. (…) Gdyby polityków przestawić na takie myślenie, znaleźlibyśmy się w zupełnie innym świecie (?!)”. Toż to czysty keynesizm, czyli nihil novi (nic nowego). Trzeci filar planu „to lepsza międzynarodowa koordynacja finansowa… (która miałaby) …na poziomie globalnym zwalczać albo przynajmniej neutralizować pokusę prowadzenia nowoczesnej polityki niszczenia sąsiada”. Czyli, jak się należy domyślać, każdy kraj powinien prowadzić politykę zrównoważonych obrotów w handlu zagranicznym, jeśli było by inaczej, trzeba by go do tego przymuszać „przy użyciu sankcji”.

Jeśli wyżej przedstawiona koncepcja ma w rozumieniu ich autorów stanowić podstawę do budowania Keynesowskiego Nowego Ładu w Europie, to współczesna nauka ekonomii jest rzeczywiście w głębokim kryzysie. Wszystko to, co się w tym planie „nowego” proponuje, to ręczne sterowanie gospodarką. Trudno z takimi pomysłami  w ogóle dyskutować, a tym bardziej je krytykować!

Jeśli wywiad z prof. Hein’em zasługuje na uwagę, to tylko dlatego, że zostały przywołane w nim dwie konkurujące ze sobą we współczesnej polityce gospodarczej doktryny: merkantylizm i keynesizm. Merkantylizm jako kierunek myśli ekonomicznej powstał i rozwinął się w XVII wieku, czyli w okresie wstępnego rozwoju i umacniania się nowego ustroju gospodarczego kapitalizmu. Merkantyliści uważali, że poziom aktywności gospodarczej w kraju jest ściśle uzależniony od rozmiarów wartości obiegu pieniężnego. Ponieważ w owym czasie pieniądzem obiegowym były monety kruszcowe złote i srebrne, merkantyliści głosili i zalecali, żeby kraj, który nie posiada własnych kopalń kruszców monetarnych, importował je poprzez handel zagraniczny, eksportując do innych krajów towary o większej wartości niż ich importując. W ten sposób nadwyżka realizowana w handlu zagranicznym będzie się przekładała na przypływ do kraju kruszców szlachetnych, które będą powiększały obieg monetarny i tym samym stymulowały wzrost produkcji i handlu w kraju.

Adam Smith (1723 – 1790) twórca nauki ekonomii, który napisał pierwsze podstawowe dzieło ekonomiczne: Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów (1776 r.), był niekonsekwentny w swoim poglądzie dotyczącym doktryny merkantylizmu. Chociaż w swoim dziele doktrynę markantylizmu z jednej strony poddał druzgocącej krytyce (Księga czwarta, tom drugi), to z drugiej strony w przypadku gdy w kraju występują nadwyżki podaży towarów w stosunku do popytu, bo nie ma dostatecznej ilości pieniędzy do ich upłynnienia oraz  gdy występuje nadpodaż kapitałów,  zalecał eksport owych nadwyżek towarowych i kapitałowych w zamian za import kruszców szlachetnych (PWN 1954, T. I, s. 431 oraz 473 – 475). Faktycznie to doktryna merkantylizmu nigdy definitywnie nie została odrzucona. Współcześnie jest ona z pozytywnym skutkiem dla utrzymywania dodatniej koniunktury gospodarczej  stosowana przede wszystkim przez Niemcy, Japonię, Chiny oraz przez wszystkie te kraje, które realizują nadwyżki w handlu zagranicznym. Merkantylistyczna doktryna jest jednak szkodliwa dla tych wszystkich krajów, które wytwarzają produkty w większości mniej konkurencyjne i z tej przyczyny więcej importują niż eksportują. Dłuższe utrzymywanie się takiej sytuacji prowadzi do kurczenia się i zanikania krajowej wytwórczości, czyli do „niszczenia sąsiada” przez kraj, który oferuje i sprzedaje mu wytwarzane u siebie towary po niższych, bardziej konkurencyjnych cenach.

John Maynard Keynes w napisanej i wydanej książce Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza (1936 r.) przyjął, że główną przyczyną wybuchu Wielkiego Kryzysu lat 1929 – 1933 były nadmierne oszczędności w stosunku do efektywnego popytu, czyli że realizowane z pracy i  kapitału pieniężne dochody nie były w całości wydawane na finansowanie konsumpcji i inwestycji, a w znacznej części tezauryzowane (?!). Skutkowało to występowaniem mniejszej wartości popytu w stosunku do większej wartości podaży. Kumulacja nadpodaży doprowadziła do głębokiego kryzysu. Aby w przyszłości nie dopuścić do powtórzenia się takiej sytuacji, jak w latach 1929 – 1933, rząd powinien wypożyczać niezainwestowane przez prywatny kapitał środki pieniężne i finansować nimi dodatkowe wydatki budżetowe nie pokryte własnymi dochodami, czyli część wydatków rządu powinna być finansowana z deficytu budżetowego. Jednak Keynesowi nie starczyło wyobraźni, gdyż nie przewidział, że w rezultacie aktywizowania koniunktury gospodarczej przez zadłużanie się państwa w długim okresie wydatki z deficytu budżetowego będą kumulowały się w narastającym długu, co będzie prowadziło do kryzysu finansów państwa, czego tak brutalnie doświadczyła Grecja. W równie niekorzystnej sytuacji znajduje się Japonia, która z powodu wysokiego zadłużenia finansów publicznych (250 proc. PKB) od ponad 20 lat nie może wydobyć się ze stagnacji gospodarczej. Doktryna keynesizmu stosunkowo dobrze oddziaływała na koniunkturę gospodarczą w USA i w gospodarce światowej przez blisko trzy dekady po II wojnie światowej, czyli do końca lat 60,  tj. dopóty poziom zadłużenia finansów państwa był niewysoki,  i dopóki skarb państwa  Stanów Zjednoczonych był zdolny obsługiwać z bieżąco realizowanych dochodów coraz bardziej narastający dług państwowy. Gdy jednak na początku lat 70.  dług publiczny tak bardzo wzrósł, że USA stało się niewypłacalne i w rezultacie w 1971 r. prezydent Richard Nixon (1913 – 1994) był zmuszony zawiesić wymienialność papierowych dolarów na złoto, zawalił się cały powojenny system monetarny ustanowiony w 1944 r. na konferencji w Bretton Woods, którego podstawą wtedy został ustanowiony amerykański dolar wymienialny na złoto w stosunku 35 USD za uncję złota.

Zupełnie inny pogląd od Keynesa na kształtowanie się stosunku popytu do podaży miał polski ekonomista Michał Kalecki (1899 – 1970). W okresie 1933 – 1939 opublikował w języku polskim szereg artykułów z zakresu teorii koniunktury. W jednym z nich pt.: O handlu zagranicznym i „eksporcie wewnętrznym” pisze: „Jeżeli rząd danego kraju zadłuża się u „swoich” kapitalistów, wydając osiągnięte sumy np. na zbrojenia, zasiłki dla bezrobotnych lub prowadzenie robót publicznych, to mamy do czynienia ze zjawiskiem uderzająco podobnym do zdobywania nadwyżek w handlu zagranicznym. Nadwyżkom eksportu nad importem odpowiada tu zbyt zużywanych towarów na wyżej wymienione cele: materiałów zbrojeniowych, dóbr spożycia dla bezrobotnych oraz materiałów budowlanych dla robót publicznych i dóbr spożycia dla zatrudnionych przy nich robotników. Ekwiwalentem tego  zbytu towarowego jest wzrost pretensji kapitalistów w stosunku do „swojego” rządu, tak jak ekwiwalentem nadwyżki osiąganej w handlu zagranicznym, był wzrost należności czy spłata zobowiązań w stosunku do zagranicy. I oczywiście ten wzrost należności rządu może być tak samo lokatą zysków, jak wzrost należności (albo spadek zobowiązań) zagranicznych. Toteż należy właściwie zmodyfikować formułę dla zysku globalnego: poza konsumpcją kapitalistów, inwestycjami i saldem bilansu handlu zagranicznego obejmuje on także „eksport wewnętrzny”, równy wzrostowi zadłużenia rządu wobec kapitalistów. Tak samo więc jak uzyskiwanie nadwyżek w handlu zagranicznym, nakręca koniunkturę uruchomienie „eksportu wewnętrznego”: następuje takie podniesienie wytwórczości i zysków jednostkowych, że zrealizowany zostaje wzrost zysku, odpowiadający wielkości tego „eksportu”, co stanowi z kolei zachętę do rozszerzenia działalności inwestycyjnej.

Także procesy finansowe, związane z osiąganiem nadwyżek w handlu zagranicznym i z „eksportem wewnętrznym” wykazują daleko idącą analogię.

Analogia ta jest oczywista w przypadku, gdy kapitaliści danego kraju udzielają zagranicy lub „swemu” rządowi pożyczki zużywanej następnie na zakup towarów w tym kraju. Kapitaliści dają zagranicy lub rządowi pieniądze w zamian za papiery pożyczkowe. Osiągnięte przez zagranicę lub państwo fundusze drogą zakupu towarów, wracają – jeśli abstrahować od oszczędzania robotników – całkowicie do rąk kapitalistów (oczywiście na ogół nie tych samych). Wobec tego zyski ogółu kapitalistów w danym okresie wzrosły o sumę wartości papierów pożyczkowych zagranicy bądź rządu, które pozostały w ich rękach, równą uzyskanej nadwyżce w handlu zagranicznym bądź „eksportowi wewnętrznemu”.

Nadwyżka bilansu handlowego pokryta może być również nie drogą zaciągnięcia przez zagranicę pożyczki, tylko przez dopływ do danego kraju z zagranicy złota lub dewiz. Temu wypadkowi będzie odpowiadało przy „eksporcie wewnętrznym”, jak to zaraz wykażemy, finansowanie wydatków państwowych przez bank emisyjny” (podkreślenie – LO). (Michał Kalecki: Prace z teorii koniunktury 1933 – 1939, PWN, Warszawa 1962, s. 31-32).

Z powyższego tekstu jednoznacznie wynika, że Kalecki sądził, iż w gospodarce wzrostowej występuje problem realizacji nie z powodu nadmiernych oszczędności, jak to twierdził Keynes, a z nadpodaży w stosunku do popytu określonego dochodami pieniężnymi z pracy i kapitału. Owa nadpodaż może być upłynniana nie tylko w handlu zagranicznym w wyniku realizowania nadwyżkowego eksportu w stosunku do importu, ale również w analogicznym, jak to określił „eksporcie wewnętrznym”, czyli w wyniku wydatków państwowych finansowanych przez bank emisyjny. Niestety, Kalecki nie dopracował do końca swojej koncepcji realizacji i upłynniania nadwyżki podaży. Przede wszystkim nie dostrzegł, że kredytowa kreacja pieniądza tworzy wieczny dług, którego oprocentowanie kapitalizuje się i na skutek tego dług ten wzrasta w tempie wyższym od tempa wzrostu produkcji i dochodu, co w końcu uniemożliwia jego obsługę, powodując paraliż całego układu gospodarczego. W tej sytuacji prowadzenie polityki „permanentnie niskich stóp procentowych, które nie powinny być wyższe od wzrostu produktywności całej gospodarki”, – jak to proponuje profesor Hein w swej koncepcji „Keynesowskiego Nowego Ładu dla Europy”- jeżeli w ogóle może dać jakiś pozytywny efekt, to tylko doraźnie, na krótki okres. W długim okresie taka polityka musi skończyć się stagnacją, w jakiej od dwudziestu kilku lat pogrąża się już Japonia. Jeśli będą więc wdrażane i realizowane takie programy „nowego ładu”, to gospodarce światowej  zagraża totalna katastrofa! Dlatego wyjście z obecnego kryzysu, w jakim znalazła się gospodarka światowa, należy nakierować na poszukiwanie takiego instytucjonalnego rozwiązania, które umożliwiałoby kreowanie pieniądza obiegowego i upłynnianie nadwyżki podaży bez konieczności tworzenia i kumulowania się ani długu państwowego ani też z tego tytułu długu prywatnego. W tych poszukiwaniach może i powinno pomóc zapoznanie się, czyli odczytanie na nowo tekstów  wielkiego polskiego ekonomisty Michała Kaleckiego.

prof. dr Leon Orlikowski

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Laik pisze:

    „Dlatego wyjście z obecnego kryzysu, w jakim znalazła się gospodarka światowa, należy nakierować na poszukiwanie takiego instytucjonalnego rozwiązania, które umożliwiałoby kreowanie pieniądza obiegowego i upłynnianie nadwyżki podaży bez konieczności tworzenia i kumulowania się ani długu państwowego ani też z tego tytułu długu prywatnego”.

    Nadwyżki podaży, ale czego, bo chyba nie ma Pan prof. na myśli nadprodukcji w całej gospodarce, która nie ma prawa wystąpić, o czym pisał np. Rotbhard w „Wielkim kryzysie w Ameryce”.

    Jak czytam, że eksport jest taki super, a import taki be, to może zakazać tego drugiego, a dotować to pierwsze. Taka nadwyżka handlowa niebywale musiałby podnieść dobrobyt w kraju!

  2. Leon Orlikowski pisze:

    Nadwyżka podaży

    Problem nadwyżki podaży jest ściśle związany ze sposobem pieniężnego upłynnienia (sprzedaży) przyrostu produkcji otrzymywanej z inwestycji netto. Realizowane dochody/przychody pieniężne w procesie produkcji z usług świadczonej pracy i kapitału określają potencjalną wartość pieniężnego efektywnego popytu na poziomie poniesionych nakładów, czyli kosztów. Przedsiębiorcy mogą realizować zyski od zainwestowanych w produkcję kapitałów tylko wtedy, gdy istnieje dodatkowy popyt pieniężny umożliwiający realizowanie/sprzedaż przyrostów podaży uzyskiwanych z inwestycji netto. Gdyby nie było tego dodatkowego popytu na przyrost produkcji, wtedy wytwarzane towary musieliby sprzedawać po niższych cenach, w których nie realizowaliby tej części zysków, które akumulują i z których finansują inwestycje netto. Po prostu musieliby przejść do realizowania tzw. reprodukcji prostej, czyli odtwarzania z okresu na okres rozmiarów produkcji o tej samej wartości. W takich warunkach realizowane zyski byłyby w całości konsumowane. Jakakolwiek próba podejmowania oszczędzania z dochodów i finansowania nakładów inwestycyjnych na przyrost produkcji i podaży towarów, gdyby równolegle nie był emitowany dodatkowy pieniądz dla kreowania przyrostu popytu, skutkowałaby ogólnym spadkiem cen sprzedaży.
    Koszty produkcji wytwórców są bardzo zróżnicowane. Gdyby je uszeregować według stosunku do cen sprzedaży, to najwyższe są w tych przedsiębiorstwach, w których jest eksploatowana najstarsza, najmniej wydajna technika, a najniższe w tych o najnowocześniejszej technice. Spadek ogólnego poziomu cen z powodu braku dodatkowego popytu na przyrost podaży towarów z inwestycji netto oddziałuje w ten sposób, że przychody ze sprzedaży u wytwórców o najwyższych kosztach krańcowych nie pokrywają ich nakładów i dlatego ci wytwórcy bankrutują. W rezultacie braku dodatkowego popytu na przyrost wartości podaży towarów z inwestycji netto powstaje następująca sekwencja: najpierw spadają ceny, a potem bankrutują przedsiębiorstwa, które produkują w granicach wysokich kosztów krańcowych. W ostatecznym efekcie więc przyrost wartości podaży z wysoko konkurencyjnej produkcji oddziałuje na rynek w ten sposób, że rozkłada się w części na obniżenie ogólnego poziomu cen oraz w części na wyeliminowanie z rynku pewnej realnej ilości produkcji o krańcowo najwyższych kosztach wytwarzania, czyli najmniej konkurencyjnej. Im w przedziale kosztów krańcowych krzywa rozkładu kosztów jest bardziej spłaszczona, mniej ugięta, tym większa ilość towarów o wysokich kosztach wytwarzania zostaje z rynku wyeliminowana i zastąpiona towarami nowocześniejszymi i tańszymi. Właśnie takiego typu mechanizm w swej polityce eksportu uruchomili i skutecznie realizują Niemcy, którą prof. Hein nazwał „nowoczesną polityką niszczenia sąsiada”.

    Jest prawdą, że aczkolwiek Murray N. Rothbard w swej książce „Wielki Kryzys w Ameryce” expressis verbis nie mówi, że w gospodarce wzrostowej występuje nadpodaż wartości towarów, to analiza, jaką tam przeprowadził po prostu pchała go do sformułowania takiej tezy. Świadczą o tym następujące jego stwierdzenia:

    „Jeśli nowy pieniądz przeznaczony zostaje na inwestycje w rządowe papiery wartościowe, to nie wywołuje cyklu. Rządowe papiery wartościowe skupowano właściwie tylko na początku boomu, tj. w latach 1921–1923. Na ten cel przeznaczono 1 mld dolarów. Ponadto cyklu nie wywołują udzielane przez banki kredyty konsumenckie” (podkreślenie – LO). Oraz wyżej: „Aby wywołać cykl koniunkturalny, inflacja musi przybrać formę pożyczek dla przedsiębiorców. Lata dwudzieste spełniają ten warunek.” (Wyd. Instytut Ludwiga von Misesa, Warszawa 2000, s. 73). Twierdzenie sformułowane w ostatnim zdaniu musi uważnego czytelnika bardzo zdziwić, ponieważ parę stron wyżej twierdzi zupełnie coś odwrotnego: „ Z kolei nazwanie lat dwudziestych (tj. bezpośrednio przed okresem wybuchu Wielkiego Kryzysu – LO) okresem boomu inflacyjnego może dziwić tych, którzy traktują inflację jako wzrost cen. W okresie tym ceny utrzymywały się na dość stabilnym poziomie, a nawet nieznacznie spadały. Należy jednak zauważyć, że na kształtowanie się cen oddziaływały wtedy dwie potężne siły: inflacja pieniądza, która napędza wzrost cen, oraz wzrost produktywności, skutkujący obniżeniem kosztów i cen. W przypadku czystego wolnego rynku konsekwencją wzrostu produktywności jest wzrost podaży dóbr oraz niższe koszty i ceny, dzięki czemu wszyscy konsumenci mogą się cieszyć wzrostem poziomu życia. Jednak tendencja ta została w tamtym okresie zrównoważona przez inflację pieniężną, która miała służyć stabilizacji cen. Stabilizacja cen – marzenie wielu ludzi – powoduje, że 1) z dobrodziejstw wzrostu gospodarczego korzysta mniejszy krąg osób, 2) występuje boom i depresja. Charakterystyczną cechą inflacyjnego boomu jest to, że ceny są wyższe, niż byłyby na wolnym i nieskrępowanym rynku. Również tutaj statystyka nie pomaga w ustaleniu zależności przyczynowo-skutkowych” (Tamże: s. 67-68).
    To nie wina statystyki, a nie pogłębionej analizy, jakiej nie dokonał w tym miejscu Rothbard. Gdyby taką analizę przeprowadził, to dostrzegłby, że w okresie bezpośrednio przed kryzysem nastąpiła głęboka zmiana struktury cen: mimo dokonującego się i wdrażanego postępu technicznego i wzrostu produktywności, ceny dóbr konsumpcyjnych nie spadły a nawet wzrosły w stosunku do cen dóbr inwestycyjnych. Cały efekt z obniżki kosztów został przesunięty do zysków, które w większości były akumulowane i inwestowane. Spowodowało to powstanie i rozwój wielkiej bańki inwestycyjnej, która, gdy dodatkowe efekty w postaci napływającej na rynek coraz większej fali produkcji finalnej z powodu niedostatecznego popytu, pękła w październiku 1929 r., pogrążyła gospodarkę Stanów Zjednoczonych i świata w Wielkim Kryzysie lat 1929 – 1933.

    Z powyższych fragmentów tekstu książki Rothbard’a wynika, że dostrzegał on, iż nadwyżka podaży powstaje przede wszystkim z obniżki kosztów w produkcji z tytułu wdrażanego postępu technicznego. Twierdził też, że jeżeli nadwyżka ta jest wykorzystywana na finansowanie konsumpcji poprzez udzielanie bankowych kredytów oraz na finansowanie deficytowych wydatków budżetowych, to nie wywołuje to cyklu koniunkturalnego. Gdy natomiast nadwyżka podaży jest inwestowana w produkcję, to powstaje cykl koniunkturalny, ponieważ dodatkowe inwestycje finansowane z kredytowego upłynniania nadwyżki podaży pomnażają dodatkowo wzrost podaży w stosunku do wzrostu tej podaży towarów, która jest dostarczana na rynek ze zrealizowanych inwestycji, które zostały sfinansowane z zaoszczędzonych dochodów. Z tego zaś, co wykazałem wyżej, wynika, że nadwyżka podaży występuje też w warunkach realizowania każdego wzrostu gospodarczego i może być upłynniana zagranicą poprzez realizowanie nadwyżki eksportu nad importem w handlu zagranicznym, co skutecznie realizują współcześnie Niemcy i Chiny, względnie może też być upłynniana wewnątrz kraju przez kredytowanie indywidualnej konsumpcji oraz przede wszystkim poprzez finansowanie deficytowych wydatków budżetowych. Ten ostatni sposób upłynniania nadwyżki podaży daje podobne efekty dla wzrostu gospodarczego jak realizowana nadwyżka w handlu zagranicznym. Michał Kalecki przez analogię nazwał go „eksportem wewnętrznym”. LO

  3. Laik pisze:

    „Kiedy interesy szły gorzej, przeciętny kupiec miał dwa wyjaśnienia: niefortunne skutki były powodowane przez niedostatek pieniądza i ogólną nadprodukcję. Adam Smith w słynnym fragmencie „Bogactwa narodów” zaprzeczył pierwszemu z mitów. Zatem Say poświęcił swą uwagę w przeważającej mierze obaleniu drugiego.
    Tak długo, jak określona rzecz jest dobrem ekonomicznym, nie jest „dobrem wolnym”, a jego podaż nie jest oczywiście bezwzględnie obfita. Wciąż pozostają niezaspokojone potrzeby, które poprzez większą podaż określonego dobra mogą zostać zaspokojone. Ciągle są ludzie, którzy byliby zadowoleni z otrzymania większej ilości dobra niż w rzeczywistości mają. W odniesieniu do dóbr ekonomicznych nigdy nie wystąpi bezwzględna nadprodukcja. (A ekonomia jako nauka zajmuje się tylko dobrami ekonomicznymi, a nie dobrami wolnymi, jak choćby powietrzem, które nie są przedmiotem celowego działania człowieka, dlatego nie są produkowane i w odniesieniu do nich użycie takich terminów jak niewystarczająca lub ponadnormatywna produkcja jest po prostu niedorzeczne.)
    W odniesieniu do dóbr ekonomicznych występować może tylko względna nadprodukcja. Podczas gdy konsumenci życzą sobie określonych ilości koszul i butów, producenci wyprodukowali, powiedzmy, większą ilość butów a mniejszą koszul. Nie oznacza to jednak ogólnej nadprodukcji wszystkich towarów. Nadprodukcji obuwia odpowiada niedobór koszul. Skutkiem tego nie może być ogólny kryzys wszystkich gałęzi gospodarki. Wynikiem jest jedynie zmiana stosunku pomiędzy ilością butów a koszul. Jeśli, przykładowo, poprzednio za jedną parę butów można było kupić cztery koszule, to teraz tylko trzy. Kiedy koniunktura jest zła dla szewców, to jest dobra dla krawców. Dlatego próby wyjaśnienia ogólnego kryzysu poprzez odnoszenie się do rzekomej ogólnej nadprodukcji są błędne.
    Towary – mówi Say – nie są ostatecznie opłacane przez pieniądz, ale przez inne towary. Pieniądz jest jedynie wspólnie użytym środkiem wymiany; odgrywa jedynie pośrednią rolę. Tym, co ostatecznie sprzedawca chce otrzymać w wymianie za dobro sprzedawane, są inne dobra”.

    http://mises.pl/blog/2005/06/10/196/

  4. Leon Orlikowski pisze:

    Leon Orlikowski

    Bezwzględna nadprodukcja czy względny brak popytu?

    Według Thomasa Kuhna (1922 – 1996) paradygmaty to uznane i przyjęte przez społeczności uczonych w określonych dziedzinach nauki i w istniejących w nich szkołach przykłady, wzorce, modele i metody rozwiązywania oraz wyjaśniania badanych faktów i zjawisk. „W rozwiniętych naukach brak jest czy też jest stosunkowo mało konkurujących ze sobą szkół.” (Thomas S. Kuhn: Struktura rewolucji naukowych, Wydawnictwo Fundacja Aletheia, Warszawa 2001, s. 353). Stąd też występuje oraz dominuje w nich przede wszystkim jeden powszechnie uznany paradygmat. W naukach rozwijających się istnieje wiele szkół, z których każda ma własny paradygmat badania i interpretowania rzeczywistości. Zwolennicy określonego paradygmatu posługują się z reguły w pewnej istotnej części uznawanej teorii właściwymi dla niego terminami, a jeśli nawet takimi samymi terminami jak zwolennicy innych paradygmatów, to przyporządkowują im różniące się desygnaty, czyli inne przedmioty materialne odpowiadające nazwie. „Dwie osoby, które różnie postrzegają tę samą sytuację, ale mimo to, mówiąc o niej, korzystają z tego samego słownictwa, muszą odmiennie używać słów. To znaczy: mówiąc, zajmują one, jak to określiłem, niewspółmierne punkty widzenia. Jak w ogóle mogą mieć nadzieję, iż są w stanie się porozumieć, a cóż dopiero coś sobie perswadować?” (Tamże, s. 344). Z tego względu między paradygmatami różnych szkół w danej dziedzinie nauki występuje niewspółmierność, która utrudnia, a nawet uniemożliwia racjonalną dyskusję pomiędzy zwolennikami tych szkół w sprawie rozumienia istoty obserwowalnych faktów i zjawisk. Dlatego krytyka założeń teorii konkurencyjnej, jaką podejmują i przeprowadzają zwolennicy przeciwnej teorii w oparciu o założenia własnej teorii, chociaż przez nich nie uświadomiona, jest najczęściej chybiona.

    Klasycznym przykładem popełnienia błędu z powodu niewspółmierności konkurencyjnych teorii jest krytyczny artykuł Ludwiga von Mises (1881–1973) pt.: Lord Keynes a Prawo Saya opublikowany w „The Freeman”, 30. Października 1950 r. Między innymi Mises pisze tam: „Tak długo, jak określona rzecz jest dobrem ekonomicznym, nie jest „dobrem wolnym”, a jego podaż nie jest oczywiście bezwzględnie obfita. Wciąż pozostają niezaspokojone potrzeby, które poprzez większą podaż określonego dobra mogą zostać zaspokojone. Ciągle są ludzie, którzy byliby zadowoleni z otrzymania większej ilości dobra niż w rzeczywistości mają. W odniesieniu do dóbr ekonomicznych nigdy nie wystąpi bezwzględna nadprodukcja. (A ekonomia jako nauka zajmuje się tylko dobrami ekonomicznymi, a nie dobrami wolnymi, jak choćby powietrzem, które nie są przedmiotem celowego działania człowieka, dlatego nie są produkowane i w odniesieniu do nich użycie takich terminów jak niewystarczająca lub ponadnormatywna produkcja jest po prostu niedorzeczne.)”. Z powyższego fragmentu wynika, że Mises utożsamia tutaj niezaspokojone potrzeby z popytem, który to, czyli te niezaspokojone potrzeby „mogą zostać zaspokojone” „ poprzez większą podaż określonego dobra”. De facto „niezaspokojone potrzeby” i „popyt” to dwie zupełnie różne, nieporównywalne kategorie: pierwsza dotyczy sfery biologicznej (potrzeby ciała – bytowe) i psychologicznej (potrzeby ducha – intelektualne, estetyczne, religijne) i jako taka nie ma charakteru ekonomicznego, a może być wyłącznie traktowana jako popyt potencjalny, który przybiera postać realną, efektywną, tj. tę drugą kategorię, czyli popytu ekonomicznego, dopiero w takim zakresie oraz rozmiarach zaspokojenie potrzeb, w jakim pozwalają na to posiadane i realizowane dochody pieniężne na sfinansowanie zakupywanych dóbr.

    Dla Johna M. Keynesa (1883 – 1946) aczkolwiek potrzeby są podstawą popytu na dobra ekonomiczne, to stopień ich zaspokojenia jest uwarunkowany adekwatnymi dla danego etapu rozwoju gospodarczego współzależnościami ekonomicznymi, które określają rozmiary popytu nazwanego przez niego popytem efektywnym. Pojęcia popytu efektywnego wyjaśnia i definiuje w bardzo rozwlekłym i dlatego nie precyzyjnym wywodzie. Przytoczę wiec najistotniejsze fragmenty tego wywodu (z John M Keynes: Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza, PWN Warszawa 1985): „Przy danym stanie techniki, środków wytwórczych i poziomie kosztów zatrudnienie pewnej określonej ilości siły roboczej wymaga od przedsiębiorcy dwojakiego rodzaju nakładów. Po pierwsze, są to sumy, które wypłaca on czynnikom produkcji (z wyłączeniem innych przedsiębiorców) za ich bieżące usługi i które będziemy nazywali kosztem czynników produkcji związanym z ich wchodzącym w grę zatrudnieniem. Po drugie, są to sumy, które płaci on innym przedsiębiorcom za to, co od nich nabywa, wraz z wynagrodzeniem siebie samego za uszczerbek, jaki ponosi przez uruchomienie aparatu wytwórczego zamiast pozostawienia go w stanie nieczynnym; będziemy je nazywali kosztem użytkowania związanym z zatrudnieniem, o którym mowa. (Z powyższego wynika, że przedsiębiorca wynagradza siebie nie za to, że organizuje i kieruje procesem produkcji, czyli że po prostu pracuje, a za to, że ponosi jakiś uszczerbek lub trud zamiast nic nie robić i pozwolić na bezproduktywne niszczenie się posiadanego kapitału – oczywista bzdura! – LO). Nadwyżka wartości produkcji ponad sumę kosztów czynników produkcji i kosztu użytkowania to zysk albo, jak będziemy go nazywali, dochód przedsiębiorcy. To, co z punktu widzenia przedsiębiorców stanowi koszt czynników produkcji, dla tych czynników jest oczywiście dochodem. W ten sposób koszt czynników produkcji i zysk przedsiębiorcy składają się razem na to, co nazywamy łącznym dochodem wynikającym z zatrudnienia czynników produkcji przez przedsiębiorcę” (s. 50). Po zdefiniowaniu dochodu w oddzielnym akapicie definiuje podaż i popyt: „Oznaczamy przez Z zagregowaną cenę podaży produkcji przy zatrudnieniu N robotników. Zależność Z i N można przedstawić w postaci Z=φ(N), a funkcja φ może być nazwana funkcją łącznej podaży. Podobnie niech D będzie przychodem, który przedsiębiorcy spodziewają się osiągnąć przez zatrudnienie N robotników. Zależność między D i N można przedstawić w postaci D=f(N), a funkcja f może być nazwana funkcją łącznego popytu” (s. 51). Keynes jednoznacznie więc stwierdza, że przychody pieniężne realizowane z produkcji określają łączny popyt efektywny, a nawet, niewątpliwie przy milczącym założeniu, że wartość popytu efektywnego jest dokładnie równa wartości przychodów pieniężnych. W następnym akapicie dochodzi do następującego zdefiniowania pojęcia popytu efektywnego: „Jeżeli teraz przy danej wartości N oczekiwany przychód jest większy aniżeli cena łącznej podaży, tj. jeżeli D jest większe od Z, to zachęci to przedsiębiorców do zwiększenia stanu zatrudnienia ponad N i – gdy będzie to konieczne – do zwiększenia kosztów wskutek konkurencyjnego ubiegania się o czynniki produkcji. Proces ten będzie trwał tak długo, aż N osiągnie wartość, przy której Z zrówna się z D. W ten sposób zatrudnienie jest wyznaczone przez punkt przecięcia funkcji łącznego popytu z funkcją łącznej podaży, gdyż właśnie w tym punkcie przewidywany zysk przedsiębiorstw osiągnie maksimum. Wartość D w punkcie przecięcia funkcji łącznego popytu z funkcją łącznej podaży nazwiemy popytem efektywnym” (s. 51-52).

    Jeśli w powyższym wywodzie Keynes wyraźnie stwierdza, że popyt efektywny, co do wartości, jest po prostu równy kosztowi czynników produkcji, to w dalszym toku prowadzonej analizy temu stwierdzeniu explicite zaprzecza. Twierdzi bowiem, że ostatecznie efektywny popyt zależy nie tylko od wysokości przychodu/dochodu społeczeństwa, ale też od jego skłonności do konsumpcji. A to dlatego, że „Psychika społeczeństwa jest tego rodzaju, że łączna konsumpcja rośnie wraz z całkowitym dochodem realnym, ale przyrost jej jest mniejszy od przyrostu dochodu” (s. 53). Ostatecznie więc „Zależność między dochodem społeczeństwa a sumą D1, którą przypuszczalnie wyda ono na konsumpcję, wynika z pewnej właściwości psychicznej tego społeczeństwa; właściwość tę nazwiemy skłonnością do konsumpcji” (s. 55). „To właśnie prawo psychologiczne jest kluczem do naszego zagadnienia”. Nigdzie nie podaje jednak, skąd takie „prawo” wziął; po prostu sam je wymyślił dla uzasadnienia swojej błędnej teorii! Dalej więc wywodzi: „Wynika bowiem z niego (z psychologicznego prawa – LO), że im wyższy jest poziom zatrudnienia, tym większa będzie rozpiętość między zagregowaną ceną podaży (Z) produkcji odpowiadającej temu zatrudnieniu i sumą D1, którą przedsiębiorcy spodziewają się otrzymać. Jeżeli więc skłonność do konsumpcji pozostaje bez zmiany, to nie może nastąpić wzrost zatrudnienia, o ile D2 (nakłady na nowe inwestycje – LO) nie wzrośnie o tyle, że wzrost ten pokryje zwiększającą się różnicę między Z i D1” (s. 56), czyli dopóki nakłady na inwestycje nie wzrosną do takiego poziomu, aby wchłonąć też nadmierne oszczędności. Ale, jak pokazuje doświadczenie, wraz ze wzrostem nakładów inwestycyjnych spada ich efektywność, tj. obniża się stopa zwrotu od zainwestowanego kapitału. Okazuje się więc, że „w społeczeństwie bogatym nie tylko słabsza jest krańcowa skłonność do konsumpcji, ale ponieważ nagromadzony już kapitał takiego społeczeństwa jest większy, możliwości inwestycyjne są mniej obiecujące, chyba że stopa procentowa spada w tempie dostatecznie szybkim” (s. 58). Efektywność inwestycji stanie się satysfakcjonująca dla przedsiębiorców, gdy na odpowiednio niskim poziomie będzie utrzymywana stopa procentowa. Z wyżej przeprowadzonej przez Keynesa „analizy” wynika, że w społeczeństwach bogatych występuje stała tendencja do coraz niższych względnie wydatków od realizowanych dochodów, czyli D1 (wydatki na konsumpcję) + D2 (nakłady na inwestycje) ˂ D (przychód) = Z (zagregowana cena podaży).

    Jak pokażę w niżej przeprowadzonej analizie, w gospodarce dynamicznej rzeczywiście istnieje stałe niedostosowanie wartości ogólnego popytu do wartości ogólnej podaży, ale nie z powodu przypisanej ludziom przez Keynesa jakieś urojonej skłonności do nadmiernego oszczędzania. Takiemu „prawu” bezdyskusyjnie zadaje kłam powszechne współcześnie i coraz wyższe zadłużanie się gospodarstw domowych i przedsiębiorstw. W rozpoznaniu i wyjaśnieniu tego problemu zupełnie zawiódł Keynesa przeceniany przez niego intuicyjny wgląd, bo jedynie on, jak twierdził, pozwala dotrzeć do istoty rzeczy i dlatego daje wiedzę prawdziwą i pewną. W próbie rozwiązania problemu Keynes zupełnie nie rozpoznał przede wszystkim jego realnej przyczyny, ale też i pomylił sekwencje czasowe. Twierdził bowiem, że przyczyną nierównowagi jest brak popytu z powodu nadmiernych oszczędności z realizowanych dochodów pieniężnych. Faktycznie zaś jest odwrotnie, w gospodarce dynamicznej występuje stała nadpodaż w stosunku do realizowanych i wydawanych (w całości!) dochodów. Błąd w jego analizie polega na tym, że abstrahuje w niej, nie uwzględnia w ogóle upływu czasu. Nie tyle przekonuje, co wręcz wciska czytelnikowi, że wszelkie wydatki pieniężne, w tym nakłady na produkcję, przekładają się bezpośrednio, bez upływu czasu, na efekty, czyli na wytworzoną produkcję i dochód. Po prostu usiłuje rozwiązać problem dynamiczny przy pomocy rozumowania statycznego! Tymczasem wydatkowane na inwestycje i produkcję nakłady dają efekty dopiero po zakończeniu ich procesów, które są realizowane w określonej długości cyklach. Natomiast ich efekty są realizowane w krótkich aktachkupna/sprzedaży, jeżeli abstrahuje się od wcześniejszych pertraktacji i zawieranych kontraktów handlowych.

    Statyka charakteryzuje się tym, że z ruchem, przemieszczaniem się przedmiotów w czasie i przestrzeni nie są związane zmiany ilości, bądź kształtów, czy też jakości tych przedmiotów. Z tego względu w analizie statycznej można nie uwzględniać upływu czasu, bo w kolejnych przedziałach czasowych fakty i zjawiska są powtarzalne, względnie są pod działaniem takich sił, które wymuszają ich powrót do stanu z okresu poprzedniego. Analityk stara się ujawnić, jakie są to siły. Klasycznym przykładem badania praw statycznych w ekonomii jest analiza reprodukcji prostej, która charakteryzuje się tym, że w kolejnych, następujących po sobie przedziałach czasowych ilość i jakość oraz struktura asortymentowa wytwarzanych towarów nie zmienia się. Natomiast dla dynamiki istotne jest to, że wraz z upływem czasu zmieniają się stany ilościowe i jakościowe badanych przedmiotów. Analizę sił dynamicznych działających i przejawiających się w gospodarce można i należy prowadzić w oparciu o model, i jego różne warianty, reprodukcji rozszerzonej. Celem analizy zjawisk zachodzących w dynamice jest wyodrębnienie i ustalenie bardzo ukrytych i oddalonych od skutków przyczyn, które powodują zmiany ilościowe i jakościowe badanych przedmiotów. Jak wskazuje na to sama nazwa, analiza dynamiczna nie może abstrahować od czasu. Czas jest głównym atrybutem, podstawowym parametrem analizy dynamicznej. Tymczasem Keynes w sposób bardzo dowolny posługuje się obiema modelami: statycznym i dynamicznym. Przy czym jego pojęcie dynamiki to nie procesy zachodzące w czasie, a po prostu kadry filmowe.

    Keynes na podstawie tak ułomnie przeprowadzonej analizy, jak to wyżej zostało pokazane, sformułował następujące wnioski dla polityki gospodarczej: 1) Lukę w niedostatecznym popycie powinny wypełniać wydatki państwa finansowane z deficytu budżetowego, czyli państwo powinno wypożyczać od kapitalistów ich wolne, niewydawane środki pieniężne i finansować nimi roboty publiczne oraz inne przedsięwzięcia, m. in. inwestycje infrastrukturalne. 2) Aby zniechęcać dochodobiorców do nadmiernego oszczędzania i tezauryzowania pieniędzy, bank centralny powinien prowadzić taką politykę emisyjną pieniądza, aby przez nadmierną, inflacyjną jego podaż utrzymywać realną stopę procentową na odpowiednio niskim poziomie, co powinno zachęcać do zadłużania się i wydawania więcej od realizowanych dochodów. Taka polityka pieniężno-finansowa, przekonywał, będzie stymulować wzrost popytu i przekładać się na wzrost zatrudnienia, produkcji i dochodu.

    Zarówno teoria zbudowana przez Keynesa jak i sformułowane zalecenia dla prowadzenia rzekomo efektywnej polityki gospodarczej są błędne, ponieważ cała ta jego budowla została wzniesiona na nierzeczywistej, fikcyjnej przesłance. Mianowicie na nieistniejącym, a wymyślonym przez samego Keynesa takim prawie psychologicznym, które mówi, że „konsumpcja rośnie wraz z dochodem, lecz jej przyrost jest mniejszy od przyrostu dochodu”. Jak sam to stwierdził: „To właśnie prawo psychologiczne jest kluczem do naszego zagadnienia”, czyli jest fundamentem, podstawą w jego teorii.

    Keynes był intuicjonistą w swych badaniach naukowych, z czym się w ogóle nie krył, a wręcz przeciwnie hołubił się tym. Głosił, że wiedza, do której dochodzi się poprzez wgląd intuicyjny, jest wiedzą pewną w przeciwieństwie do tej, która jest wyprowadzona nawet z najbardziej logicznego rozumowania analitycznego, jeśli zostało ono oparte na błędnych założeniach i przesłankach. Oczywiście z warunkową częścią powyższego twierdzenia zgodzi się każdy rzetelny analityk. Jednak twierdzenie to nie zawiera całej prawdy o zasadniczej różnicy, jaka istnieje pomiędzy wiedzą zdobywaną na drodze intuicyjnego wglądu oraz wyprowadzonej z logicznej analizy opartej na realnych adekwatnych rzeczywistości przesłankach. W najnowszych badaniach z zakresu psychologii percepcji oraz podejmowania decyzji, jakie przeprowadzili Amos Tversky (1937-1996) i Daniel Kahneman (ur. 1934), opracowali oni teorię perspektywy, opisującą procesy decyzyjne w warunkach niepewności. Teoria ta wskazuje, że ludzie upraszczają skomplikowane problemy, skupiając się na tym, co różni zjawiska, a nie na tym, co je łączy. Wgląd dotyczący powiązania w percypowanych faktach jest uzależniony od rozległości posiadanej wiedzy (Daniel Kahneman: Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym. Wydawnictwo Media Rodzina 2012. Daniel Kahneman za zastosowanie narzędzi z psychologii w badaniach ekonomicznych, ze szczególnym uwzględnieniem teorii perspektywy, otrzymał w 2002 Nagrodę Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii). Z tego wynika, że intuicjonista odrzuca fakty nowe mu nieznane, a jeśli już się nimi zainteresuje, to dopatruje się współzależności i związków przyczynowych w faktach znanych, które w sposób upraszczający do siebie dopasowuje, fałszując nawet oficjalne dane, czego, jak wiadomo, dopuszczał się Keynes ( Leon Orlikowski: Produkcja i sprzedaż towarów oraz obieg pieniężny w gospodarce dynamicznej, Instytut Wydawniczy „Książka i Prasa”, Warszawa 2013, s. 132) lub też odrzucając te dane, co z kolei robił zwolennik szkoły austriackiej Murray Rothbard (1926-1995): (Murray N. Rothbard: Wielki Kryzys w Ameryce, Wyd. Instytut Ludwiga von Misesa, Warszawa 2000, s. 67). Tymczasem analityk nowe fakty, które nie zgadzają się i zaprzeczają uznawanej teorii, wyabstrahowuje je z plątaniny i chaosu ich współwystępowania z faktami mu znanymi oraz w żmudnych i pracochłonnych analizach bada kolejno ich wzajemne związki tak długo, dopóki nie znajdzie dostatecznie wiarygodnego powiązania pomiędzy nimi. Dla intuicjonisty taka metoda poszukiwania prawdy jest kosztowna i dlatego nieefektywna, a ponadto nie gwarantuje sukcesu, na czym mu najbardziej zależy. Może się bowiem okazać, że wieloletnie analizy prowadzą w końcu w ślepą uliczkę i nie dają spodziewanego efektu. Cały wysiłek okazuje się stracony. Dlatego intuicjonista, którego ambicje są większe od jego intelektualnych możliwości, stara się składać nieznane nikomu puzzle, jakie wyłania rozwój nauki przed jej adeptami, szybko i na siłę, dopuszczając się nawet świadomego fałszowania faktów. Liczy na to, że może się uda i odniesie sukces, nawet gdyby okazał się krótkotrwały. Keynesowi się to udało! Już za życia obnosił się w aureoli genialnego odkrywcy. A wiele lat po śmierci jego błędna doktryna zniewalała i nadal zniewala umysły, spychając ludzkie działania w ślepy zaułek destrukcji i niemocy. Przypadek keynesowskiej pomyłki względnie popełnionego poważnego błędu hamującego postęp w poznawaniu świata w historii rozwoju nauki nie jest odosobniony. Przecież przez długie lata, ba! przez kilkanaście wieków intuicja podpowiadała i przekonywała wszystkich żyjących i jak najbardziej racjonalnie myślących w tym okresie ludzi, że to Słońce krąży wokół Ziemi a nie odwrotnie oraz że to przedmioty cięższe spadają na ziemię szybciej niż lekkie. Dopiero Mikołaj Kopernik (1473-1543) oraz Galileo Galilei (Galileusz) (1564-1642) pokazali, że ludzka intuicja jest zawodna i dowiedli, że faktyczna, obiektywna rzeczywistość jest zupełnie inna: to Ziemia porusza się wokół Słońca, a przedmioty zarówno ciężkie jak i lekkie spadają na ziemię z tą samą prędkością.

    Innym przykładem zbudowania fałszywej teorii na „intuicyjnym wglądzie” jest sławetne Prawo Say’a (Jean-Babtiste Say 1767-1832), które mówi, że ponieważ towary wymienia się ostatecznie na inne towary, a pieniądz jest tylko narzędziem, pośrednikiem w tej wymianie, więc występowanie jakiejkolwiek ogólnej nadpodaży towarów jest niemożliwe. Dowód swój Say wyprowadził z dywagacji na temat, że może występować tylko asortymentowe niedostosowanie podaży do popytu. Faktycznie więc całą swoją analizę skoncentrował nie na problemie nadpodaży, a na problemie dostosowania struktury podaży do struktury popytu. Wtedy rzeczywiście nadpodaż jednych towarów, których jest względnie za duża do istniejącego popytu, a innych równolegle za mała, oddziałuje poprzez rynek w ten sposób, że ceny tych pierwszych wzrastają, a drugich spadają, co uruchamia mechanizm przesuwania kapitałów z produkcji asortymentów przeinwestowanych do niedoinwestowanych i ogólna równowaga poprzez zmiany ilości produkowanych i dostarczanych na rynek wyrobów zostaje przywrócona. Stąd wniosek, jednak wcale nie wypływający logicznie z tak przeprowadzonego rozumowania, że ponieważ towary wymieniają się ostatecznie na towary, więc każda podaż stwarza automatycznie dla siebie zbyt, czyli popyt (J.B. Say: Traktat o ekonomii politycznej, PWN Warszawa 1960, s.207-221) . W swych dywagacjach na temat niedostosowania podaży do popytu i wynikającego z tego faktu przepływu kapitałów z gałęzi przeinwestowanych do niedoinwestowanych, Say de facto w swym dziele nic nowego nie przedstawił, a powtórzył tylko to, co już wcześniej na ten temat napisał Adam Smith (1723-1790) w swym Bogactwie narodów (Adam Smith: Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, PWN Warszawa 1954, s. 73-75). Przeprowadzona na takim poziomie analiza, która ograniczyła się wyłącznie do badania związku pomiędzy popytem a podażą w reprodukcji prostej, nie uprawniała do uogólnienia jej na reprodukcję rozszerzoną, która, jak to pokażę dalej uruchamia i wymaga stosowania zupełnie innego mechanizmu równowagi, nie stacjonarnej, którą Say posłużył się w swym rozumowaniu, a dynamicznej, która zasadniczo różni się od tego mechanizmu, jakiego posiada i którym charakteryzuje się równowaga w statyce.

    Ogólną wartość podaży i sprzedaży w kolejnych, równych przedziałach czasowych, gdy jest realizowana reprodukcja prosta, można sobie wyobrazić w postaci wartości stałego, niezmieniającego się w czasie strumienia towarów dostarczanych na rynek, a gdy jest realizowana reprodukcja rozszerzona, to w postaci strumienia wzrastającego w określonym, stałym lub zmiennym tempie (stopie wzrostu). Reprodukcję rozszerzoną najłatwiej sobie wyobrazić i zrozumieć jako geometryczny ciąg wartości podaży i sprzedaży towarów, który w kolejnych i równych przedziałach czasowych wzrasta w stałym tempie. Kanonem wiedzy matematycznej dla każdego ucznia szkoły średniej jest pojęcie postępu geometrycznego jako takiego ciągu kolejnych liczb, „zwanych wyrazami postępu, w którym każdą następną liczbę otrzymuje się z poprzedniej przez pomnożenie jej przez określoną liczbę q, zwaną ilorazem postępu. Jeżeli q ˃ 1, to postęp nazywamy rosnącym” (zob. I.N. Bronsztejn i K.A. Siemiendiajew: Poradnik encyklopedyczny matematyka, PWN Warszawa 1959, s. 189). Właśnie takim ciągiem postępu geometrycznego rosnącego jest reprodukcja rozszerzona, charakteryzująca się tym, że podaż towarów na rynek wzrasta w stałym tempie r, gdzie r = q – 1.

    Większego uściślenia wymaga też wyżej podane pojęcie reprodukcji prostej. Reprodukcja prosta charakteryzuje się nie tylko tym, że w kolejnych przedziałach czasowych jest stała wartość podaży towarów na rynek. ale również i tym, że wartość popytu na te towary jest stała, niezmienna w czasie przede wszystkim dlatego, że jest określona dochodami/przychodami pieniężnymi realizowanymi ze sprzedaży towarów w okresie bezpośrednio wcześniejszym, czyli wartość przychodu pieniężnego za sprzedane towary w okresie to – t1 określa wartość popytu i zakupu towarów w okresie t1 – t2. Przy takim założeniu cały przychód ze sprzedaży towarów w danym okresie stanowi rezerwę pieniędzy transakcyjnych, z której finansowane/płacone są zakupy towarów dokonywane w następnym okresie. W modelu abstrahujemy więc od rezerwy pieniądza tezauryzowanego, która powstaje i wzrasta z nadwyżki/różnicy pomiędzy przychodami jednego okresu oraz mniejszymi wydatkami następnego okresu. Obieg pieniędzy z rezerwy transakcyjnej stanowi mechanizm, który przede wszystkim określa ogólną wartość popytu oraz dostosowuje do niej ogólną wartość i strukturę asortymentową podaży. Można sformułować tezę, że rotacja poprzez kolejne przedziały czasowe stałej wartości rezerwy transakcyjnej po prostu wymusza stałą wartość strumienia podaży i sprzedaży towarów, czyli rezerwy transakcyjne są tym podstawowym czynnikiem i mechanizmem, który rotacyjnie przenosi wartość popytu na kolejne przedziały czasowe, w określonym przeciętnym cyklu ich obiegu μ. W warunkach występowania rotacji wartościowo niezmiennej, stałej rezerwy transakcyjnej nawet gdyby część konsumowanych dochodów została zaoszczędzona i zainwestowana w przyszły przyrost produkcji, to dostarczona na rynek w przyszłości z tych inwestycji dodatkowa wartość podaży, wobec nadal istniejącej stałej wartości popytu, zadziałałaby w ten sposób, że przeciętny poziom cen dostarczonych na rynek towarów zostałby odpowiednio obniżony. Natomiast przedsiębiorstwa produkujące dotąd w sferze wysokich kosztów krańcowych stałyby się nierentowne i zbankrutowałyby. Poprzez obniżkę cen i eliminację z rynku najkosztowniejszych producentów ogólna wartość strumienia produkcji i podaży towarów zostałaby dostosowana do wartości popytu. Jeżeli nie wzrośnie i nie wzrasta ogólna wartość popyt, to nawet oszczędzanie i realizowanie inwestycji netto nie może gospodarki wprowadzić na ścieżkę samoczynnego i stałego wzrostu gospodarczego. Na tym polega reprodukcja prosta i do tego ogranicza się jej analiza. Teza ta tłumaczy, dlaczego kraje zapóźnione w rozwoju gospodarczym, mimo udzielanej im pomocy finansowej i technologicznej, tak trudno lub wcale nie osiągają zadowalającego wzrostu gospodarczego.

    W sytuacji gdy nastąpi wzrost produkcji i podaży towarów na rynek, nie spowoduje to spadku cen tylko wtedy, gdy równolegle wzrośnie odpowiednio ogólna wartość popytu. Do wyjaśnienia takiego przypadku, musimy posłużyć się modelem reprodukcji rozszerzonej. Z modelu reprodukcji prostej wiadomo, że wartość popytu na towary w okresie t1 – t2 jest określona pieniężną wartością dochodów/przychodów zrealizowanych za sprzedane towary w okresie to – t1. Jest to ta wartość rezerwy pieniędzy transakcyjnych na koniec okresu (cyklu = μ), które wpłynęły i znajdują się w kasach sprzedawców za upłynnione towary w okresie to – t1. W reprodukcji rozszerzonej wartość popytu jest określona w identyczny sposób jak w reprodukcji prostej, czyli wartością przychodów pieniężnych, które zostały zrealizowane za sprzedane towary w okresie poprzednim i osiadły w kasach sprzedawców jako rezerwy pieniędzy transakcyjnych. Określają one ogólną wartość popytu na towary, jaka będzie istniała, gdy z rezerw tych będą finansowane zakupy towarów w następnym przedziale czasowym, czyli w t1 – t2. . Reprodukcja rozszerzona od reprodukcji prostej odróżnia się głównie tym, że nie cała wytwarzana produkcja jest zużywana na konsumpcję oraz na odtwarzanie zużywających się narzędzi i pozostałych środków produkcji, jaka następuje w procesie wytwarzania dóbr konsumpcyjnych. Część dochodów jest niekonsumowana. Z tej nieskonsumowanej, zaoszczędzonej części dochodów są finansowane inwestycje netto, które po ich zakończeniu powiększą zdolności produkcyjne. Tak więc z zainwestowanych oszczędności z dochodów zrealizowanych w poprzednich okresach, w zależności od łącznej długości cykli inwestowania, czyli budowania zakładów produkcyjnych oraz produkowania w nich wyrobów gotowych i dostarczania ich na rynek do sprzedaży, następują efekty w postaci przyrostu wartości strumienia podaży w stosunku do podaży uzyskanej z odtworzonych kosztów produkcji poniesionych w poprzednim okresie to – t1. W okresie t1 – t2 wystąpi więc nadwyżka wartości podaży w stosunku do wartości popytu, którego określają dochody/przychody pieniężne zrealizowane za sprzedane towary w okresie to – t1. Popyt w przedziale czasowym t1 – t2 określony przez rezerwy pieniędzy transakcyjnych zgromadzonych ze sprzedaży towarów w przedziale to – t1 można nazwać popytem endogenicznym. Podstawą więc popytu endogenicznego są dochody/przychody pieniężne realizowane przy wytwarzaniu i obrocie produktu społecznego w okresie bezpośrednio poprzedzającym okres ich wydatków, czyli w okresie aktualizowania się popytu z tych przychodów.

    Różnica pomiędzy wartością podaży uzyskanej z odtworzenia nakładów oraz z inwestycji netto a wyżej zdefiniowanym popytem endogenicznym, który jest określony wydatkami z rezerw transakcyjnych pieniędzy, jakie wpłynęły do sprzedawców za towary upłynnione w okresie poprzednim, stanowi nadpodaż wartości towarów. Żeby tę nadpodaż zrealizować, upłynnić po stałych, istniejących cenach, jest konieczny dodatkowy popyt. Wewnątrz układu gospodarczego takiego popytu nie ma, jeśli w kraju nie ma kopalń kruszców monetarnych. W warunkach obiegu pieniądza kruszcowego tylko podaż kruszców nowo pozyskanych stwarzała dodatkowy popyt na nadpodaż towarów, która jest dostarczana na rynek w gospodarce wzrostowej. Kraj, który nie posiadał kopalń kruszców monetarnych, musiał eksportować za granicę swoje nadwyżki towarowe, jakie dawały mu inwestycje netto w stosunku do istniejącego wewnętrznego popytu określonego ogólną wartością obiegającego pieniądza kruszcowego, i za nie przywozić, importować kruszce. Poprzez handel zagraniczny był więc uruchamiany mechanizm, w wyniku którego krajowa nadwyżka podaży była upłynniana za granicę, a z pozyskanych za nią kruszców były wybijane i wtłaczane do obiegu nowe monety, które aktywizowały wzrost krajowego popytu, a ten z kolei stymulował wzrost produkcji i podaży towarów. Kraj, który realizował nadwyżki w handlu zagranicznym, rozwijał się gospodarczo. W okresach obiegu pieniądza kruszcowego nadpodaż towarów była więc w każdym przypadku absorbowana przez nakłady i koszty ponoszone na wydobycie kruszców szlachetnych i wybijanie z nich monet obiegowych. Koszty wydobywania kruszców były absorbowane albo przez nadwyżki podaży krajowych towarów, gdy w kraju powiększał się obieg monetarny, albo też przez nadwyżki importowane z zagranicy w zamian za eksportowane kruszce do krajów, które prowadziły politykę merkantylistyczną w celu powiększania wewnętrznego obiegu monetarnego. Emisja monet kruszcowych rozwiązywała jednocześnie dwa problemy: absorbowała, czyli likwidowała nadwyżkę podaży oraz powiększała rezerwę pieniędzy transakcyjnych niezbędnych do obsługiwania powiększającej się w kraju wymiany towarowej, która systematycznie wzrastała na skutek dokonującego się wraz z powstaniem kapitalizmu przyspieszonego wzrostu gospodarczego. Nie należy się więc dziwić, że w okresie obiegu pieniądza kruszcowego powstała i skutecznie funkcjonowała doktryna merkantylistyczna. Zresztą współcześnie nadal wiele krajów w swej polityce rozwoju gospodarczego skutecznie stosuje doktrynę merkantylistyczną. Stosują ją Niemcy i Chińczycy oraz te kraje, które realizują przyspieszony rozwój gospodarczy, i które chcą w poziomie życia na mieszkańca, jak najszybciej dogonić kraje najbogatsze.

    Doktryna merkantylistyczna teoretycznie została zakwestionowana dopiero wtedy, gdy nauczono się w sposób umiarkowany emitować pieniądz papierowy. Kredytowa emisja pieniądza papierowego umożliwiała bowiem na absorbowanie nadwyżki podaży wewnątrz kraju, przede wszystkim na finansowanie wydatków budżetowych, dla których państwo nie miało pełnego pokrycia we własnych dochodach. Taką właśnie praktykę emitowania pieniądza papierowego zapoczątkował i w niej dominował powołany w 1694 r. Bank Anglii. Nic dziwnego, że to Adam Smith w swym Bogactwie narodów jako pierwszy teoretycznie zakwestionował doktrynę merkantylistyczną. Jednak miał do niej stosunek ambiwalentny, inny w teorii i inny w praktyce. Wytwarzane i posiadane nadwyżki towarów i kapitałów zalecał bowiem nie zużywać w kraju, a eksportować je za granicę. Prawdopodobnie nie zgodziłby się ze sformułowaną i ogłoszoną w 1803 r. przez francuskiego ekonomistę Say’em, czyli już po śmierci Adama Smitha (1790 r.), tezą, że każda podaż towarów stwarza dla siebie automatycznie popyt i zbyt i dlatego nie ma i nie może nigdy wystąpić nadpodaż towarów. Dopiero później, epigoni Say’a nadali tej tezie rangę „prawa”. Jednak „prawdziwość” takiego „prawa” nie została nigdy poddana falsyfikacji w pogłębionej analizie dynamicznej.

    Ponieważ dodatkowy popyt umożliwiający realizację, czyli pieniężne upłynnienie nadwyżki podaży, nie pochodzi z dochodów realizowanych przy produkcji i obrocie produktu społecznego, a jest kreowany dodatkowo, jakby zewnętrznie, nazwiemy go popytem egzogenicznym, czyli popytem zewnętrznym w stosunku do popytu endogenicznego. Razem te dwa popyty stanowią popyt efektywny, tj. stanowiący ogólną wartość popytu, który umożliwia realizację strumienia podaży towarów dostarczanych na rynek przez gospodarkę wzrostową po przeciętnie stałych cenach. Wyżej zdefiniowany popyt efektywny nie ma nic wspólnego z popytem efektywnym Keynesa; temu samemu mianu jest przyporządkowany bowiem zupełnie inny desygnat, czyli przedmiot myśli.

    Natomiast na ogólną wartość strumienia podaży towarów w danym przedziale czasowym składają się towary wytworzone lub odtworzone w granicach kosztów produkcji poniesionych w poprzednim przedziale czasowym oraz z przyrostu produkcji uzyskanego z inwestycji netto. Przyrost produkcji z inwestycji netto daje nadpodaż wartości towarów w stosunku do popytu endogenicznego. Jeżeli gospodarka kraju ma się rozwijać w warunkach dynamicznej równowagi, czyli według określonej, stałej stopy wzrostu, to nadpodaż wartości towarów musi być pieniężnie upłynniana, ale nie na finansowanie inwestycji produkcyjnych, bo wtedy następowałby dodatkowy przyrost zdolności produkcyjnych w stosunku do przyrostu osiąganego z inwestycji netto, które są finansowane z oszczędności z dochodów. Ze sprzężenia zwrotnego pomiędzy efektami a nakładami z dodatkowego przyrostu inwestycji netto i zdolności produkcyjnych rozwija się boom inwestycyjny, który systematycznie podnosi stopę wzrostu, co w końcu prowadzi do zatoru z powodu skumulowania się nadpodaży produkcji i ogólnego kryzysu. Nadwyżka podaży musi więc być i to koniecznie, jeśli ma być utrzymywana stała dynamiczna równowaga wzrostu, systematycznie upłynniana na cele nieprodukcyjne, np. w wyniku dodatkowego kredytowania konsumpcji, ale przede wszystkim poprzez finansowanie deficytowych wydatków budżetowych.

    W warunkach obiegu pieniądza nietowarowego dodatkowy popyt na nadwyżkę podaży jest w obecnej praktyce kreowany poprzez udzielanie nadwyżkowego kredytu nie pokrytego oszczędnościami z dochodów. Za emitowane kredytowo pieniądze są kupowane nadpodażowe towary na cele konsumpcyjne lub inwestycyjne. Podkreślmy więc jeszcze raz: gdy z dodatkowo kreowanych kredytów są finansowane inwestycje netto, to jak to wyżej stwierdziliśmy, podnosi to ogólną stopą inwestycji w stosunku do poziomu tej stopy, która jest finansowana i realizowana z oszczędzanych dochodów i która to zabezpiecza stałą stopę wzrostu i dochodu. Produkcyjne inwestowanie nadwyżki podaży z kolejno następujących po sobie okresów rozwija więc boom inwestycyjny, który po osiągnięciu apogeum kończy się kryzysem. Nie rozwija się natomiast boom koniunkturalny, gdy nadwyżka podaży jest absorbowana na cele nieprodukcyjne, czyli na kredytowe finansowanie konsumpcji oraz na deficytowe wydatki budżetowe. Jednak we wszystkich wyżej wymienionych przypadkach kreowania kredytowego pieniądza powstaje trwały, wieczysty dług, którego udział w dochodzie systematycznie się podnosi z powodu kapitalizowanego oprocentowania tego długu. Wysoki udział długu w dochodzie uniemożliwia jego obsługę z bieżących dochodów, co paraliżuje dalszy rozwój i prowadzi do stagnacji gospodarczej. Klasycznym przykładem takiego stanu jest obecnie Japonia. Dalszy wzrost zadłużania się krajów, to japońska perspektywa dla kolejnych dłużników!

    Wniosek: Należy przebudować obecny system pieniężno-finansowy w taki sposób, aby kreacja i wzrost obiegu nietowarowego pieniądza nie powodowały powstawania żadnego długu, ani państwowego, ani też prywatnego.

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Odpowiadam tylko na ostatnie zdanie:

    Wniosek: Należy przebudować obecny system pieniężno-finansowy w taki sposób, aby kreacja
    i wzrost obiegu nietowarowego pieniądza nie powodowały powstawania żadnego długu, ani państwowego, ani też prywatnego.

    Moim skromnym zdaniem, aby do tego doszło, trzeba wprowadzić standard złota i pieniądz kruszcowy.
    Fiat money zawsze skończy się długiem, i to coraz bardziej paskudnym.

    Ukłony
    Jan M Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *