W przededniu referendum w Szwajcarii

chat-dymki
0

Przez większą część mojej kariery zawodowej dotyczącej inwestycji zagranicznych, pisze Peter Schiff, wiele uwagi i wiary w sukces pokładałem w szwajcarskich rynkach finansowych.

pobrane

Kwestia gwarancji

Ta wiara znacznie osłabła w ostatnich latach, od kiedy rząd w Bernie postanowił związać się mocniej z tracącą na znaczeniu walutą europejską, a także łasić się do regulatorów amerykańskiego rynku finansowego usiłujących zniewolić szwajcarski sektor bankowy.

W tym tygodniu nadzieje i wysokie oczekiwania w stosunku do Szwajcarów odżyły w związku z wyznaczonym na 30 listopada b.r. referendum, w którym obywatele tego niewielkiego, ale zamożnego kraju mają się wypowiedzieć nad przyszłością swej waluty, czyli franka, a konkretnie, odpowiedzieć na pytanie: czy wyrażają zgodę na zwiększeniem przez tamtejszy bank centralny rezerwy kruszcu złotego do poziomu 20 procent wolumenu ich waluty. Referendum to daje Szwajcarom rzadką okazję powrotu tego kraju do dziedzictwa finansowej i monetarnej potęgi.

Niewiele krajów ma sposobność wypowiadania się na podobny temat. Tymczasem skutki referendum mogą mieć ogromny wpływ na gospodarczą przyszłość nie tylko Szwajcarii, ale i całego świata.

Od kilku wieków, frank szwajcarski był dla inwestorów gwarancją długoterminowej i korzystnej lokaty. Tradycyjnie bowiem waluta szwajcarska była symbolem stabilności i trwałości swej siły nabywczej. Działo się tak, ponieważ rząd szwajcarski wierny był idei konserwatywnego banku centralnego, trzymając się przy tym konsekwentnie odpowiedzialności fiskalnej. Z chwilą powołania do życia nowej waluty europejskiej, euro, mądrzy Szwajcarzy początkowo przyglądali się pomysłowi bez entuzjazmu i z daleka. Nie chcieli nawet wymieniać swego sprawdzonego i mocnego franka na nieznany im, w dużym stopniu tajemniczy pieniądz paneuropejski.

Twórcy waluty europejskiej sugerowali nawet, żeby z chwilą pojawienia się euro, waluta szwajcarska stała się spadkobiercą mocnej niegdyś i wysoce wiarygodnej Deutsch marki. Niestety, zamiast stać się następcą waluty niemieckiej, frank stał się przyrodnim bratem upadającego lira włoskiego i greckiej drachmy. Z perspektywy czasu widać, że dystans i wstrzemięźliwość z jakim Szwajcarzy potraktowali euro był mądrym i słusznym założeniem.

Peg

Jednakże w 2011 roku, z powodu przedłużającego się kryzysu monetarnego w strefie euro, a także w obliczu nasilającej się aprecjacji swojej waluty, rząd szwajcarski pod wpływem nacisków ze strony Europejskiego Banku Centralnego uległ presji i dla powstrzymania dalszej aprecjacji franka powiązał się z euro na zasadzie pegu. Oznaczało to de facto przyjęcie euro jako drugiej, a może nawet i pierwszej waluty Helwecji.

Aby zlecenie (kurs) peg[1] działało w praktyce, kiedy tylko kurs franka spadał poniżej (uzgodnionego z bankiem centralnym Unii Europejskiej) poziomu 1,20 Sfr za euro, szwajcarski bank centralny musiał interweniować w celu powstrzymania wzrostu kursu franka[2]. Polegało to na kupowaniu waluty euro i składowaniu jej tak, aby osłabić franka. Kwoty, o jakich tu mowa są tak oszałamiające, że zjawisko dostosowania się do pegu dostrzegli nawet zwykli, niewykształceni w niuansach wymiany walutowej obywatele szwajcarscy. Zwłaszcza, że w ostatnich kilku latach gospodarka Szwajcarii, połączona więzami walutowymi ze strefą euro, notowała podobną do unijno-europejskiej stagnację. Opinia publiczna zrozumiała tym samym, że sprawa decyzji o powiązaniu obu walut pegiem jest kwestią otwartą, nad którą należy się pochylić. Utrzymywanie istniejącego stanu rzeczy jest dla gospodarki szwajcarskiej kosztowne, żeby nie powiedzieć: szkodliwe. Stąd pomysł rozpisania referendum.

Rabunek

Szwajcaria była ostatnim krajem uprzemysłowionym, który odszedł od tzw. standardu złota dopiero w roku 1999, mimo iż w opinii Helwetów mechanizm ten służył im przez wieki bardzo sprawnie i z korzyścią dla gospodarki i dobrobytu obywateli.

pobrane (2)
Z chwilą odejścia od standardu złota, szwajcarski bank centralny, Swiss National Bank posiadał w swoich zasobach ok. 2600 ton złota, co stanowiło ok. 41 procent wolumenu całkowitych rezerw walutowych kraju. Zaraz po tym ilość złota zaczęła spadać. Do końca roku 2008 zasoby złota stanowiły już tylko 21 procent wolumenu rezerwy walutowych, czyli o połowę mniej. W sierpniu 2014 roku spadły do poziomu 7,9 procent rezerwy, osiągając poziom 1040 ton, co tylko w ciągu ostatnich 15 lat oznacza spadek rzędu 60 procent stanu z roku 1999.

Jednakże prawdziwym problemem nie było zł…oto, lecz wielkość zapasów (rezerw) waluty europejskiej (euro). W chwili obecnej Swiss National Bank posiada w swoich sejfach euro o wartości 453 miliardów franków (blisko pół biliona dolarów, albo 1,6 biliona złotych) co odpowiada mniej więcej rocznemu poziomowi PKB Polski. W przeliczeniu na statystyczną głowę mieszkańca tego, co tu ukrywać, niewielkiego kraiku, jakim jest Szwajcaria, oznacza to 56000 franków (ponad 200 tys. złotych). Prawie 90 procent tych zasobów zgromadzono zaledwie w ciągu ostatnich 6 lat[3].

Oficjalnym powodem tej akumulacji było ratowanie euro przed spadkiem w stosunku do waluty szwajcarskiej. W języku potocznym oznaczało to jednak kradzież siły nabywczej franka szwajcarskiego w stosunku do tej, jaką waluta by miała, gdyby nie ratowano przy jej pomocy euro.  To z kolei oznacza, że o takie kwoty zubożono obywateli Szwajcarii. Dla rodziny czteroosobowej  wartość skonfiskowanego majątku wynosiła ok. 110 tysięcy złotych rocznie, każdego roku przez ostatnie sześć lat. Pieniądze te podarowano krajom strefy euro, które mniej lub bardziej świadomie przyłączyły się do europejskiej unii walutowej. Nawet dla tak bogatego kraju, jakim jest Szwajcarii był to znaczący rabunek.

Woda z mózgu

Szwajcarscy politycy tłumaczyli obywatelom, że kupowanie euro było koniecznością wynikającą z chęci ochrony producentów i konsumentów przed  spadającymi cenami, zmniejszającym się eksportem, bo takie były rzekomo skutki wzrostu siły nabywczej waluty.

Podobnie dzieje się w Polsce, gdzie minister finansów (M. Szczurek) oraz prezes banku centralnego (M. Belka) pocieszają mazy, że spadająca wartość złotego ma dobry wpływ na gospodarkę. Może nie na całą, ale na pewno na wzrost wolumenu eksportu. Straszenie deflacją, co miało miejsce w Szwajcarii i zaczyna mieć miejsce w Polsce, jest paranoją świadczącą o ciężkiej ignorancji rządzących i doradzających im ekspertów.  Tym bardziej, że primo, deflacja wcale szkodliwa nie jest, secundo zaś, trudno mówić o deflacji, gdy w większości przypadków mamy do czynienia (jednak) ze wzrostem cen, co świadczy raczej o inflacji niż deflacji.

Pomijając jednak spór o to, czy rosnąca siła nabywcza waluty szwajcarskiej wpływa na spadek produkcji, czy jest przeciwnie, całe to zamieszanie jest dowodem błędnego odczytania praw ekonomicznych. Założenie, że spadek siły nabywczej pieniądza wpływa na wzrost gospodarczy oznacza, że działalność eksportowa jest w gospodarce celem, a nie środkiem. Tymczasem w rzeczywistości jest odwrotnie; eksport nie jest celem, lecz środkiem do celu, jakim jest import. A ten, w warunkach spadającej siły nabywczej pieniądza, tak jak tego chcą politycy (szwajcarscy, polscy i wszyscy inni), maleje. Import za pieniądze mające niższą wartość nabywczą jest kosztowniejszy.

Eksport służy zdobyciu środków do importu, przy pomocy którego zaspokajamy te potrzeby konsumpcyjne, których nie sposób zaspokoić z produkcji krajowej. Co z tego, że eksport rośnie, jeśli import rośnie także. W najgorszym przypadku należałoby zachowywać się wobec walut neutralnie – ani je wzmacniać, ani osłabiać. W „realu” trzeba jednak dbać o koszt importu, a nie wartość eksportu.

Szwajcarzy robią zegarki, czekoladę, lekarstwa, maszyny precyzyjne, sery, i to w zasadzie wyczerpuje spektrum produkowanych przez nich dóbr konsumpcyjnych. Znacznie więcej produktów, zarówno oni, jak I Polacy, Niemcy czy nawet Amerykanie, wytwarzać nie potrafią, a jeśli nawet potrafią, to robią to gorzej, drożej, albo i gorzej, i drożej niż inni. Pił ktoś z Państwa szwajcarski koniak? Albo używał szwajcarskich perfum? A może zachwyca się szwajcarską muzyką rockową?

Uroda silnego pieniądza polega na tym, że nie trzeba eksportować miriad produktów i usług po to, by zarobić na pokrycie kosztów importu. Zamiast tego można przecież odpoczywać. Innymi słowy, nie trzeba ciężko pracować, aby zarobić na to, co nam jest potrzebne do życia, a czego w naszym kraju się nie produkuje.

Standard życia w Szwajcarii mógłby być dziś jeszcze wyższy gdyby tamtejsi bankierzy i politycy zaniechali podwiązywania franka pod/do euro, czyli ratowania euro. Cenę spadającego euro, ratowania źle rządzonych gospodarek ze strefy euro, oraz bankierów inwestujących w dołującą gospodarkę Unii Europejskiej, zapłacili Bogu ducha winni Szwajcarzy.

Cel referendum

Podwyższenie rezerwy złota do poziomu 20 procent (z obecnych niespełna 8 procent) ograniczy w sposób zasadniczy możliwość kontynuacji pegu franka w stosunku do euro. Do tego celu potrzebne będą ogromne ilości pieniędzy, za które trzeba będzie to dodatkowe złoto kupić.

Skąd Szwajcarzy, a właściwie bankierzy wezmą te pieniądze? A no sprzedadzą na wolnym rynku zgromadzone miliardy euro; za te pieniądze zakupią tysiące ton złota. Krytycy utrzymują, że taka transakcja oznacza dla Szwajcarii katastrofę. Niby dlaczego? Jak to się stało, że przed 1999 roku te dodatkowe tysiąc ton z hakiem gospodarki szwajcarskiej nie zrujnowało? Jak chodzi o ścisłość, gospodarka szwajcarska była w tamtym okresie obiektem zazdrości całego świata. Wystarczy pojechać do St. Moritz, Zurichu, czy Davos, by zachwycać się dostatkiem zbudowanych przez Szwajcarów w czasach przed powstaniem euro. W czasach, gdy reszta świata słuchała mędrców doradzających podążanie drogą druku pieniędzy papierowych i ucieczki od przeżytków epoki złotego kruszcu, Szwajcarzy taplali się w prospericie, właśnie dzięki dyscyplinie, jaką narzucał im standardu złota.

pobrane (1)

Ekonomiści i politycy, którzy straszą dziś Szwajcarów, perswadując im rezygnację z wyższej rezerwy walutowej w złocie, uważają, że warunkiem koniecznym i wystarczającym rozwoju gospodarczego jest istnienie inflacji. Jednakże coraz więcej Szwajcarów wie, że jest to kłamstwo. Inflacja nie jest procesem rynkowym, lecz politycznym, służącym wyłącznie sekretnemu opodatkowaniu (czytaj: okradaniu) obywateli. A tym samym ratowaniu europejskiego establishmentu politycznego, którego bankructwo waluty euro może pozbawić władzy. Szwajcarzy dobrze o tym wiedzą!

O ile eksperci od QE, guru od zerowej stopy procentowej i inni promotorzy fałszywej ekonomii uważają, że referendum zakończy się fiaskiem idei powrotu do standardu złota, wiele wskazuje na to, że Szwajcarzy nie są ślepymi wyznawcami tych pierwszych. Świadczy o tym chociażby odrzucenie w jednym z ostatnich referendów ustawy o wprowadzeniu najwyższej w świecie stawki płacy minimum. Szwajcarzy okazali się na tyle sprytni, by zrozumieć, że arbitralnie ustanowiona wysokość płacy (koszt pracy) doprowadzi do likwidacji wielu miejsc pracy i wzrostu bezrobocia, nie oferując – poza względami czysto ideologicznymi i propagandowymi – żadnej wymiernej korzyści. Taka decyzja wymagała oparcia się naciskowi sił postępu i innych ugrupowań, dla których dostatni kraj i obywatele to samo zło.

Być może i tym razem starczy im odwagi, by w przypadku niedzielnego (30 XI 2014) referendum sprzeciwić się aktywistom i dogmatykom państwa opiekuńczego i innych form tzw. Trzeciej Drogi. Tym bardziej, że nie chodzi o gest czy blichtr, lecz o ewidentną korzyść w postaci posiadania zdrowej, stabilnej i rosnącej na sile – zarówno waluty, jak i gospodarki.

Trzymajmy kciuki za Szwajcarię

Trzymajmy kciuki za mądrość i odwagę Szwajcarów. Być może będzie ona przykładem dla reszty świata okradanego z owoców swej ciężkiej pracy. Wygrana rozsądku w niedzielnym referendum doprowadzi tym samym do wzrostu popytu na złoto, tym samym do podniesienia jego ceny, a w konsekwencji przywróci złotu blask, który odebrali mu oszuści bankowości centralnej sprzed 100 laty, którzy przy pomocy pras drukarskich wyparli ten szlachetny metal.

Opracowano w oparciu o wypowiedź Petera Schiffa, prezesa firmy inwestycyjnej Euro Pacific Capital, doradcy ekonomicznego kongresmena Rona Paula.

(jmf)



[1] Sztywny kurs kilku różnych walut. W tym przypadku frank szwajcarski powiązany jest z euro sztywnym kursem referencyjnym na poziomie 1,20 SFr za 1 euro. Dopóki kurs referencyjny się nie zmieni, dotąd relacja kursów obu walut zmieniać się będzie dynamicznie w stosunku ok. 1,20 SFr/euro.

[2] Porównać to można do „zmowy” cenowej, gdy jakiś przedsiębiorca zmusza swojego konkurenta, by z chwilą gdy ten pierwszy podniesie cenę swego wyrobu, konkurent też ją podniósł. To nie jest zmowa cenowa. To jest przymus, albo wręcz szantaż. W świecie biznesu działanie takie byłoby nielegalne, w świecie finansów państwowych stronie silniejszej politycznie „wolno” zastosować przymus.

[3] A dokładniej, od upadku Lehman Brothers, czyli wybuchu tzw., kryzysu subprime i kolejnych.

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *